Większość z nas praktycznie nie rozstaje się z telefonami komórkami. Sięgnięcie po telefon, sprawdzenie Facebooka czy wiadomości dla wielu jest pierwszą rzeczą po przebudzeniu i ostatnią przed zaśnięciem. Średnio spędzamy „podłączeni pod smartfona” blisko 4 godziny dziennie. A co, gdybyśmy postanowili przejść w tryb offline – nie na kilka godzin, nie na tydzień, a na zawsze?

Wydaje się niemożliwe, jednak na taki krok zdecydował się Mark Boyle, irlandzki aktywista i pisarz, znany jako twórca internetowej społeczności Wolnej Gospodarki i zwolennik życia bez pieniędzy. Od 2008 roku prowadzi ten „żywy eksperyment”, jakim jest życie poza głównym nurtem. W najnowszej książce „Offline”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Kobiecego, Boyle opowiada o swojej osobistej podróży w poszukiwaniu sensu życia i pielęgnowaniu człowieczeństwa bez udziału urządzeń elektronicznych.

Przeczytaj fragment książki „Offline”

 

Po południu, w przeddzień przeprowadzki do domku, gdzie miałem mieszkać bez elektryczności i podstawowych wygód, które przez większość życia wydawały mi się oczywiste – telefonu, komputera, żarówek, pralki, bieżącej wody, telewizji, elektronarzędzi, kuchenki gazowej, radia – dostałem e-mail, być może ostatni, jaki kiedykolwiek otrzymam, od redaktora pewnego wydawnictwa. Przeczytał mój artykuł opublikowany tego ranka w gazecie i chciał zapytać, czy nie napisałbym książki o swoich doświadczeniach.

Rok wcześniej, kiedy zacząłem myśleć o zbudowaniu chatki – fundamentu mojego, jak miałem nadzieję, prostszego stylu życia – naszła mnie ponura, lecz racjonalna konkluzja, że, nie licząc osobistych dzienników, prawdopodobnie nigdy więcej niczego nie napiszę. Słyszałem, że wydawcy nie przyjmują już ręcznie pisanych tekstów, jak za czasów D.H. Lawrence’a, zwłaszcza jeśli żaden z ciebie D.H. Lawrence; dlatego moja decyzja, aby zacząć używać prostszych, mniej zmechanizowanych narzędzi, zdawała mi się ostatnim gwoździem do trumny jedynego dostępnego mi źródła środków finansowych. Fakt ten zaakceptowałem, bo zawsze twierdziłem, iż – cytując dziewiętnastowiecznego pisarza i transcendentalistę Henry’ego Davida Thoreau – ważniejszym jest „wstać, by żyć” niż „zasiąść do pisania”. A jednak ta perspektywa wyraźnie mi ciążyła.

Stąd jego e-mail mnie zaskoczył. Odpowiedziałem, że jestem zainteresowany. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, jak to miałoby się udać i czy to w ogóle możliwe. Przez całe dorosłe życie wszystko pisałem na komputerze, od esejów i prac naukowych aż po artykuły i książki. Już zaczęło do mnie docierać, że w porównaniu z pismem maszynowym, pismo odręczne nie tylko stanowi odrębny kunszt, ale wymaga też zmiany sposobu myślenia. Nie będzie szybkiego i wygodnego stukania w klawisze ani wyszukiwania informacji w internecie, koniec z autokorektą, kopiuj-wklej i łatwym kasowaniem. Aby przeorganizować stronę, będę musiał zacząć od początku. Zastanawiałem się, jak będzie przebiegać redagowanie tekstu, bez możliwości natychmiastowej komunikacji, do której przywykł nowoczesny świat wydawniczy. To wszystko nie mieściło mi się w głowie. Ten plan mógł się nie udać ze stu różnych powodów, więc sięgnąłem po ołówek i postarałem się, żeby było ich tylko dziewięćdziesiąt dziewięć.

 

* * *

 

Niemal dziesięć lat temu, zanim postanowiłem „wyciągnąć wtyczkę” i odłączyć się od cywilizacji przemysłowej, rozpocząłem życie bez pieniędzy. Ten roczny, w pierwotnym zamyśle, eksperyment potrwał trzy lata, a od tamtej pory pieniądze pełnią w moim życiu nieznaczną rolę. Pewnie myślisz sobie: oto ktoś o poważnych skłonnościach masochistycznych. Nie winię cię.

