Ale festiwal trwa znacznie dłużej niż koncert ulubionego artysty. Między jednym występem a drugim dzieje się ta część imprezy, która często zostaje w pamięci równie mocno jak refren śpiewany z tłumem.
W tym roku jednym z takich miejsc ma być Strefa Orange. I akurat ten kierunek wydaje mi się ciekawy, bo zamiast kolejnej przestrzeni z leżakami i ścianką do zdjęć dostajemy próbę pokazania, jak technologia może wejść w festiwal bez odbierania mu ludzkiego charakteru. A to wcale nie jest łatwe, bo na koncertach naprawdę nikt nie chce czuć się jak na prezentacji możliwości sieci.
Festiwal widziany przez gogle VR
Najmocniejszym punktem Strefy Orange ma być doświadczenie VR, które pozwoli festiwalowiczom zobaczyć koncert z perspektywy zwykle zarezerwowanej dla artystów, ekipy technicznej albo szczęśliwców z przepustką za kulisy. Dzięki kamerom 360 ustawionym przy scenach obraz i dźwięk mają być przesyłane w czasie rzeczywistym do gogli VR w jakości 8K. Brzmi ambitnie, ale też dość logicznie: skoro festiwal jest świętem bycia blisko muzyki, technologia może tu spróbować przesunąć granicę tej bliskości.
Podoba mi się w tym pomyśle jedna rzecz. VR często bywa sprzedawany jako ucieczka od świata, a tutaj ma działać odwrotnie – jako dodatkowe wejście w wydarzenie, które i tak dzieje się obok nas. Można stać na terenie festiwalu, słyszeć tłum, czuć wieczorne powietrze nad Służewcem, a jednocześnie na chwilę zobaczyć scenę z miejsca, do którego zwykle nie ma dostępu. To może być szczególnie fajne dla tych, którzy lubią koncerty, ale niekoniecznie marzą o przeciskaniu się pod barierki przez pół godziny z kubkiem w ręku i cudzym plecakiem pod brodą.

Gaming Room, czyli przerwa od koncertów bez siedzenia na trawie
Drugi mocny element strefy to Gaming Room. W festiwalowej rzeczywistości takie miejsca pełnią ciekawą rolę. Są trochę oddechem od tłumu, trochę sposobem na rozruszanie znajomych, którzy po dwóch koncertach zaczynają wyglądać jak bateria na 12%. Orange zapowiada gry ruchowe, wyzwania i e-sportową energię, a dodatkowym magnesem ma być spotkanie z Filipem NEO Kubskim, jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego e-sportu.
I tu akurat łatwo zrozumieć, dlaczego operator tak mocno pokazuje światłowód i 5G. Gry są jednym z tych obszarów, w których jakość połączenia przestaje być abstrakcyjnym hasłem z reklamy. Kiedy obraz się zacina, ping skacze, a rozgrywka rozjeżdża się w najmniej odpowiednim momencie, nikt nie myśli o technologii z czułością. Na festiwalu można to pokazać bardziej namacalnie, bez tłumaczenia tabelkami, czym jest stabilne łącze. Wystarczy dać ludziom zagrać.
Pamiątki z festiwalu
W Strefie Orange pojawi się też bardziej lekka, kreatywna część programu. Uczestnicy będą mogli tworzyć cyfrową sztukę, przygotować własną przypinkę z hasłem oddającym festiwalowy klimat i zrobić zdjęcie w fotobudce AI. To niby drobiazgi, ale właśnie takie rzeczy często ratują festiwalowe przerwy. Nie każdy chce stać w kolejce po jedzenie, nie każdy potrzebuje kolejnego napoju, nie każdy ma siłę prowadzić wielkie rozmowy o życiu między dwoma koncertami. Czasem dobrze jest po prostu zrobić coś głupio-przyjemnego i wyjść z tego z pamiątką.
Mam też wrażenie, że festiwalowe strefy partnerskie przeszły długą drogę. Kiedyś wystarczyło postawić logo, rozdać balony i uznać sprawę za załatwioną. Dziś publiczność jest bardziej wybredna. Chce atrakcji, która daje pretekst do wejścia, zostania na chwilę i zrobienia czegoś razem. To ważne, bo dobry festiwal składa się z małych momentów. Z koncertu, oczywiście, ale też z przypadkowego zdjęcia, żartu na przypince, krótkiego pojedynku w grze i tej jednej osoby z ekipy, która nagle znika na 20 minut, bo sprawdza VR.

Dostępność, o której warto mówić głośniej
Orange Warsaw Festival od kilku lat mocno pracuje też nad dostępnością i dobrze, że ten temat nie jest traktowany jak dopisek techniczny na końcu regulaminu. W tym roku testowane będą rozwiązania Auracast oraz plecaki haptyczne, czyli wibrujące plecaki pozwalające odczuwać muzykę także przez ciało. Do tego dochodzą wolontariusze Fundacji Orange, platformy przy scenach, audiodeskrypcja koncertów na Orange Stage, pętle indukcyjne i wsparcie w Punkcie Obsługi Priorytetowej.
To jeden z tych elementów, które naprawdę zmieniają charakter imprezy. Festiwal dostępny nie powinien oznaczać wyłącznie tego, że da się jakoś wejść na teren. Chodzi o możliwość uczestniczenia w wydarzeniu możliwie pełnie, bez poczucia, że ktoś jest dopisany do programu na marginesie. Muzyka na żywo jest przecież doświadczeniem fizycznym, społecznym i emocjonalnym. Jeśli technologia może pomóc większej liczbie osób przeżyć ją po swojemu, to akurat jest zastosowanie, którego trudno się czepiać.
W weekend liczy się też logistyka
Festiwal odbędzie się 29 i 30 maja na Torze Wyścigów Konnych Służewiec. Na podstawie opaski festiwalowej będzie można korzystać z warszawskiej komunikacji miejskiej bez dodatkowego biletu od 29 do 31 maja do 4:00 rano. Punkt wymiany biletów na opaski ruszy dzień wcześniej, 28 maja od 12:00, przy wejściu od ulicy Puławskiej.
To może brzmieć jak detal, dopóki człowiek nie stoi po koncercie w tłumie ludzi, którzy jednocześnie próbują zamówić przejazd, znaleźć znajomych i przypomnieć sobie, gdzie właściwie jest najbliższy przystanek.
Orange Warsaw Festival w tym roku zapowiada się więc nie tylko jako dwa dni koncertów, ale też jako małe laboratorium festiwalowych doświadczeń. Strefa Orange ma być miejscem, w którym można zobaczyć scenę z innej perspektywy, zagrać, zrobić własną pamiątkę, sprawdzić AI w lżejszym wydaniu i przekonać się, że technologia na festiwalu nie musi być chłodnym dodatkiem. A przy dobrym line-upie, tłumie ludzi i końcówce maja w Warszawie to już całkiem niezły punkt wyjścia.
