POKAŻ SŁABOŚĆ

Theresa Whiseman z Uniwerstytetu Southampton definiuje empatię jako cztery elementy. Pierwszy z nich to umiejętność powstrzymania się przed oceną. Oznacza ona, że np. w rozmowie z osobą, od której otrzymujemy wsparcie, nie pojawia się element oceniający nas. Czujemy się akceptowani ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Mamy swobodę dzielenia się i powiedzenia prawdy. Druga składowa to umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej strony. Chodzi o umiejętność rozumienia kogoś, kto mierzy się z czymś, o czym my nie mamy pojęcia. Czyli jeśli ja mierzę się z jakąś chorobą, a mój rozmówca jest zdrowy, to nie znaczy, że on nie może mi okazać empatii. Może, bo będzie potrafił wyobrazić sobie, jak byłoby być chorym i jak ja mogę się z tym czuć. Wpadamy jednak często w taką pułapkę, w której możemy nie chcieć powiedzieć komuś, że nas zwolnią, bo myślimy, że skoro tamta osoba tego nie doświadczyła, to nijak nas nie zrozumie. Nic bardziej mylnego. Empatia jest umiejętnością wejścia w „buty drugiej strony” niezależnie od wydarzeń w naszym życiu.

Można zapytać, dlaczego w takim razie empatia działa nawet wtedy, gdy ktoś przechodzi przez coś, o czym ja nie mam pojęcia? Empatia „działa”, ponieważ podłączamy się do emocji, które przeżywa ta druga osoba, a nie do zdarzenia. I to właśnie jest jej trzecią charakterystyką. Umiejętność odnalezienia w sobie tej emocji, którą ktoś odczuwa, opowiadając mi o swoich trudnościach, ułatwia nam jej zrozumienie. Ostatnim, czwartym elementem, jest komunikowanie tego zrozumienia drugiej stronie. Robimy to czasem przy pomocy słów: „Nie wiem kompletnie, co powiedzieć, ale chcę, żebyś wiedział, że jestem blisko”. Albo: „Wyglądasz jakbyś była smutna, czy jakoś mogę ci pomóc?” Czasem zakomunikowanie tego nie musi oznaczać rozmowy. Czasem empatia posługuje się gestem, przytuleniem lub prezentem wysłanym z zaskoczenia.

Zdarza mi się słyszeć: „Ja nie umiem być empatyczna”. Dobra wiadomość jest taka, że podobnie jak z życzliwością do siebie samych tak i z empatią można ją rozwijać. Można ją ćwiczyć i uczyć się ją przekazywać, ale też przyjmować. Empatia to potężne narzędzie wsparcia. Ale żeby ją otrzymać, trzeba mieć odwagę pokazać, że jej potrzebujemy. Trzeba powiedzieć innym o tym, że jest nam źle, trudno albo że się boimy. To z kolei może od nas wymagać przepracowania odgraniczających przekonań, w które obrośliśmy, dorastając np. mężczyzna nie może prosić o pomoc, bo to źle o nim świadczy, w życiu trzeba być twardym, prawdziwie zaradna kobieta się nie skarży i z wszystkim daje radę. Takie przekonania to pochodne tego, co słyszeliśmy albo widzieliśmy w naszych domach. Albo takie modele kobiecości i męskości widzieliśmy w filmach i stawały się dla nas wzorcem. Jedno z najczęściej pojawiających się przekonań, z którym się spotykam, a dotyczące przechodzenia przez trudności, brzmi: „nie pokazuj słabości, bo ktoś to wykorzysta przeciwko tobie”. Jeśli uwierzymy w taką myśl, to będziemy szli przez życie, chowając przed światem zewnętrznym wszelkie przejawy słabości i udając, że nasze życie to wieczne szczęście. Po pierwsze będzie to nieautentyczne, a po drugie bardzo niezdrowe. Przez trudności przechodzi nie tylko nasz umysł, ale również ciało – i to ono również płaci za to cenę.
 

PODRÓŻ BOHATERA

Mamy zatem do wyboru dwie drogi: udawania, że wszystko zawsze jest świetnie, albo przyjmowania życia takim, jakie ono jest. Wówczas dla wielu z nas moment trudności, upadku czy porażki będzie wymagał porzucenia idealnego wizerunku matki, żony i pracownicy albo ojca, męża i pracownika. Często jest tak, że przyzwyczajamy nasze otoczenie do tego, że ze wszystkim „dajemy radę” i w momencie wyzwań życiowych możemy mieć wrażenie, że nie mamy nikogo do pomocy. Ale to najczęściej nie jest prawdą. Prawda jest taka, że wytrenowaliśmy nasze otoczenie w myśleniu, że Marek, Bartek czy Kamila zawsze dadzą sobie radę, więc otoczenie stwierdza, że nie będzie się w ich życie wtrącać. Na dodatek my, tytani sukcesu, kopiujemy to, co widzimy w przestrzeni publicznej, czyli kulturę sukcesu i nieprzyznawanie się do słabości. I choć coraz więcej mówi się już o porażkach i przechodzeniu przez nie, to często mimo wszystko pokazywany jest nam niepełny obraz. Słyszymy: „było ciężko, ale się podniosłam”, „straciliśmy dużo, ale daliśmy radę”, „bałem się tego kroku, ale jakoś poszło”, „zbankrutowałyśmy, ale potem wyszłyśmy na prostą”. Świadomie lub nie, w wielu opowieściach o porażkach i sukcesach pomijany jest czas pomiędzy początkiem trudności a ich końcem – okres najtrudniejszy, najciemniejszy i najgorszy.

Prawdopodobnie dzieje się to dlatego, że boimy się oceny. Ale to właśnie wtedy otrzymujemy najwięcej cennych życiowych lekcji. Joseph Campbell, ojciec koncepcji tzw. podróży bohaterskiej, na której zbudowane są wielkie historie świata, mówił tak: „W jaskini, do której boisz się wejść, czeka na ciebie skarb, którego szukasz”. To właśnie w tym „pomiędzy” stykamy się ze śmiercią jakiejś części nas, z żałobą po stracie idealnej tożsamości, smutkiem zostawienia tego, co miało trwać. I to tam właśnie „pomiędzy” kształtuje się w nas i jest nam najbardziej potrzebna odwaga.