Nowe Nike SB Air Force 1 Low Flax and Black mają trafić do sprzedaży 9 czerwca w aplikacji SNKRS w cenie 120 dolarów, czyli około 440 zł. W wybranych skate shopach model może pojawić się wcześniej. I choć w teorii mówimy o butach skateboardingowych, trudno nie zauważyć, że spora część zainteresowania będzie pochodziła od osób, które deskę ostatni raz widziały na zdjęciach z lookbooka. Nie widzę w tym nic złego. Air Force 1 już dawno przestały być tylko koszykarską sylwetką, a wersja SB dorzuca im użytkowego sensu, którego czasem brakowało w kolejnych lifestyle’owych wydaniach.
Air Force 1 po lekcji skateboardingu
Klasyczne Air Force 1 są jednym z tych modeli, które Nike może odświeżać niemal bez końca. Sylwetka z lat 80. jest na tyle rozpoznawalna, że znosi eksperymenty, ale też na tyle opatrzona, że każdy nowy wariant musi znaleźć sobie uzasadnienie. W wersji SB tym uzasadnieniem nie jest sam kolor. Buty zostały przerobione pod jazdę na deskorolce: mają bardziej miękki, wyściełany kołnierz, zamszową cholewkę i konstrukcję, która ma lepiej znosić ruch, zgięcia i kontakt z gripem.
To akurat rozumiem, bo Air Force 1 bywają piękne, ale nie zawsze wygodne w dłuższym, aktywniejszym użyciu. Ich masywność jest częścią uroku, lecz bywa też częścią problemu. Skate’owa wersja może być ciekawsza dla tych, którzy lubią wygląd AF1, ale oczekują od buta czegoś więcej niż ładnego profilu do zdjęcia z góry. Dodatkowe wypełnienie przy kostce i bardziej miękki zamsz nie zmienią nagle tego modelu w ultralekkie obuwie techniczne, ale mogą sprawić, że będzie mniej sztywny i bardziej przyjazny na co dzień.

Kolor wheat wraca
Odcień Flax działa na sneakerheadów z prostego powodu: kojarzy się z klasyką ulicy, Timberlandami, jesiennym Nowym Jorkiem, hip-hopem i okresem, gdy buty robocze zaczęły przechodzić do miejskiej mody bez proszenia kogokolwiek o zgodę. Nike od lat korzysta z tego języka. Pszeniczne Air Force 1 pojawiały się już wcześniej i zwykle wzbudzały emocje większe, niż sugerowałby sam opis kolorystyczny.
W najnowszym wydaniu Nike SB stawia na zamszową cholewkę w ciepłym odcieniu Flax, czarne akcenty i gumową podeszwę w kolorze Gum Light Brown. Efekt jest bardzo spójny, może nawet zbyt bezpieczny.. Ten but nie wygląda jak sezonowy kaprys projektanta, który rano zobaczył moodboard i uznał, że świat potrzebuje kolejnej dziwnej hybrydy. Wygląda jak model, który spokojnie odnajdzie się przy dżinsach, szerokich spodniach, szortach, roboczej kurtce albo prostej bluzie.
Mam jednak wrażenie, że jego największą siłą jest także największą pułapką. Wheat to kolor bardzo wdzięczny, ale szybko wpada w kostium. Wystarczy przesadzić z całą stylizacją i zamiast miejskiej swobody robi się przebranie na jesienny katalog sprzed dwóch dekad.

Zamsz jest piękny, ale nie wybacza
Zamsz w prawdziwym życiu jest bardzo wymagający. Jasny, ciepły odcień Flax będzie łapał ślady deszczu, kurz, przytarcia i wszystko to, co miasto hojnie rozdaje butom już po pierwszym tygodniu. Dla części osób to zaleta, bo sneakersy mają nabrać charakteru. Dla innych będzie to stresujący zakup, który po pierwszej plamie przestanie cieszyć.
W skate’owym kontekście zamsz ma sens, bo dobrze współpracuje z deskorolką i zwykle jest bardziej odporny na tarcie niż gładka skóra. W codziennym użytkowaniu wymaga po prostu rozsądku. Impregnat, szczotka do zamszu i pogodowa ostrożność będą tu niemal obowiązkowe. Trudno udawać, że to para na każde warunki. To raczej but na dni, kiedy chce się wyglądać swobodnie, ale nie planuje się marszu przez błoto, ulewy i remont chodnika.

Cena jest rozsądna, ale dostępność może być większym problemem
120 dolarów, czyli około 440 zł, brzmi jak cena nadal do przełknięcia jak na limitowany wariant Nike SB i Air Force 1 w jednym. Oczywiście polski rynek potrafi dopisać do takich premier własną logikę: podatki, marże, dostępność, import i szybki ruch na rynku odsprzedaży. Jeżeli model rzeczywiście sprzeda się szybko, realna cena dla spóźnionych może być wyższa niż ta katalogowa.
I tu wracamy do mechanizmu, który w świecie sneakersów znamy aż za dobrze. Nike wypuszcza znajomą sylwetkę w lubianym kolorze, dodaje skate’owy kontekst, a resztę robią algorytmy, powiadomienia i drobna panika zakupowa. Nie potępiam tego z góry, bo sama rozumiem magnetyzm dobrze zrobionej klasyki. Zastanawiam się tylko, ile par trafi faktycznie na deskorolki, a ile od razu do pudełek, półek i ogłoszeń z dopiskiem deadstock.
