Ania (imię zmienione) jest wysoką blondynką, studentką polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ponad trzy lata temu, w walentynki,  poznała 21-letniego Tomasza M. Nie wiedziała, że wybranek ma na koncie wyroki za pobicia, groźby i uszkodzenie ciała. Zakochała się bezgranicznie.

 

– Przez pierwsze półtora miesiąca było cudownie, żadnych problemów. Tomek był spokojny, opanowany, nigdy nie podniósł głosu. Czułam się akceptowana w stu procentach, na początku nie usłyszałam ani słowa krytyki po swoim adresem, on był we mnie zapatrzony. Po prostu idealny pod każdym względem, odgadywał moje myśli – zaczyna opowiadać dziewczyna.

 

Jednak idylla skończyła się bardzo szybko. Tomek pokazał swoje prawdziwe oblicze.

 

– Po dwóch miesiącach od poznania pierwszy raz mnie uderzył.  Wtedy też roztrzaskał telefon, był zazdrosny. A kiedy zamieszkaliśmy razem, połamał laptop, żebym nie miała kontaktu z nikim innym. Uważał, że nie powinnam mieć przyjaciół, nikogo poza nim – mówi dalej.

 

Zakochana, ale i przerażona dziewczyna dała Tomkowi jeszcze jedną szansę. Uwierzyła, gdy mówił, że to się nie powtórzy.  Dla ocieplenia relacji kupili pieska.

 

– To był york, wabił się Rambo – opowiada wyraźnie wzruszona. – Kiedy po kolejnej kłótni zagroziłam, że się wyprowadzę, w złości rzucił nim o ścianę. Połamał mu łapki. Ultimatum nic nie dało. Tomek uznał, że nie muszę go kochać. Ważne, bym się go bała. Groźbami i szantażami zatrzymał mnie w domu. Znęcał się psychicznie. Usłyszał zarzut dwukrotnego gwałtu, ale nie ma się nad czym rozwodzić. Zrobił ze mną, co chciał – ucina wątek związany z oskarżeniami go o gwałty.

 

– On zabierał klucze, a ja nie chciałam zostawić otwartego domu. Jeśli wracał z pracy, to ja nie mogłam wychodzić z psem na dłużej niż 10 minut. Była kłótnia o każde pięć minut – spokojnym głosem kontynuuje Ania.

 

W końcu postanowiła uciec od tyrana do rodziców.

 

– Tomek przyszedł do mnie, bo miał mi oddać jakieś rzeczy. Po jakimś czasie zapytał, gdzie jest pies. Powiedział, że pożegna się i wychodzi. Słyszałam tylko, że powiedział „pa, Rambo” i wyszedł, więc myślałam, że wszystko jest OK. A po chwili się okazało, że psa nie ma, więc zadzwoniłam do niego. On mnie wtedy kierował, gdzie mam iść. Gdy dotarłam na miejsce, rzucił mi psa pod nogi i powiedział, że to jest za to, że go chciałam zostawić. Po przetransportowaniu do weterynarza pies już nie żył. Był poturbowany i miał przetrącony kręgosłup.

 

Ratowanie chorego oprawcy

 

Po śmierci psa dziewczyna zerwała kontakt z Tomkiem, ale kiedy dowiedziała się, że u byłego partnera zdiagnozowano zaburzenie psychiczne, postanowiła mu pomoc. Wie, że to konieczne – jej mama i siostra są psycholożkami. Wszystkie chciały go wesprzeć, bo traktowały Tomasza M. jak członka rodziny.

 

– Wylądował w szpitalu psychiatrycznym, ale po dwóch dniach się wypisał. Zobaczyłam, że leczenie, choć krótkie, zrobiło cuda. Był spokojny, opanowany, stabilny emocjonalnie – dalej opowiada.

 

Próbowali do siebie wrócić, ale kiedy lekarstwa przestały działać, Ania zauważyła, że Tomek znowu jest agresywny. Dowiedziała się, że ma ograniczoną poczytalność.

