Orbea Wild TR idzie jednak w stronę, która wydaje mi się znacznie rozsądniejsza. Ma silnik Boscha o potężnych parametrach, akumulator pozwalający planować naprawdę długie trasy i zawieszenie, które nie każe zastanawiać się przed każdym kamienistym zjazdem, czy właśnie podjęliśmy życiową decyzję.
To e-MTB dla osób, które chcą jeździć po górach dużo, daleko i szybko, ale wciąż mają ochotę czuć, że prowadzą rower, a nie małą maszynę na dwóch kołach.
Mniej skoku
Wild TR zastępuje w gamie Orbei model Wild ST i już sam skrót TR – od trail – dobrze ustawia jego charakter. Producent postawił na 150 mm skoku z przodu i z tyłu. Dla kogoś, kto traktuje każdy weekend jak próbę pobicia rekordu prędkości na najtrudniejszym zjeździe, może to brzmieć jak lekki kompromis. Dla większości osób jeżdżących po prawdziwych trasach jest to jednak bardzo rozsądny punkt wyjścia.

150 mm skoku pozwala przejechać przez korzenie, kamienie, błoto i te wszystkie momenty, w których nagle okazuje się, że oznaczenie trasy było bardziej optymistyczne niż nasze umiejętności. Jednocześnie rower ma pozostać zwinniejszy niż cięższe konstrukcje nastawione na agresywne enduro. I właśnie ta proporcja wydaje się tu kluczowa.
Coraz częściej mam wrażenie, że producenci rowerów elektrycznych zaczynają rozumieć coś, co użytkownicy wiedzą od dawna. Większość wypraw nie składa się z samych zjazdów. Jest w nich dojazd, podjazd, leśna droga, odcinek po szutrze, dłuższa chwila na widoku, który trzeba było sobie najpierw wypracować. Rower, który potrafi obsłużyć ten cały dzień, a nie tylko jego najbardziej instagramowy fragment, jest dziś znacznie ciekawszą propozycją.
Bosch zostaje, bo zaufanie też ma swoją wagę
W czasach, gdy kolejne marki próbują zaskoczyć własnym napędem, egzotycznym partnerstwem albo silnikiem o nazwie brzmiącej jak wersja oprogramowania do lotów kosmicznych, Orbea pozostaje przy Boschu Performance Line CX. I trudno mi się temu dziwić.

Jednostka oferuje do 120 Nm momentu obrotowego oraz do 750 W mocy szczytowej. To wartości, które na technicznym podjeździe potrafią zmienić atmosferę z ambitnej na wyraźnie mniej nerwową. Ważniejsze od samych cyfr jest jednak to, że Bosch ma opinię systemu przewidywalnego, dobrze znanego serwisom i rozwijanego od lat. Przy rowerze, który może kosztować tyle co używane miejskie auto, świadomość, że elektronika nie jest eksperymentem z pierwszej serii, ma swoją wartość.
Wild TR dostępny jest z baterią 600 Wh albo 750 Wh. Można też dołożyć dodatkowy akumulator Bosch PowerMore o pojemności 250 Wh. W najmocniejszej konfiguracji daje to łącznie 1000 Wh energii. To już poziom, przy którym planowanie trasy zaczyna przypominać stare, dobre rowerowe myślenie – gdzie chcę dojechać, a nie gdzie najbliżej znajdę gniazdko.
Oczywiście większa bateria oznacza dodatkowe kilogramy. Fizjologia i fizyka nadal nie zgodziły się na kompromis. Ale w rowerze, którego zadaniem jest zabrać nas dalej w góry, taka wymiana wydaje się uczciwa.
Geometria dla tych, którzy wolą wrócić z wycieczki z uśmiechem
Orbea zastosowała kąt główki ramy 64,5 stopnia oraz bardzo stromy, 78-stopniowy kąt rury podsiodłowej. W języku mniej technicznym oznacza to, że Wild TR ma zachowywać spokój na szybszych zjazdach, a jednocześnie nie zmuszać rowerzystki do walki o pozycję na stromych podjazdach.
To są parametry, które dobrze oddają zmianę w myśleniu o elektrycznych góralach. Jeszcze kilka lat temu e-MTB miały po prostu pomagać wjechać wyżej. Dziś oczekujemy od nich także dobrego prowadzenia, stabilności i komfortu.

Ciekawym detalem jest też rozwiązanie Steep’n’Deep, pozwalające montować długie regulowane sztyce podsiodłowe. W praktyce chodzi o to, by siodło można było schować naprawdę nisko przed zjazdem. To drobiazg, dopóki nie trafi się pierwszy stromy fragment, na którym człowiek nagle przypomina sobie, że rower powinien mieć przestrzeń do pracy pod nim.
Carbon dla chętnych, aluminium dla rozsądnych
Wild TR będzie dostępny zarówno w wersjach aluminiowych, jak i karbonowych. Najtańszy Wild TR H20 kosztuje 4999 euro, czyli około 21 400 zł. Na drugim końcu cennika znajduje się karbonowy Wild TR M-Team za 9999 euro, czyli około 42 900 zł.
To rozpiętość, która dobrze pokazuje, jak bardzo e-MTB stały się rynkiem dla różnych portfeli, choć oczywiście słowo dostępny nadal należy tu traktować z pewną ostrożnością. Ponad 21 tysięcy złotych za podstawowy model trudno uznać za spontaniczny zakup po dobrej kawie i dwóch filmach z przejazdów po Dolomitach.

Wersje karbonowe mają jednak sens w tym konkretnym segmencie. Przy rowerze z silnikiem, dużą baterią, pełnym zawieszeniem i mocniejszym wyposażeniem każda oszczędność masy może przełożyć się na przyjemniejsze prowadzenie. Nie chodzi nawet o to, by nagle udawać, że elektryczny rower waży tyle co klasyczny hardtail. Chodzi raczej o to, by po kilku godzinach jazdy nie czuć, że próbujemy skręcać lodówką z amortyzatorem.
Orbea Wild TR ma dobrze rozpoznany silnik, sensowny zakres zawieszenia, nowoczesną geometrię i możliwość dobrania baterii do stylu jazdy. Myślę, że właśnie takie modele będą coraz ważniejsze. E-MTB przestaje być sprzętem dla tych, którzy chcą mieć więcej wszystkiego.
