Sitko, czyli o sztuce odróżniania

Tyram cały dzień, potem piję, żeby zasnąć.
O czwartej budzę się w bezgłośny mrok i patrzę.
Za jakiś czas firanki ponakłuwa jasność.
Na razie widzę to co jest właściwie zawsze:
Nie znającą spoczynku śmierć, w tej chwili bliższą
O cały jeden dzień, śmierć, która poza myślą
O tym, jak, gdzie i kiedy będę sam umierał.
Nie pozwala na inne. Jałowe pytania,
Lecz groza śmierci, groza umierania
Ciągle na nowo błyska, dech w piersi zapiera.
(...)
Większość rzeczy nie zdarza się: lecz ta się zdarzy,
I zdanie sobie z tego sprawy jest tym ogniem,
Który buzuje w piecu naszych osamotnień,
Gdzie zmory widzi każdy, abstynent czy opój.
Nie straszyć innych - tyle znaczy odwaga.
Tobie - uniknąć grobu nie pomaga:
Śmierć jest śmiercią, czy skomlesz, czy stawiasz jej opór.
Zwolna wzmacnia się światło, pokój wyraźnieje.
To, co wiemy, co zawsze wiedzieliśmy, stoi
Przed oczami jak szafa: że nie ma nadziei
Ucieczki. Nikt nie przyjmuje tego jako swojej
Prawdy. Lecz będzie musiał. Tymczasem w uśpionych
Biurach przysiadły już do skoku telefony
I świat, ten wynajęty, zawiły kłąb zdarzeń
Ruszy zaraz, nie dbając, że kogoś z nas straci.
Niebo jest białe jak glina. Do pracy.
Listonosze już krążą jak czujni lekarze

Philip Larkin, Alba (fragment)
Przełożył: Stanisław Barańczak

Śniło mi się sitko wypełnione większymi i mniejszymi kamykami w różnych kolorach i moja ręka, potrząsająca nim. Bo nawet w snach chodzi za mną wątek odróżniania, rozróżniania, odsiewania. Co rusz napotykam sytuację, w której to właśnie wydaje mi się kluczową umiejętnością dorosłego człowieka – dorosły, w przeciwieństwie do niemowlaka, rozumie, że nie jest całym światem, odróżnia siebie od świata, rozróżnia swoje uczucia od tego, co dzieje się wokół.

Mechanizm obronny zwany projekcją został opisany już z górą sto lat temu przez Freuda. Jest prosty: projektujesz swoje uczucia na świat i/lub innych ludzi, przypisując temu, co na zewnątrz to, co sam masz w środku. Świat staje się jakby ekranem, na którym wyświetlamy swoje stany psychiczne.

Nie wiem, czy zauważyłeś, że są ludzie, którzy opowiadają cały czas tę samą historię, jakby uparli się trzymać jednego gatunku filmowego, zmieniając jedynie dekoracje, w których się rozgrywa. Mam na przykład znajomego, którego na przestrzeni kilku lat spotkałam parę razy, przypadkiem: w jakiejś hali odlotów, dworcowej poczekalni, na targu – i za każdym razem na pytanie o to, co słychać, opowiadał mi tę samą historię – o tym, że życie traktuje go źle. Kto konkretnie był oprawcą i co mu zrobił tym razem – ta część ulegała zmianie: urząd skarbowy ustępował miejsca ZUS-owi, ZUS zamieniał się w złą kobietę, która na początku wydawała się zupełnie inna, ta z kolei musiała uznać prymat kogoś jeszcze bardziej okrutnego, na przykład partnera w biznesie, który go – nie uwierzysz! – oszukał. Ale historia pozostawała ta sama. Dlaczego? Bo ta sama była wciąż pierwotna, pierwsza,  wszechogarniająca emocja, która szukała sobie fabuły jak rzeka koryta.

Dużo bardziej przejmujący stan niż ten, którego doświadczał mój znajomy, opisany jest w pięknym wierszu Philipa Larkina – „Alba”. Larkin, jeden z najznamienitszych angielskich poetów XX wieku, na łożu śmierci polecił zniszczyć swoje dzienniki; być może z nich moglibyśmy się dowiedzieć, czy stan, który opisuje „Alba” – zasługujący raczej na miano depresji niż chandry – był też stanem samego Larkina. W każdym razie ten, który „tyra cały dzień, potem pije, żeby zasnąć” i spędza swoje życie na nieustannym myśleniu o tym „jak, kiedy i gdzie będzie sam umierał”, na pewno nie wyjdzie na ulicę z uśmiechem na twarzy i raczej nie zwróci uwagi, jeśli ktoś się do niego uśmiechnie.

