To zegarek powstały w ramach współpracy Casio z Toyota Racing, a więc z tym obszarem Toyoty, który ma więcej wspólnego z garażem, karbonem i oponami rozgrzanymi po kilku okrążeniach niż z rozsądną hybrydą do miasta.
Karbon zamiast marketingowego lakieru
Najważniejszym elementem nowego Edifice’a jest koperta z kutego włókna węglowego i dopasowana do niej tarcza o nieregularnej, karbonowej strukturze. W praktyce oznacza to, że każdy egzemplarz powinien wyglądać trochę inaczej, bo taki materiał nie układa się w idealnie powtarzalny wzór. To drobiazg, ale w świecie niedrogich zegarków robi się z niego całkiem przyjemny argument. Zwłaszcza że karbon wciąż kojarzy się z czymś bardziej technicznym niż biżuteryjnym.
Casio zestawiło czarną, mocno sportową bazę z indeksami i wskazówkami w odcieniu różowego złota. Na papierze można by się obawiać, że wyjdzie z tego zbyt wiele naraz, ale akurat przy ciemnym karbonie taki ciepły akcent ma sens. Zegarek nie wygląda przez to jak czarny klocek, a jednocześnie nie wpada w przesadę znaną z tanich sportowych dodatków, które chcą wyglądać na luksusowe szybciej, niż zdążymy sprawdzić cenę.

Mechaniczny Casio nadal brzmi trochę nietypowo
Edifice EFK-200XPB-1A jest szczególnie ciekawy dlatego, że należy do mechanicznej części oferty Casio. A to wciąż brzmi trochę jak zdanie z alternatywnego katalogu marki. Casio większości osób kojarzy się z kwarcem, solarem, Bluetooth, radiową synchronizacją czasu i funkcjonalnością, która często wyprzedza potrzebę. Tymczasem tutaj dostajemy klasyczny automat, najpewniej oparty na mechanizmie Miyota 8215, z rezerwą chodu około 42 godzin.
Nie jest to mechanizm, który ma zawstydzać szwajcarską konkurencję ani udawać haute horlogerie. I bardzo dobrze, bo w takim zegarku bardziej liczy się uczciwość konstrukcji niż snobistyczna poza. Automat w Casio działa trochę jak manualna skrzynia w małym sportowym aucie: technicznie nie jest niezbędny, czasem wymaga więcej uwagi, ale daje kontakt z przedmiotem, którego nie da się sprowadzić wyłącznie do wygody.

Rozmiar, który nie wymaga nadgarstka kierowcy rajdowego
Koperta ma mieć 38 mm średnicy i około 11,9 mm grubości. To rozsądny rozmiar, szczególnie dziś, gdy sportowe zegarki potrafią wyglądać tak, jakby projektowano je z myślą o rękawie kurtki motocyklowej, a nie codziennym noszeniu. 38 mm daje szansę na bardziej uniwersalne proporcje. Zegarek nadal będzie miał techniczny charakter, ale nie powinien dominować nad ręką.
Czarny pasek z tworzywa lub gumy dodatkowo podkreśla sportowy kierunek. To też wybór praktyczny. Bransoleta mogłaby dodać mu ciężaru i bardziej miejskiego charakteru, ale przy karbonowej kopercie pasek wydaje się naturalniejszy. Ten zegarek lepiej pasuje do bluzy, kurtki softshellowej i weekendowego wyjazdu niż do formalnej koszuli. I nie widzę w tym wady.
Toyota Racing bez fanowskiego kostiumu
Współprace zegarków z markami samochodowymi bywają ryzykowne. Czasem kończy się na tym, że na tarczę trafia logo, pasek dostaje przeszycie w kolorze lakieru, a całość kosztuje więcej głównie dlatego, że ktoś nazwał ją edycją specjalną. Tutaj Casio ma łatwiej, bo linia Edifice od dawna żyje blisko motorsportu. Toyota Racing nie jest więc obcym dodatkiem, tylko raczej kolejnym rozdziałem tej samej opowieści.
Podoba mi się też, że inspiracja nie sprowadza się do dosłownego cytatu z samochodu. Nie trzeba robić z zegarka miniaturowej kierownicy, żeby było wiadomo, skąd bierze się jego charakter. Karbon, czerń, ciepłe metaliczne akcenty i mechaniczny napęd wystarczą. To bardziej przedmiot dla kogoś, kto lubi motoryzacyjny klimat, niż gadżet dla osoby, która chce nosić na ręku reklamę zespołu.
Cena może zdecydować, czy to będzie hit
Oficjalna cena i dostępność nie zostały jeszcze potwierdzone. Pojawiają się jednak przewidywania, że zegarek może kosztować powyżej 300 dolarów, czyli około 1100 zł, a być może zmieścić się poniżej 400 dolarów, czyli około 1470 zł. Jeśli Casio utrzyma taki poziom, EFK-200XPB-1A może stać się jednym z ciekawszych automatycznych zegarków sportowych w tym segmencie.
Oczywiście wiele zależy od finalnej dystrybucji i tego, czy model trafi szerzej poza wybrane rynki. Limitowane lub półlimitowane współprace mają tę irytującą cechę, że najpierw rozbudzają apetyt, a potem okazuje się, że kupno zegarka przypomina polowanie na dobre miejsce parkingowe w centrum w grudniowy weekend. Mam nadzieję, że tym razem będzie prościej.
