Po dwunastu latach pracy w banku Goldman Sachs dyrektor zarządzający Greg Smith ujawnił, że dla menedżerów klienci to „mupety”, którym za pomocą „siekiery” należy wciskać akcje i inne papiery nieprzynoszące oczekiwanych zysków. Można też „zapolować na słonie”, czyli namówić do transakcji, na której zarobią nie oni, lecz bank, albo sprzedać im tak skomplikowane produkty, że nie zdadzą sobie sprawy z ryzyka. Wszystko po to, by pod koniec dnia na pytanie: „Ile pieniędzy wycisnęliśmy z klienta?” odpowiedzieć radośnie: „Jeszcze więcej”.

Złożona z dwóch punktów misja banku Goldman Sachs głosi: „1. Interes naszych klientów jest najważniejszy. Nasze doświadczenie pokazuje, że jeśli będziemy dobrze obsługiwali klientów, również my osiągniemy trwały sukces. 2. Naszymi aktywami są ludzie, kapitał i reputacja. Jeśli uszczuplimy którekolwiek z nich, najtrudniejsza do odzyskania będzie reputacja”. Te patetyczne słowa w zestawieniu z opublikowanymi na łamach „The New York Timesa” wynurzeniami Smitha brzmią jak kiepski żart. List nawróconego bankiera wstrząsnął Wall Street, akcje Goldman Sachs staniały o 3 proc., co oznaczało, że firma w ciągu paru godzin straciła ponad 2 mld dolarów. Amerykańscy komentatorzy studzili jednak emocje, przekonując, że „mister Smith jedynie głośno powiedział to, o czym inni od dawna szepczą”.

Nie był zresztą pierwszym skruszonym. W 2008 r. w dzienniku „The Guardian” ukazały się wyznania tradera z londyńskiego City. Bez owijania w bawełnę pisał, że w jego pracy „chodziło tylko i wyłącznie o pieniądze”. Przed sobą miał osiem monitorów ustawionych w dwóch rzędach, w uszach dwie słuchawki, na biurku dwa telefony do prowadzenia dwóch rozmów jednocześnie. Na ekranach nieustannie pojawiały się komunikaty z giełd: „Nie masz czasu na kalkulowanie ryzyka; jeśli będziesz szybszy od tysięcy innych traderów, możesz w ułamku sekundy zarobić fortunę, stać się łotrem albo bohaterem. Jeśli inni cię wyprzedzą, tracisz wszystko”.

To jeszcze nie było niczym nagannym. Ale makler ujawnił, że on i koledzy często prowokowali zmiany na rynku, by siać zamęt. „Kupujesz, wywołujesz pogłoskę, że w jakiejś firmie coś się dzieje, jej akcje idą w górę. Wtedy szybko sprzedajesz i masz zysk, zanim firma zdąży zdementować plotkę”. Właśnie do takich działań zachęcali przełożeni, którzy nieustannie podsyłali komunikaty o ofertach kupna i sprzedaży. Czasem prawdziwe, czasem nie. Puenta tej opowieści to już popis cynizmu: „Jeśli się nie uda i to, co miało rosnąć, spada, zawsze znajdzie się jakiś fundusz emerytalny, któremu można wcisnąć te papiery”.