Jedna z psychologicznych teorii nudy głosi, że jest ona wynikiem rozdzielenia naszych myśli i zewnętrznego środowiska. Nawet jeśli dzieje się coś atrakcyjnego, zostajemy przyklejeni do myśli i mamy poczucie, że minęliśmy się ze zdarzeniami. A czasem, że mijamy się z życiem. Epidemiolodzy z University College London twierdzą, że to niekonieczne przenośnia. Przebadali urzędników państwowych w latach 70. XX wieku, a potem w roku 2010, i okazało się, że ci znudzeni umierali wcześniej i wcześniej doświadczali ataków serca. Inne badania przeprowadzone w kinie pokazują, że sceny wyciskacze łez mniej stresują widzów niż sceny nudne, na których aktorzy wieszają na przykład bieliznę. Oglądanie nudnych scen sprawia, że ciało wytwarza więcej kortyzolu, hormonu stresu.

To, że zatapianie się w myślach i oderwanie od środowiska jest szkodliwe, potwierdza mającą 2300 lat tezę greckich stoików, że zdrowie i szczęście zależą od tego, jak bardzo nasza uwaga jest dostrojona do naturalnych procesów życia. Albo będziemy uważni, albo będziemy chorować na nudę. Nie tylko nie poznamy życia, które toczy się wokół, ale także zignorujemy życie w nas samych. To ostatnie opanowaliśmy do perfekcji. Procesy życiowe w nas samych bywają bolesne, więc gdy mamy chwilę wolnego, wolimy zagłuszyć je choćby telewizją albo piwem. Zwrócenie na nie uwagi, czynność, którą z braku innych słów nazywamy medytacją, może dać nam wiele korzyści. Ale najpierw musimy się przebić przez barierę z nudy. Zmierzyć się z nią, zamiast od niej uciekać.

Nietzsche pisał: „Kto fortyfikuje się szczelnie przeciwko nudzie, fortyfikuje się także przeciwko sobie samemu”. To jeden z największych grzechów z punktu widzenia praktyki filozoficznej. Filozoficzna droga nie polega – jak ta komercyjna – na znajdowaniu coraz większej dawki przyjemności, tylko na szukaniu trwałych źródeł szczęścia.

Nie znajdziemy ich, jeśli nie poznamy natury złych nastrojów, w tym nudy. Poznać nie znaczy przeczytać o nich w psychologicznym podręczniku. Znaczy – przeżyć je świadomie i zbadać ich istotę. Nie jesteśmy skazani na dyktaturę nudy ani na budowanie własnej wartości metodą ściągania uwagi innych ludzi. Ponieważ samotność boli i nigdy nie da się jej do końca zagłuszyć, równie dobrze możemy zrobić z niej pożytek.

Zderzenie z samotnością to eksperyment podejmowany przez ludzi we wszystkich kulturach. Indianie, i znad Amazonki, i z Ameryki Północnej, odbywali inicjację w dorosłość w pojedynkę, w leśnych ostępach. Samotnie medytują mnisi różnych religii, a pewna praktyka tybetańska domaga się zamurowania człowieka na lata w jaskini, by obecność innych nie przeszkadzała mu w doskonaleniu umysłu. Jak oni to wytrzymują? Badania pokazują, że medytacyjne zwrócenie uwagi na siebie samego, paradoksalnie, nie zwiększa samotności, tylko ją oswaja i czyni z niej sojusznika w poszukiwaniu szczęścia.

Drugie dno

Nie ma czegoś takiego jak nuda. Jest tylko brak ciekawości

Wikipedia definiuje samotność tak: „Zjawisko subiektywnie odczuwane, stan emocjonalny człowieka wynikający najczęściej z braku pozytywnych relacji z innymi osobami. Często ma wydźwięk negatywny”. Tak patrzymy na samotność dzisiaj. Tymczasem wielu myślicieli, którzy zgłębiali ten problem, szukało źródeł samotności gdzie indziej niż w kontakcie z ludźmi. Mark Twain pisał: „Najgorszy rodzaj samotności jest wtedy, kiedy nie czujemy się dobrze z samymi sobą”. Samotność nie jest uwarunkowana wydarzeniami. Jest stanem umysłu. Jeśli już mamy nazwać ją brakiem, to jest to brak uwagi.