„Atlantis” zakończył piękną (i niekiedy tragiczną) historię promów kosmicznych. Przez pewien okres Amerykanie będą mogli liczyć jedynie na korzystanie z rosyjskich rakiet. Czy to znak nowych czasów? Nie zapominajmy, jak ważną rolę w dotychczasowym wyścigu w kosmos odegrał… przypadek. Już nazwa „kosmodrom Bajkonur”, skąd wystrzelono pierwszego sztucznego satelitę, tego dowodzi. Określenie Bajkonuru jako „kosmodromu” miało wprowadzić „imperialistyczny” wywiad w błąd. W istocie chodziło o wojskowy ośrodek Tiuratam, gdzie budowano i testowano rakiety bojowe. Na tym nie koniec mistyfikacji. Start wyznaczono na 4 października 1957 r. o godzinie 22.28, aby ukryć go pod osłoną nocy. Rosjanie mieli już bowiem świadomość, że nad ich państwem przelatują samoloty szpiegowskie U-2, wobec których byli bezradni, bo mknęły wysoko, poza zasięgiem radzieckich myśliwców i rakiet przeciwlotniczych. Taki U-2 przemknął nad Bajkonurem-Tiura- tam 28 sierpnia 1957 r. Amerykanie wysłali go zaniepokojeni informacją o wystrzeleniu tydzień wcześniej rakiety balistycznej R-7, która przeleciała parę tysięcy kilometrów i spadła na Kamczatkę. Agencja TASS obwieściła to światu, nie omieszkając pogrozić imperialistom: „Rozwiązanie problemu budowy międzykontynentalnych rakiet balistycznych uczyniło możliwym dosięgnięcie odległych regionów bez wykorzystywania lotnictwa strategicznego, które w dzisiejszych czasach stało się podatne na nowoczesne środki obrony przeciwlotniczej”.

To była zatrważająca informacja dla USA, bo na start swojej rakiety „Atlas” musiały czekać jeszcze ponad rok! A ledwo przebrzmiała wiadomość o sukcesie radzieckiej rakiety międzykontynentalnej, świat zadziwiła już następna: o starcie rakiety, która wyniosła na orbitę pierwszego sztucznego satelitę. O ile fachowcy mogli wątpić w prawdziwość informacji o locie międzykontynentalnym, o tyle orbitalny łatwo było zweryfikować, a obydwa łączyła ta sama rakieta: R-7. Wyniesiony „Sputnik”, obiegając Ziemię, wysyłał sygnały radiowe, które miały udowodnić wyższość komunistycznego państwa nad kapitalistycznym. Obwieszczały początek ery kosmicznej. Jednak niewielu wiedziało o tym, że narodziła się ona z... niepowodzenia. Radziecki przywódca Nikita Chruszczow, uradowany sukcesem, jakim było wystrzelenie satelity, ujawnił nazwisko rakietowego konstruktora Siergieja Korolowa. A stało się tak na posiedzeniu Komitetu Centralnego Ukrainy, gdy gensek palnął: „Towarzysze, przekażę wam bardzo przyjemną i ważną wiadomość. Właśnie zadzwonił Korolow…”. Tu połapał się, że powiedział o jedno słowo za dużo, i szybko dodał: „On jest jednym z naszych konstruktorów rakiet. Pamiętajcie, żeby nie wspominać jego nazwiska – jest tajne”. Czy Chruszczow zdawał sobie sprawę, że padł ofiarą sprytnego podstępu ze strony Korolowa i jego kolegów, a wielki sukces kosmiczny to efekt… rakietowej porażki?

Wielka, ważąca 280 t rakieta R-7 była tylko straszakiem. Nie mogła zagrozić żadnemu miastu w USA. Dane zebrane podczas pierwszego lotu na Kamczatkę wykazały bowiem, że głowica rakiety spłonęła, wchodząc w gęstsze warstwy atmosfery. Rozwiązanie tego problemu wymagało czasu, a ujawnienie porażki mogło przekreślić program zbrojeń rakietowych. Wprawdzie Chruszczow był wielkim ich zwolennikiem, ale wielu radzieckich polityków i najwyższych wojskowych miało inne zdanie. Sam minister obrony narodowej marszałek Rodion Malinowski ledwie tolerował prace rakietowych konstruktorów i czekał na ich większą wpadkę, aby zakończyć marnowanie pieniędzy na budowę rakiet. Uważał, że miliardy rubli należałoby przeznaczyć na produkcję sprawdzonych bombowców. Ciekawszy projekt miał inny z generałów. Stwierdził: „Gdyby alkohol, marnowany w paliwie rakietowym, dać żołnierzom, to zniszczyliby każdy wskazany cel szybciej i skuteczniej niż rakiety”. Kłopot był tym większy, że w hangarze w Tiuratam pozostała ostatnia z dziewięciu wyprodukowanych rakiet, której nie było sensu wystrzeliwać, dopóki nie zostanie rozwiązany problem płonących głowic. Leonid Woskriesienski, jeden z najbliższych współpracowników Korolowa, znalazł wyjście. Powiedział: „Musimy złapać oddech, aby dokonać radykalnej zmiany w osłonie [termicznej] głowicy bojowej. Kiedy będziemy nad tym pracować, należy wystrzelić satelitę. To odwróci uwagę Chruszczowa od rakiet balistycznych”.

Proste i genialne: rakieta zostałaby wyposażona w głowicę, która pozostałaby na orbicie wokółziemskiej, a więc nie musiałaby przedzierać się przez warstwy atmosfery, aby spaść na cel. I tak się stało. W ten sposób zaczęła się era kosmiczna. Amerykanie szybko odrobili stracony czas i wyszli na prowadzenie, czego dowodem stały się promy kosmiczne. Rosjanie też próbowali je zbudować. Jeden wysłali w bezzałogowy lot orbitalny, ale było to w 1988 r., gdy ZSRR trzeszczał w szwach i o wyścigu kosmicznym już nikt tam nie myślał. Tak więc historia uczy, że lepiej współpracować niż się ścigać.