Książka Barry’ego Lopeza – przez „San Francisco Chronicle” uznanego za „najwybitniejszego autora piszącego o przyrodzie” – po raz pierwszy ukazała się w 1978 roku w Stanach Zjednoczonych, ale na polski przekład musieliśmy czekać ponad 40 lat. Na szczęście, na twórczość tego amerykańskiego eseisty uwagę zwróciło wydawnictwo Marginesy, które po „Arktycznych marzeniach” zdecydowało się opublikować także„O wilkach i ludziach” (tłum. Jarosław Mikos). W przygotowaniu jest też kolejna pozycja autora – „Horyzont”.

Lopez (1945–2020) zasłynął jako autor niebojący się pisać o etycznych aspektach kontaktu ludzi z przyrodą, czy raczej – zawłaszczania przyrody przez ludzi. Zbiór opowieści o wilkach był jego pierwszą duża publikacją. Przyniósł mu kilka znaczących nominacji i nagród literackich, a także rozgłos, jakiego być może nie oczekiwał dla poruszanego przez siebie tematu.

Wydaje się, że przed Lopezem o wilkach czytaliśmy jedynie w bajkach, gdzie wyły do księżyca, pożerały babcie i małe dziewczynki, a rodzice straszyli nimi dzieci, aby były grzeczne i nie oddalały się po zmroku. Autor wziął więc na siebie ciężar zatarcia tego groźnego obrazu i pokazania ludziom, że z wilkami można żyć w zgodzie i że nie są „szkodnikami” na naszym terenie, a wręcz, że często jest odwrotnie i to my zagrażamy im.

„O wilkach i ludziach” to swoiste kompendium wiedzy o relacjach wilk – człowiek. Lopez nie tylko opowiada o własnych spotkaniach z wilkami – tych przypadkowych i tych bardziej celowych – lecz także o nastrojach z jakimi się spotykał wśród mieszkańców Alaski czy rdzennej ludności Ameryki, a były one niemal zupełnie odmienne. Dla jednych wilki były „bestiami” zabijającymi z zimną krwią. Dla drugich – uosobieniem wolności, odwagi i duchów czuwających nad bezpieczeństwem ziem i lasów.

Obok fragmentów bardziej reportażowych znajdziemy też wyimki z badań naukowych, mitów i legend oraz dogłębną analizę źródła ludzkiego lęku przed wilkami, czy może bardziej ogólnie – przede wszystkim, co dzikie i nieznane. Pozostaje mieć nadzieję, że książka trafi do najszerszego grona, a wilki będą miały co zawdzięczać Lopezowi.

PRZECZYTAJ FRAGMENT

„JAZGOT USPRAWIEDLIWIEŃ"

Podczas pracy nad tą książką miałem okazję rozmawiać z wieloma osobami i zetknąć się z kilkoma różnymi punktami widzenia na temat wilków. (…) Spotkałem jednak także kilka osób, które wyraźnie różniły się od pozostałych. Zupełnie jak gdyby ci ludzie przeżyli w jakimś momencie swojego życia załamanie i zaczęło ich przepełniać rozgoryczenie przekształcające się z czasem w nieuzasadnioną nienawiść. Do prawa. Do rządu. Do wilków. 

Nienawidzili wilków, ponieważ – z trudem szukali słów, żeby to wyrazić – mieli wrażenie, że wilkom powodzi się o wiele lepiej niż im. A to wydawało im się niegodziwością. Zabijali wilki odruchowo, z poczuciem pewnej mściwej satysfakcji, czując przy tym równie niewiele wyrzutów sumienia, co chłopiec, który strzela do szczurów na wysypisku śmieci. Nie było ich wielu, ale ich głosy, krzykliwie domagające się wilczej krwi, często rozlegały się najdobitniej. (…)
Dzisiaj łatwo przychodzi nam potępiać tych ludzi, widząc, do czego doprowadzili – zniszczyli nasze narodowe dziedzictwo w postaci dzikich zwierząt – i przeżywać stratę. Ale, być może, obwiniamy ich zbyt łatwo. Zapominamy, jak niewiele w istocie dzieli nas od czasów i okoliczności,w których my także musielibyśmy zabijać wilki. Poza tym obwinianie ich o tę stratę jest nadmiernym uproszczeniem. 