Projekcja dobrze służy poezji – „za jakiś czas firanki ponakłuwa jasność”, „niebo jest białe jak glina” – to brzmi pięknie, prawda? Można znaleźć piękne słowa dla opisu świata widzianego przez okulary rozpaczy. Albo i radości – bo też w zupełnie innym stanie był podmiot liryczny w piosence  Młynarskiego śpiewanej lata temu przez Skaldów Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”. „Lampa nad progiem i krzesło, i drzwi – wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał.

Woda i ogień powtarza wciąż mi, że mnie ktoś pokochał dziś”. Na pewno wiele razy stało obok siebie takich dwóch – jeden, który mógłby się podpisać pod Larkinowską „Albą” i drugi, co chętnie zanuciłby piosenkę Skaldów. Ich łokcie mogły się stykać na poręczy jakiegoś mostu; jeden podziwiał- by rzekę, a drugi rozważał, czy skoczyć w jej nurt.

Czy mamy wybór co do tego, do którego z tych dwóch jest nam bliżej? Nie wiem. Może jest tak, że niektórzy, wbrew heroicznym wysiłkom, nie będą umieli przezwyciężyć swojej depresji, a inni, bez kiwnięcia palcem, poprzez splot różnych, nie będących ich zasługą okoliczności, idą sobie przez życie wesołym spacerkiem. Ale większość z nas plasuje się gdzieś pośrodku tej skali albo wędruje raz w jedną, raz w drugą stronę; i ma jakiś, mniej lub bardziej ograniczony wybór co do tego, co widzi. Możemy więc ćwiczyć swój umysł zajęty na ogół, jak pokazują badania, bezsensownym międleniem w kółko tych samych rozważań, w czymś bardziej pożytecznym – na przykład w rozróżnianiu tego, co jest moją emocją, a co jest elementem świata, na który patrzę; w obnażaniu przed sobą samym własnych projekcji. To, że jestem głodna, nie robi z księżyca croissanta. To, że jest mi smutno, nie oznacza, że niczyje życie nie ma sensu. I wreszcie – jeśli mi się źle wiedzie, to nie dlatego, że światem rządzą siły, które się sprzysięgły przeciwko mnie i teraz przełączają mi światła na czerwone za każdym razem, kiedy zbliżam się do skrzyżowania.

Najbardziej hardcorowym dla mnie tego przykładem jest sytuacja, w której ktoś został porzucony – czasem ze szczególnym okrucieństwem, na przykład przez SMS-a – i w zrozumiałej skądinąd rozpaczy wychlipuje z siebie zdanie „nie wierzę w prawdziwą miłość!” albo – jeszcze o krok dalej idące – „prawdziwa miłość nie istnieje!”. Na świecie żyje siedem miliardów ludzi, większość z nich kogoś kocha albo kochała, niektórzy właśnie patrzą sobie w oczy albo robią jeszcze co innego, ale nie – miłość nie istnieje, bo on ciebie rzucił. No proszę cię.

Od wielu lat mniej więcej raz na trzy dni nachodzi mnie niesłabnąca fala zdumienia, że nie uczyliśmy się w szkole psychologii. Uczyliśmy się mnóstwa niepotrzebnych rzeczy – jedyny przykład, który mi z tego całego złomowiska pamięci przychodzi w tej chwili do głowy, to Traktaty Welawsko-Bydgoskie – a pamiętam to tylko dlatego, że dostałam o nie pytanie na maturze z historii i przez to tróję. Więc o Traktatach Welawsko-Bydgoskich nas uczyli, bezskutecznie zresztą, ale już żeby nauczyć dzieci o projekcji, mechanizmie, z punktu widzenia wiedzy psychologicznej, z poziomu przedszkola – to nie. Ach, gdybyśmy się uczyli w szkole tego, jak odróżniać swoje stany wewnętrzne od tego, co rzeczywiście dzieje się wokół, gdybyśmy się uczyli tej prostej prawdy, że inni ludzie widzą i czują co innego niż my, może parę spraw – w skali mikro i w skali makro – ułożyłoby się wtedy lepiej.