Lola T70 to pojazd, który przyszedł na światło dzienne w 1965 roku jako zastąpienie prototypu samochodu wyścigowego Mk6 i szybko wspólnie z kierowcami na robił szumu na wyścigowej scenie. Później jeszcze przyszły kolejne iteracje, lecz pamięć się trochę o nim zatarła, dopóki nie wrócił na pierwsze strony po filmie z 2019 roku Le Mans, z Christianem Balem i Mattem Damonem w rolach głównych. A teraz ponownie wróci, żeby uszczęśliwić garść osób.
Historia o nim zapomniała, lecz po dekadach się odrodził w nowych formach
Niestety pomiędzy 1990 rokiem a 2012 doszło do całkowitego upadku Lola Cars. Firma spróbowała swoich sił wśród największych, czyli Formule 1, lecz nie był to występ na długo i firmie udało się wziąć w zaledwie jednym wyścigu nim nie został wyczerpany cały budżet na to przedsięwzięcie, a co gorsze, nie tylko na ten wyczyn, ale po prostu całe zasoby producenta. Sprawiając, że Lola zbankrutowała i historia na jakiś czas o nich zapomniała.

Dobrze jednak wiemy, że mało która branża ma tak oddanych inwestorów oraz bogaczy łasych na zostanie częścią świata motoryzacji. I tak też się stało tutaj, dzięki Tillowi Bechtolsheimerowi Lola Cars jest znowu w grze pod nowym przewodnictwem i wcale nie chce rezygnować z wyścigów.

Zmieniono jednak cel, którym nie jest ponownie Formuła 1. Wskrzeszona firma buduje swoją siłę w ramach pościgów kolejnej generacji Formule E samochodów. Jest to bardzo młoda kategoria, oficjalnie zainaugurowana zaledwie dwa lata temu i spokojnie jedzie swoim tempem, z czasem pewnie się rozrośnie z racji przybywających graczy na rynku. To właśnie tutaj można także zaobserwować reinkarnację T70.
Historia może i próbowała zakopać o nim pamięć, lecz entuzjaści byli silniejsi
Nowa wersja ma wszystko to, czego fani, a nawet pierwotni twórcy mogliby oczekiwać od reinkarnacji w 2026 roku i szczerze mówiąc, jest to też po prostu dobre dla branży motoryzacyjnej. Twórcy korzystali z oryginalnych projektów, a nawet późniejszych wersji T70, które służyły za inspirację do stworzenia czegoś oddającego ducha firmy i pokazują, że i współcześnie samochody mogą mieć nadwozie pełne charakteru i bogatych kształtów.

A tutaj można dosłownie znaleźć znaki rozpoznawcze całej historii Lola Cars. Od nisko opuszczonego dziobu maski, przez kokpit niczym porwany z jakiegoś odrzutowca, aż po potężny, ostro ścięty tył z wbudowanym spoilerem. Pojazd wygląda jednocześnie jak wyjęty z kart komiksu, lecz trudno zdecydować czy porusza się w nim złoczyńca, czy bohater. Jednocześnie zapiera dech z podziwu i strachu.

Podczas budowy T70S trzymano się wiernie historycznych projektów, ale oczywiście przez lata wiele się zmieniło w świecie wyścigów. Zatem to oczywiste, że zastosowano nowoczesne materiały, zarówno ze względów czysto praktycznych jak i przepisów, wzmacniając konkretne elementy konstrukcji. Z tej okazji stworzono aż dwa warianty.
Czytaj też: Ten restomod pokazuje, że mniej znaczy więcej. Przecież temu się nie da oprzeć
Wariant osobowy, czyli dopuszczony na drogi oraz wyścigowy mają oczywiście swoje różnice wynikające z przepisów ruchu drogowego (jak waga, systemy hamulcowe i prędkość), ale obydwa użyły w swojej konstrukcji środków z materiałów nieropopochodnych i włókien pochodzenia roślinnego. Co ciekawe użyto pasujących do minionej epoki kół ze stopu magnezu, co dodatkowo podbija ponadczasowy charakter.
Dostępnych będzie jedynie po 16 sztuk, lecz ceny nie ujawniono, ale dobrze wiemy, że na pewno trafią do ludzi, których kieszenie nie wiedzą czym jest dno i niestety pewnie staną w garażu jako część zamkniętej wystawy. Trochę szkoda.
Źródła: monochrome, lolacars