Jednakże bliższe prawdy jest stwierdzenie przeciwne. W słowach takich jak „rezygnacja”, „porzucenie” i „wycofanie” zawsze pobrzmiewa niebezpieczne echo poświęcenia, ograniczenia i ascetyzmu, podkreślając to, co tracimy, zamiast to, co możemy zyskać. Bardziej prawdopodobne, że o alkoholiku ktoś napisze: „rzucił picie” niż „odzyskał zdrowie i poprawił stosunki z ludźmi”. Z mojego doświadczenia wynika, że strata i zysk nieustannie się ze sobą przeplatają. Co chwila dokonujemy wyborów, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie. Przez większość życia, z całkowicie uzasadnionych powodów, skłaniałem się ku pieniądzom i maszynom, nieświadomie wybierając egzystencję pozbawioną wszystkiego, co te rzeczy zastępowały. Pytanie, które dotyczy nas wszystkich, a które zbyt rzadko sobie zadajemy, brzmi: co jesteśmy gotowi stracić i co chcemy zyskać, brnąc po omacku przez swoje krótkie, cenne życie?

Tak jak w przypadku niniejszej książki, tamtego popołudnia, w przeddzień rozpoczęcia życia bez pieniędzy („życie na łonie natury” wciąż brzmi tandetnie), także spytano mnie, czy jestem zainteresowany opisaniem swoich doświadczeń. Rok później tamta książka i ja sam mieliśmy być znani jako Człowiek bez pieniędzy. Była to opowieść o wszystkich wyzwaniach, lekcjach, cudach, zmaganiach, radościach, błędach i przygodach, które stały się moim udziałem podczas pierwszego roku życia bez pieniędzy. W trakcie powstawania tamtej relacji, mój redaktor poprosił, abym w krótkim rozdziale określił „zasady eksperymentu”. Pieniądze łatwo zdefiniować, więc zasady były jasne: nie mogłem wydać ani otrzymać nawet pensa przez co najmniej rok. Zważywszy, że kierowały mną pobudki nie tylko osobiste, lecz także ekologiczne, geopolityczne i społeczne, dokładałem idiotycznych wysiłków, aby nie korzystać z owoców globalnego systemu walutowego, poza którym próbowałem żyć. Jednak w ostatecznym rozrachunku te narzucone sobie ograniczenia były stosunkowo jasne i proste: żadnych pieniędzy.

Kiedy więc redaktor, który jako pierwszy skontaktował się ze mną w sprawie książki, którą właśnie czytasz, poprosił, abym określił zasady mojego życia bez technologii, jego prośba powinna była wydawać się rozsądna. A jednak natychmiast wprawiła mnie w zakłopotanie. W przeciwieństwie do pieniędzy, niełatwo jest wyznaczyć wyraźną granicę między tym, co stanowi technologię, a co nie. Język, ogień, smartfon, siekiera – nawet ołówek, którym zapisuję te słowa – można by uznać za przejawy technologii, choć wzdragam się przed takim brakiem precyzji. Co miałoby stanowić granicę – epoka kamienia? żelaza? osiemnasty wiek? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć, skoro nawet słowa można uważać za wytwór technologii, a im dłużej zastanawiałem się nad latami, które przeżyłem bez pieniędzy, tym mniej istotne wydawało mi się znalezienie idealnego rozwiązania.

Tamte lata nauczyły mnie też, że zasady czynią z życia grę, którą trzeba wygrać, wyzwanie, któremu trzeba sprostać, bo tworzą czarno-białe scenariusze, ku którym skłania się społeczeństwo. Moje życie należy do mnie i jest podatne na te same sprzeczności, zawiłości, kompromisy, konflikty i chaos, co życie innych. Moje ideały często wyprzedzają o krok zdolność ich pełnego urzeczywistnienia i nie ma w tym nic złego; zastanawiam się wręcz (tę myśl rozwinę nieco później) czy hipokryzja nie jest wskaźnikiem ideału najwyższego.

Towarzyszyło mi silne przekonanie, że jeśli mam napisać książkę o swoich doświadczeniach, powinna ona odzwierciedlać prawdziwy cel „wyciągnięcia wtyczki”, a było nim zgłębianie istoty człowieczeństwa – z wszelkimi jego zawiłościami, sprzecznościami i chaosem – po odrzuceniu tego, co nas rozprasza i zakłóca kontakt z najbliższym otoczeniem.

Po dziesięciu latach bardziej zależy mi na rzetelnym zbadaniu złożoności prostoty, a mniej na udowodnieniu swoich racji. Sednem mojego stylu życia jest palące pragnienie poczucia, że stanowię element naturalnego krajobrazu, co wzorem najstarszej wspólnoty Amiszów z Ameryki Północnej chcę osiągnąć, używając wyłącznie takich narzędzi i technologii (jeśli już muszę użyć tego słowa), które nie uzależnią mnie od instytucji i sił nieszanujących zasad i wartości, zgodnie z jakimi chcę żyć. Później zaś, gdy życie nieuchronnie pociągnie mnie dalej – wyrywając z tej mozolnie wywalczonej prostoty mojego domku i mini gospodarstwa, by wepchnąć w objęcia społeczeństwa, które coraz bardziej pogrąża się w wirtualnej rzeczywistości – chcę móc uczciwie i prosto opisać kompromisy i dylematy, z którymi przyszło mi się zmierzyć. To wszystko, co mogę powiedzieć na temat zasad rządzących moim życiem.

