Przez lata śmialiśmy się z parawaningu. Sama też miałam w głowie ten obraz: plaża w Międzyzdrojach albo Władysławowie, godzina 8:17, człowiek wbija kijki w piasek z nastawieniem kogoś, kto właśnie przejmuje strategiczny przyczółek. Tylko im dłużej o tym myślę, tym trudniej traktować parawan wyłącznie jako wakacyjny obciach. Bo za tym kawałkiem materiału kryje się coś bardzo ludzkiego: próba odzyskania małego fragmentu spokoju w miejscu, które w sezonie często przypomina poczekalnię do wypoczynku.
Polski parawan, czyli prywatność na wynos
Polska plaża w lipcu i sierpniu bywa testem cierpliwości. Ręczniki leżą blisko siebie, rozmowy obcych ludzi wchodzą w ucho razem z szumem morza, dzieci przebiegają tuż obok książki, a czyjś krem z filtrem ląduje w naszym polu widzenia częściej niż horyzont. W takim otoczeniu parawan staje się przenośnym mieszkaniem jednopokojowym. Niezbyt eleganckim, czasem przesadnie rozrośniętym, ale jednak dającym poczucie, że przez chwilę nie jesteśmy wystawieni na wszystkich.
I właśnie tu pojawia się coś, co lubimy przeoczyć, kiedy wyśmiewamy parawany. W polskim wypoczynku ciągle jest sporo napięcia. Urlop bywa krótki, kosztowny, wyczekany i obciążony oczekiwaniem, że teraz naprawdę trzeba odpocząć. Nie mówiąc już o pogodzie, bo ostatnio częściej trafiamy na chmury i deszcz, niż porządne słońce.
Skoro za nocleg płaci się coraz więcej, pogoda potrafi zmienić plany w kwadrans, a plaża ma pomieścić pół kraju, nic dziwnego, że ludzie chcą stworzyć sobie choćby iluzję własnego kąta.

Oczywiście, granica między spokojem a zawłaszczaniem wspólnej przestrzeni istnieje. Kiedy parawan zajmuje metraż kawalerki, a plażowy obóz wygląda jak zaplecze małego festiwalu, trudno bronić tego z pełną powagą. Ale jeden rozsądnie rozstawiony parawan, chroniący przed wiatrem i piaskiem, nie jest jeszcze dowodem upadku obyczajów. Czasem jest po prostu odpowiedzią na Bałtyk, który nawet w lipcu potrafi przypomnieć, że geograficznie bliżej mu do kurtki niż do tropikalnego folderu.
Inni też się odgradzają, tylko ładniej to nazywają
Polski parawan wydaje się nam czymś wyjątkowym, bo oblepiliśmy go lokalnym wstydem. Tymczasem samo odgradzanie się na plaży nie jest żadnym narodowym wynalazkiem. W Wielkiej Brytanii plażowe windbreaki funkcjonują od lat jako normalny element nadmorskiego krajobrazu. Są pasiaste, kolorowe, często kojarzone z klasycznym wypoczynkiem nad chłodnym, wietrznym morzem. Tam nikt nie musi dorabiać do nich teorii narodowej kompromitacji. To część plażowego wyposażenia, podobnie jak leżak, termos czy parasol.
W krajach południowych granice prywatności wyglądają inaczej. Na plażach we Włoszech czy Hiszpanii częściej porządek wyznaczają rzędy leżaków i parasoli. W wielu miejscach przestrzeń jest zorganizowana komercyjnie: płacisz za miejsce, dostajesz cień, leżak i pewien dystans od innych. Tyle że ta estetyczna wersja prywatności też jest formą wydzielania terytorium. Różnica polega na tym, że wygląda bardziej wakacyjnie, mniej bazarowo i lepiej prezentuje się na zdjęciach.

My robimy to po swojemu, trochę chaotycznie, trochę praktycznie, czasem bez wyczucia. Polska wersja jest bardziej domowa: ręcznik, torba, kanapki, dziecięce foremki, parawan i przekonanie, że jakoś się urządzimy. Można się z tego śmiać, ale trudno nie widzieć w tym również naszej szkoły przetrwania w miejscach, które rzadko są projektowane z myślą o komforcie tłumu.
Obciach zaczyna się tam, gdzie kończy się wspólna plaża
Problem z parawanami polega na skali. Jeden parawan osłania rodzinę przed wiatrem. Dziesiątki parawanów ustawionych gęsto przy wejściu na plażę zmieniają przestrzeń wspólną w labirynt prywatnych działek. Wtedy irytacja jest zrozumiała. Plaża ma swoją specyficzną demokrację: wszyscy są trochę niewygodni, trochę spoceni, trochę obsypani piaskiem. Kiedy ktoś zachowuje się tak, jakby wykupił sobie fragment wybrzeża razem z widokiem na morze, zaczyna się konflikt.

Tyle że w tym konflikcie często mieszają się dwie rzeczy. Jedna to realna niekultura: zajmowanie ogromnych połaci piasku, zostawianie parawanów na cały dzień, ustawianie ich tak, że inni muszą kluczyć między kijkami. Druga to estetyczna pogarda wobec ludzi, którzy wypoczywają inaczej, mniej fotogenicznie, bardziej swojsko. Parawan łatwo stał się symbolem wakacji gorszego sortu, takich z wałówką, torbą z marketu i planem dnia podporządkowanym smażonej rybie.
A przecież potrzeba spokoju nie jest obciachowa. Obciachowe bywa dopiero przekonanie, że nasz spokój ma większą wartość niż cudza przestrzeń.
Może wystarczy mniej świętej wojny, a więcej wyczucia
Nie mam ochoty bronić parawanowych twierdz, które o świcie zajmują pół plaży, zanim ktokolwiek zdąży zanurzyć stopę w wodzie. Ale jeszcze mniej przekonuje mnie rytualne wyśmiewanie każdego, kto rozkłada kawałek materiału, bo chce czytać książkę bez piasku w oczach albo nakarmić dziecko bez publiczności z czterech stron.
Parawan nad Bałtykiem mówi o nas sporo. O tym, że lubimy mieć swoje. O tym, że w tłumie szybko zaczynamy budować granice. O tym, że urlop, który miał być odpoczynkiem, często wymaga logistycznej dyscypliny. Mówi też o naszym wstydzie przed zwyczajnością. Bo łatwo zachwycać się włoskim parasolem w równym rzędzie, a trudniej zaakceptować polski parawan w paski, wbity krzywo w piach między kocem a lodówką turystyczną.
Może więc w tym sezonie warto trochę odpuścić. Śmiać się z absurdów, bo zasługują na śmiech. Punktować zawłaszczanie plaży, bo wspólna przestrzeń wymaga zasad. Ale nie robić z każdego parawanu dowodu na narodową katastrofę. Czasem za tym materiałem siedzi po prostu zmęczony człowiek, który przez tydzień urlopu chce mieć kawałek ciszy. Nad Bałtykiem to nadal towar bardziej deficytowy niż gofry bez kolejki.