 

– Miał urojenia wyłącznie na mój temat. Znowu zaczął mnie bić, szarpać, krzyczeć. Postanowiłam definitywnie się z nim rozstać, choć nie zrobiłabym tego, gdyby spełnił dwa proste warunki: będzie się leczył i przestanie mnie okłamywać. Niczego więcej nie chciałam, nie oczekiwałam. Resztę miałam gdzieś, bo go kochałam i byłam gotowa znosić różne jego „akcje”. Chorego człowieka się nie zostawia, tylko się mu pomaga. Nie spełnił warunków, zakończyłam nasz związek – mówi dalej.

 

Rozeszli się, a Ania odżyła na nowo. Zaczęła spotykać się z przyjaciółkami, odnowiła stare znajomości.

 

– Poszła z przyjacielem sprzed lat do kina. Pamiętam, że zgubiłam kolczyk. To może błahostka, ale kluczowa.  Rano dostałam SMS od kolegi, że kolczyk został w aucie.

 

Chwilę później zadzwonił Tomek z zarzutami, że dziewczyna go zdradza.

 

– Wiedział o kolczyku, wiedział o moich znajomych, a w sądzie wygadał się, że dostaje powiadomienia, kiedy ja dostaję SMS – wspomina Ania i dodaje: – Zaraz potem zaprosił mnie na siłownię. Powiedział, że chce oddać pieniądze za laptop. Był idealnie spokojny, jak po lekach. Uwierzyłam i poszłam. Tam wziął mój telefon. Kazał mi się ubrać i wyjść z siłowni, chociaż chciałam jeszcze poćwiczyć. Stałam przy nim w sportowym stroju. Wtedy wziął mnie w kąt, gdzie nie było kamer, i rzucił mną o ścianę. Wcześniej zadzwonił do mojego kolegi, tego od kolczyka, i powiedział, że go zabije.

 

Według relacji Ani, Tomek wyciągnął z torby młotek i krzyknął „Nie daruję ci zdrady!”.

 

– Zdążyłam pomyśleć:  „O Boże, on chce mnie uderzyć” i wydusiłam „nic złego nie zrobiłam”. Chwilę później dostałam już tym młotkiem w tył głowy, w plecy, w staw kolanowy. Straciłam przytomność – kontynuuje.

 

Świadkowie mieli zeznawać, że na odchodne rzucił „ty już nigdy nie wstaniesz” i wyszedł z lokalu.

 

Dzień później został oskarżony o znęcanie się psychiczne i fizyczne, gwałt oraz usiłowanie zabójstwa. Do tego doszły paragrafy za zabicie psa.

 

Ale mimo tak ciężkich zarzutów wyszedł  z aresztu. Teraz dziewczyna nie może spokojnie żyć.

 

– Ostatnio było tak, że szłam na uczelnię i czarny samochód przejechał strasznie blisko mnie. Myślałam, że chce mnie przejechać. Wyszło z niego trzech panów, wśród nich był Tomek. Bez słowa szli za mną. Uciekłam do budynku uczelni, na górze jest taka kawiarnia studencka. Wbiegłam na najwyższe piętro. On szedł za mną. Prosiłam dziewczynę stojącą przed barem o coś, co mnie obroni, cokolwiek. Zdziwiona kelnerka odmówiła, więc ją popchnęłam i wbiegłam na zaplecze. Tam z nożem kuchennym czekałam na policję.

 

Gdy przyjechała policja, okazało się, że nie może wejść na teren uczelni, bo musieliby mieć zgodę rektora.

 

– Kazali mi wyjść na zewnątrz, choć ja wiedziałam, że on gdzieś tutaj jest. Ale poszłam z nożem w ręku do drzwi, tam już na mnie czekali mundurowi. Zupełnie nie wiedzieli, co robić. Później na moją prośbę zabezpieczyli monitoring na pobliskiej stacji benzynowej – kończy.