Musimy zadać sobie ogólniejsze pytanie: co człowiek tak naprawdę usiłował zabić, kiedy odwodził kurek strzelby i wymierzał ją w stronę głowy wilka? Nasuwają się także inne pytania. Dlaczego nie przestaliśmy zabijać? Dlaczego zabijaliśmy nadal, chociaż powód, dla którego to robiliśmy, już dawno zniknął? A także dlaczego tak wielu z nas udawało, że nic nie widzi, gdy zdeprawowani i żądni krwi ludzie dręczyli wilki? W sensie historycznym wszyscy ponosimy winę za wyginięcie wilków. W XIX wieku, gdy Indianie z równin mówili nam, że wilk jest bratem, prawiliśmy im inne kazania. (…) 

Odkąd człowiek zaczął myśleć o wilkach – przekształcać ich potomków w psy, podziwiać je jako myśliwych – regularnie je zabijał. Na pierwszy rzut oka powody wydają się całkiem proste i usprawiedliwione. Wilki to drapieżniki. (…) Zawodowi myśliwi zabijają wilki dla pieniędzy; traperzy robią to dla skór; naukowcy po to, by zgromadzić dane do swoich badań; myśliwi polujący na grubą zwierzynę uśmiercają je dla trofeów. 

Argumenty tych ludzi, które wysuwają, by usprawiedliwić swoje poczynania, trudniej jest obronić, ale wiele osób nie widzi absolutnie niczego złego w takiej działalności. Prawdę mówiąc, właśnie w taki sposób zwykle traktujemy wszystkie drapieżniki – także niedźwiedzie, rysie i pumy. Wilk jednak znajduje się w zasadniczo odmiennym położeniu, ponieważ w historii zabijania wilków można dostrzec znacznie mniej powściągliwości i znacznie więcej okrucieństwa. 

Wielu ludziom nie wystarczało zabijanie wilków, dlatego dodatkowo je torturowali. Podpalali wilki żywcem, rozdzierali im paszcze albo przecinali ścięgna Achillesa, szczuli na nie psy. Truli je strychniną, arszenikiem i cyjankiem i robili to na tak wielką skalę, że przy okazji tego procederu ginęły miliony innych zwierząt: szopów, tchórzy czarnołapych, lisów rudych, kruków, myszołowów rdzawosternych, orłów, rosomaków, wiewiórek ziemnych. W środku gorączki mordowania wilków ludzie truli nawet siebie samych i doprowadzali do zniszczenia własnych domów, kiedy podpalali lasy, aby pozbawić wilki schronienia. (…) 

To brutalny wyraz pewnego przerażającego przekonania o tym, że człowiek ma prawo zabijać inne stworzenia nie z powodu tego, co one robią, ale ze względu na swój lęk przed tym, co mogłyby zrobić. Niemal napisałem „albo bez żadnego powodu”, ale zawsze jest jakiś powód. Zabijanie wilków ma coś wspólnego z lękiem wypływającym z przesądów. (…)

Można jednak odnieść pewną korzyść, dowiadując się, skąd się wziął ten lęk, skąd się wzięła ta nienawiść, i jeszcze jedna cecha, oprócz okrucieństwa wobec wilków, która odróżnia polowanie na to zwierzę od innych rodzajów myślistwa – poczucie, że jest ono „moralnie słuszne”.

Ta nienawiść ma korzenie w religii: wilk to diabeł w przebraniu. Ma także świeckie początki: wilki zabijały zwierzęta hodowane przez ludzi, tym samym skazując ich na nędzę. Na poziomie bardziej ogólnym, historycznie miała coś wspólnego z uczuciami żywionymi wobec dzikiej przyrody. To, co ludzie mówili o jednym, na ogół myśleli o drugim. Podziw dla dzikiej przyrody był podziwem dla wilka; pragnienie, aby zapanować nad dziką przyrodą i wszystkim, co reprezentowała, oznaczało pragnienie głowy wilka. (…)

Wilk stawał się „krwawym, bezwzględnym prześladowcą” (jak nazwał go Roger Williams) wszystkiego, co w człowieku szlachetne. Theodore Roosevelt, z dłonią na Biblii, próbując zaskarbić sobie przychylność elit biznesowych, z całą powagą mówił o wilkach, które zabijają zwierzęta na jego ranczu w Dakocie Północnej, o zagrożeniu, jakie stanowi wilk dla wszelkiego postępu. Nazwał go „bestią siejącą zniszczenie i upadek”.