Nowy Timex Automatic E Line 38 mm wygląda znajomo. Bardzo znajomo. Zaokrąglona kwadratowa koperta, zintegrowana wizualnie bransoleta i poziome przetłoczenia tarczy natychmiast uruchamiają skojarzenia z luksusowymi sportowymi zegarkami kosztującymi tyle, co całkiem porządne mieszkanie w mniejszym mieście. Tyle że E Line ma również własną historię, sięgającą 1983 roku. I właśnie dlatego trudno sprowadzić go do roli kolejnego taniego naśladowcy.
38 mm okazuje się bardzo dobrą liczbą
E Line wrócił wcześniej jako model o średnicy 34 mm, znacznie bliższy oryginalnym proporcjom. Taki rozmiar ma oczywiście swoich zwolenników, zwłaszcza odkąd mniejsze zegarki ponownie zaczęły zdobywać popularność. Mam jednak wrażenie, że 38 mm daje tej konstrukcji znacznie większe pole do życia.

Koperta nadal pozostaje stosunkowo kompaktowa, ale nabiera wyraźniejszej obecności na ręce. Mierzy 45,5 mm od ucha do ucha i ma 12,5 mm grubości. To proporcje, które powinny pasować do szerokiej grupy użytkowników bez efektu zegarka znikającego na nadgarstku albo przeciwnie – dominującego nad całą stylizacją.
Przy okazji Timex zmienił nieco geometrię koperty i bransoletę. Zamiast wcześniejszego rozwiązania pojawia się bardziej klasyczna konstrukcja z trzema ogniwami i motylkowym zapięciem. Efekt jest elegancki, ale nadal wystarczająco swobodny, żeby nosić E Line do T-shirtu, koszuli czy lekkiej kurtki zamiast rezerwować go wyłącznie na okazje wymagające marynarki.
Patek Philippe Nautilus pojawia się w głowie niemal automatycznie
Najwięcej dyskusji wywoła zapewne tarcza. Timex zastosował poziomą fakturę, szczególnie dobrze widoczną w niebieskiej wersji. W połączeniu z zaokrągloną kwadratową kopertą skojarzenie z Patek Philippe Nautilus jest właściwie nieuniknione. Zwłaszcza że moda na zegarki ze zintegrowanymi bransoletami od kilku lat ma się świetnie.

Nie widzę jednak większego sensu w udawaniu, że Timex nagle odkrył zupełnie nową estetykę. Ważniejsze wydaje mi się coś innego. Firma miała podobny kształt koperty w swoim archiwum już w 1983 roku, a teraz po prostu przesunęła go w stronę stylistyki, która obecnie świetnie się sprzedaje. To sprytne korzystanie z własnej historii, doprawione odpowiednią porcją współczesnej mody.
Do wyboru są stalowe warianty z jasną lub niebieską tarczą oraz wersja dwukolorowa, w której złoty odcień trafia między innymi na bezel, koronkę i środkowe ogniwa bransolety. Na godzinie trzeciej znalazło się okno datownika, a nakładane indeksy i proste wskazówki utrzymują projekt w raczej spokojnej estetyce.
Automat zamiast nietypowych obietnic
W środku pracuje japoński mechanizm Miyota 8215 z 21 kamieniami. Rezerwa chodu wynosi około 40 godzin, a mechanizm można oglądać przez przeszklony dekiel. Nie jest to kaliber, którym ktoś będzie próbował zaimponować kolekcjonerowi posiadającemu sejf pełen szwajcarskich komplikacji. Jest za to konstrukcją popularną, sprawdzoną i dobrze pasującą do zegarka z tej półki cenowej.

Trochę mniej przekonuje mnie szkło mineralne. Przy cenie zbliżającej się do 400 dolarów szafir byłby mile widziany, szczególnie że duża, płaska powierzchnia szkła jest jednym z mocniej widocznych elementów całego projektu. Wodoszczelność wynosi 50 metrów, więc E Line pozostaje raczej eleganckim zegarkiem codziennym niż propozycją do regularnego pływania.
Cena sprawia, że podobieństwo do luksusu staje się jeszcze ciekawsze
Stalowe wersje Timex Automatic E Line 38 mm kosztują 379 dolarów, czyli około 1 410 zł. Wariant dwukolorowy wyceniono na 399 dolarów, czyli około 1 490 zł.
To już poziom, przy którym klient zaczyna zwracać uwagę na materiały i szczegóły wykonania, ale nadal pozostajemy bardzo daleko od cen luksusowych zegarków, z którymi E Line może się wizualnie kojarzyć.

Timex zrobił coś, co obecnie wychodzi mu coraz lepiej – sięgnął do własnego archiwum, ale nie potraktował go jak eksponatu muzealnego. Powiększył kopertę, zmienił proporcje, podkręcił sportowy charakter i stworzył zegarek, który równie dobrze mógłby zadebiutować bez całej historii z 1983 roku.
A 38 mm? Coraz częściej mam wrażenie, że właśnie w tych okolicach współczesne zegarki znajdują swój złoty środek. Wystarczająco duże, żeby wyglądać nowocześnie, i wystarczająco małe, żeby po kilku latach nie przypominały chwilowej mody z czasów, gdy zegarek na ręce miał być widoczny z drugiego końca restauracji.