Na tyle, na ile niedoskonałość słów pozwala opisać rzeczywistość, pierwszy rozdział niniejszej książki ma za zadanie oddać urok naturalnego krajobrazu, którego częścią próbuję się stać, a także domku, w którym moje nowe życie się rozpoczęło. Potem poprowadzę cię przez kolejne pory roku, kiedy to pozbywałem się różnych zakłóceń, których dogodność, jak się przekonałem, tłumi nas pod wieloma względami. Dlatego na dalszych stronach znajdziesz nie tyle opowieść o człowieku żyjącym bez technologii, ile zbiór spostrzeżeń, opisów codzienności, rozmów toczonych przy wiejskich furtkach, przygód i refleksji, które, mam nadzieję, ukażą obraz kogoś, kto próbuje okroić swoje życie z ekstrawagancji nowoczesności i przywrócić mu jego surową postać.

Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, to w tej książce wcale nie chodzi o mnie.

 

(…)

 

Wiele osób, czasem nawet ja sam, mówi, że wiodę „proste życie”. Z jednej strony to określenie jest bardzo mylące, bo w rzeczywistości mój sposób na zapewnienie sobie bytu wcale taki prosty nie jest. Przeciwnie, jest procesem wielowątkowym, choć złożonym z tysięcy prostych drobiazgów. Zupełnie inaczej niż moje dawne życie w mieście, które było dość proste, a składało się tysięcy skomplikowanych drobiazgów. Niezliczone technologie, wytwory cywilizacji przemysłowej, są obecnie tak zaawansowane, że egzystencja zwykłego człowieka staje się prosta.

Zbyt prosta. Mnie w każdym razie nudziło robienie w kółko tego samego, dzień w dzień, wykorzystując technologie, które, jak podejrzewałem, nudziły swoich producentów. Po części właśnie dlatego je porzuciłem. Odkryłem, że przy tych wszystkich przełącznikach, guzikach, stronach internetowych, pojazdach, urządzeniach, rozrywce, apkach, elektronarzędziach, gadżetach, dostawcach usług, wygodach, ułatwieniach i potrzebach, nie zostało już niemal nic, co mógłbym robić sam; oprócz, oczywiście, jednego: zarabiania pieniędzy, żeby za to wszystko zapłacić. Dlatego, jak napisał Kirkpatrick Sale w Ludzkim wymiarze, zapragnąłem „złożoności, nie prostoty”.

Technologia i biurokracja przemysłowego społeczeństwa są złożone, lecz nie samo społeczeństwo. Specjalista w dziedzinie rolnictwa Kenneth Dahlberg opisał to najtrafniej: „Społeczeństwa przemysłowe są >>skomplikowane<< (jak zegar, który składa się z wielu połączonych części, lecz tylko kilku >>gatunków<< – zębatek, sprężyn, łożysk itd.) (…) [One] nie są złożone”. Sale dodał w Ludzkim wymiarze: „To nasza współczesna gospodarka jest prosta: całe kraje poświęcone jednej uprawie, miasta jednemu przemysłowi, gospodarstwa jednej hodowli, fabryki jednemu produktowi, ludzie jednej pracy, praca jednemu ruchowi, ruch jednemu celowi”. W porównaniu z cywilizacją przemysłową, dzika przyroda jest zdumiewająco złożona.

Z drugiej strony w moim życiu można dopatrzyć się ponadczasowej prostoty. Odkryłem, że jeśli zerwać cały ten plastik, którym społeczeństwo przemysłowe szczelnie cię opakowuje, to, co pozostaje – twoje prawdziwe potrzeby – jest bardzo proste. Świeże powietrze. Czysta woda. Prawdziwa żywność. Towarzystwo. Ciepło, które zapewnia własnoręcznie narąbane drewno. Żadnych luksusów, gratów, niepotrzebnych komplikacji. Bez manatków, bez wydatków. Tylko surowe składniki życia, z którymi trzeba radzić sobie na bieżąco i samodzielnie, bez komplikujących sprawę pośredników.

Proste. Ale złożone.

Od tych wywodów na temat złożoności i prostoty zaczyna mnie boleć głowa. Zauważam, że kury szykują się do snu i czekają, aż zamknę kojec – jak wszystkie udomowione zwierzęta przyzwyczaiły się, że ktoś o nie dba – a poza tym muszę jeszcze zrobić kilka rzeczy z tysiąca swoich zajęć, więc lepiej już skończę to pisanie.