Twórcy kulinarni odtwarzający dania z filmów i seriali przyciągają dziś ogromną publiczność, a trudno się temu dziwić. Przepis przestaje być wyłącznie przepisem. Staje się sposobem na wejście do świata, który dotąd istniał po drugiej stronie ekranu.
Harry Potter smakuje inaczej niż The Bear
Filmowe jedzenie działa, ponieważ bardzo często jest czymś więcej niż dekoracją scenografii. Wielkie uczty w Hogwarcie opowiadają o świecie, do którego Harry trafia po dzieciństwie spędzonym u Dursleyów. Nagle chłopak, któremu odmawiano poczucia przynależności, siedzi przy stole pełnym jedzenia, obok ludzi mających stać się jego przyjaciółmi.
W The Bear jedzenie funkcjonuje zupełnie inaczej. Tutaj potrafi być obsesją, językiem ambicji, sposobem okazywania troski i źródłem ogromnej presji. Jeden z najbardziej zapamiętanych momentów serialu przyniósł przecież prosty omlet przygotowany przez Sydney dla zmęczonej Sugar. Nie potrzeba było wystawnego dania ani restauracyjnej ceremonii. Kilka składników wystarczyło, żeby opowiedzieć o uważności lepiej niż rozbudowana rozmowa.

Nic dziwnego, że właśnie takie potrawy później zalewają TikToka, Instagrama i YouTube. Widzowie chcą sprawdzić, czy scena może mieć smak.
Kiedyś kupowaliśmy koszulkę z filmu. Teraz można ugotować sobie jego kawałek
Fandom przez lata opierał się na dość przewidywalnym zestawie przedmiotów. Plakaty, figurki, koszulki, kubki, kolekcjonerskie wydania. Popkultura bardzo szybko nauczyła się sprzedawać nam materialne fragmenty ulubionych światów.
Jedzenie poszło jeszcze dalej, ponieważ daje doświadczenie, którego nie da się postawić na półce. Można zrobić kremowe piwo inspirowane światem Harry’ego Pottera, przygotować ratatouille wyglądające jak danie Remy’ego albo zmierzyć się z włoską kanapką z wołowiną znaną z The Bear. Na chwilę widz przestaje być wyłącznie odbiorcą.

Mam wrażenie, że właśnie dlatego filmowe przepisy tak dobrze pasują do współczesnego internetu. TikTok i Reels skróciły drogę między obejrzeniem czegoś a próbą odtworzenia tego we własnym domu. Kilkanaście lat temu po seansie można było najwyżej poszukać przepisu na forum. Dziś chwilę później algorytm potrafi podsunąć kilka wersji tej samej potrawy, instrukcję przygotowania i człowieka, który sprawdził za nas, czy pomysł scenarzystów w ogóle ma kulinarny sens.
Babish pokazał, że popkultura może trafić do garnka
Jedną z osób, które zbudowały ogromną popularność na tym pomyśle, jest Andrew Rea i jego projekt Binging with Babish. W kolejnych materiałach brał na warsztat potrawy znane z filmów, seriali, animacji i gier. Na jego stole pojawiały się zarówno dania inspirowane światem Harry’ego Pottera, jak i potrawy z The Bear.
Dzisiaj podobnych twórców są setki. Jedni próbują jak najwierniej odtworzyć wygląd potrawy. Inni zastanawiają się, co właściwie powinno znajdować się w daniu, którego receptury nigdy dokładnie nie poznaliśmy. Jeszcze inni poprawiają ekranowy przepis tak, żeby rzeczywiście nadawał się do jedzenia.
To ciekawy rodzaj fanowskiej twórczości. Zamiast pisać alternatywną historię bohaterów albo przebierać się za nich na konwencie, można przez kilka godzin walczyć z sosem w kuchni. Efekt jest oczywiście znacznie bardziej nietrwały. Za to można go zjeść.
Jedzenie zawsze było jednym z bohaterów kina
Wystarczy przypomnieć sobie Ratatouille. Finałowa scena, w której krytyk Anton Ego próbuje tytułowego dania i natychmiast wraca pamięcią do dzieciństwa, działa właśnie dlatego, że wszyscy znamy podobny mechanizm. Smak potrafi uruchomić wspomnienie szybciej niż zdjęcie.
Studio Ghibli od dekad zamienia zwykłe posiłki w sceny, które później krążą po internecie jako osobna kategoria filmowych zachwytów. Jajka i bekon w Ruchomym zamku Hauru, ramen w Ponyo czy ogromne porcje jedzenia w Spirited Away pamięta się czasem równie dobrze jak dialogi.
Podobny mechanizm działa w Pulp Fiction, Ojcu chrzestnym, Chef, Twin Peaks czy Przyjaciołach. Burger, makaron, kanapka, kawa i ciasto potrafią zostać popkulturowym symbolem, choć na papierze brzmią zupełnie zwyczajnie.
Kino potrafi nadać jedzeniu kontekst, którego nie znajdziemy w książce kucharskiej. Potem internet dopisuje kolejny rozdział.
Popkultura już dawno wyszła poza ekran
Mam wrażenie, że popularność takich materiałów mówi również sporo o tym, czego dziś oczekujemy od kultury. Samo obejrzenie serialu coraz częściej wydaje się początkiem kontaktu z danym światem. Później słuchamy podcastów, oglądamy analizy, śledzimy aktorów, kupujemy gadżety, odwiedzamy miejsca znane z produkcji i próbujemy jedzenia, które zobaczyliśmy na ekranie.
Granica między widzem a uczestnikiem zrobiła się przez to bardzo cienka.
Można oczywiście uznać gotowanie filmowego omletu za kolejną internetową zabawę. I trochę nią jest. Widzę jednak w tym coś sympatycznego. Po latach coraz bardziej cyfrowego konsumowania kultury jeden z jej popularnych trendów kończy się przy desce do krojenia, patelni i stole.
Filmowy świat na moment staje się czymś, czego można dotknąć, powąchać i spróbować. A później zostaje już tylko zmywanie naczyń. Tego akurat kino zazwyczaj nam oszczędza.
