Marcowy wieczór. Chłopcy, którzy stoją przed blokiem peryferyjnego osiedla w Tarnowie, obserwują migocące w ciemnościach światła latarek. Wszyscy mieszkańcy bloków już wiedzą, że zaginęła 8-letnia Madzia; jest wielu chętnych do szukania dziecka.

 

Światełka oddalają się w kierunku pobliskiej łąki. Nastolatkom nie spieszy się do domów. Nagle na osiedlowej uliczce pojawia się kobieta z plecakiem, ciągnąca za sobą spacerowy wózek. W świetle latarni widać zwisające z wózka nogi w różowych botkach – są bezwładne, szurają po asfalcie. Chłopcy wołają do kobiety, że dziecko zaraz wypadnie. Ona przyspiesza kroku. Doganiają ją, dziwią się, że twarz dziecka jest przykryta. – Mały ma anginę – tłumaczy kobieta, właśnie idzie z nim do lekarza. – Ale przychodnia jest po przeciwnej stronie! – na to chłopcy.

 

– Zadzwonię po pogotowie, popilnujcie wózka – mówi kobieta i zaczyna biec za bloki, gdzie nie ma żadnej budki telefonicznej, tylko pole. Adam, jeden z nastolatków podnosi narzutę. Widzi siną twarz dziewczynki, z martwymi, otwartymi oczami. Doganiają uciekającą i pilnują ją, aż przyjedzie policja.

 

Dla funkcjonariuszy kobieta ma już inną wersję: znalazła nieznane jej dziecko koło przedszkola, zorientowała się, jest bardzo chore, chciała dowieźć na pogotowie.

 

– Co pani trzyma w zaciśniętej ręce? Proszę mi to dać – przerywa jej policjant. Ona nie chce otworzyć dłoni, a gdy funkcjonariusz siłuje się z nią, gryzie go w rękę. Okazuje się, że ukrywała klucz. Natomiast w plecaku znaleziono porwany bandaż.

 

Martwa dziewczynka jest poszukiwaną Madzią. Dziecko zostało uduszone pętlą z bandaża. Kobieta podejrzana o ten czyn to Elżbieta M. Dziecinny wózek został ukradziony z klatki bloku, w którym przed rokiem wynajmowała mieszkanie Krystyna Rz. ze swą przyjaciółką Elżbietą M. Od wyprowadzki obu kobiet lokal stoi pusty. Klucz, który ukrywała Elżbieta M., pasuje do zamka.

 

Na korytarzu leży porzucony różowy plecak Madzi.

 

Przyjaciółki z jednej celi

 

M. nie przyznaje się do zbrodni. Na policji podtrzymuje wersję o znalezieniu obcego chorego dziecka, które chciała ratować. Kobieta ma 37 lat i jest na przepustce w odbywaniu kary więzienia za spowodowanie ciężkiego, śmiertelnego uszczerbku na zdrowiu Katarzyny O. Proces był poszlakowy.

 

Z akt sądowych wynika, że ofiara była dziewczyną kolegi z pracy Elżbiety M. Zazdrosna, że jej chłopak pod pretekstem kontaktów służbowych odwiedza rozwiedzioną M. Tego wieczoru, gdy O. straciła życie, sąsiedzi Elżbiety M. słyszeli krzyki dochodzące z jej mieszkania i wołanie ratunku. Ale nikt z bloku nie zareagował. W nocy mieszkańców obudził dym na klatce. To płonęła winda, do której ktoś wepchnął ciało zamordowanej Katarzyny O.

 

Elżbieta M. była wtedy badana psychiatrycznie. Wykluczono niepoczytalność. W czasie dochodzenia prokuratorskiego oskarżona przeżyła osobistą tragedię. Jej 10-letni syn Amadeusz został uduszony przez bezdomnego włóczęgę, dewianta seksualnego.

 

Skazaną na 11 lat M. opiekowała się w celi jej towarzyszka z sąsiedniej pryczy Krystyna Rz. Gdy wkrótce wyszła na wolność, zabiegała, aby i M. opuściła więzienie. Zdołała przekonać lekarzy, że konieczna jest przerwa w odbywaniu kary z powodów zdrowotnych.

 

Elżbieta M. opuściła celę i zamieszkała w wynajmowanym pokoju z Krystyną Rz. A gdy jej przyjaciółka dostała lokal socjalny, przeprowadziły się tam razem. Zwalniając wynajmowane mieszkanie Rz. nie oddała właścicielowi klucza, bo nie mogła go znaleźć. Nie wiedziała, że leżał w schowku, ukryty przez M.

 

Nader uczynna Rz. pozwalała się wykorzystywać lokatorce. Nie dość, że od rana do wieczora pracowała za obie, łatwo było ją nabrać na rzekome choroby M., między innymi białaczkę.

 

Kolejne przesłuchanie Elżbiety M. Tym razem przerywa milczenie aby wyjaśnić, że nie pamięta, czy popełniła zarzucany jej czyn. Na pewno wyszła rano z domu, aby pojechać na cmentarz. W torbach zabrała wodę w butelce, gąbkę i proszek do umycia grobowca. Na cmentarzu zemdlała, cierpi na niedokrwistość. Nie wie, jak długo była nieprzytomna. Gdy wychodziła przez cmentarną bramę, na dworze paliły się już lampy. Znowu zrobiło się jej słabo, dalej to już pustka w głowie. Jak przez mgłę widzi jakichś mężczyzn w białych fartuchach, to było chyba w pogotowiu, robili jej zastrzyk. Nie rozumie, co mogłaby mieć wspólnego z dziecięcym wózkiem. Do dawnego mieszkania nigdy nie miała klucza.