De Sade podniósł się z krzesła. Rozprostował kości, a przez jego twarz przebiegł lekki grymas. Ewidentnie markiz nie był zadowolony. To, co przed chwilą zobaczył na ekranie komputera, rozczarowało go. Zdjęcia, filmy, rysunki – w żadnym z nich nie znalazł niczego, czego sam już by nie próbował. No może poza drażnieniem prądem albo przypinaniem klamerek do warg sromowych. To jednak nie była kwestia pomysłu czy seksualnej kreatywności, lecz jedynie postępu techniki. A na to de Sade nie miał żadnego wpływu. Stanął w oknie i omiótł wzrokiem budzący się do życia Paryż...

Tak oto mógłby brzmieć początek opowieści o przygodach w naszych czasach francuskiego arystokraty, filozofa, lubieżnika, libertyna i pisarza żyjącego na przełomie XVIII i XIX stulecia – markiza Donatiena Alphonsa François de Sade. Z pewnością nie czułby się w na szych czasach obco. Czy jednak szokowałby tak jak niegdyś? Wszak to zadanie spełnił już dawno. I zapłacił zań więzieniem. W odosobnieniu przebywał 28 z 74 lat życia. Więziono go za czasów monarchii i republiki, konsulatu i cesarstwa. Żaden ustrój nie był dla niego dobry. Dla jego dzieł również. W XIX w. skrywane, do lat 60. ubiegłego stulecia cenzurowane, dopiero w 1990 r. włączone zostały do kolekcji prestiżowego wydawnictwa, francuskiej Biblioteki Pleiade. Dołączając do dzieł największych twórców w dziejach literatury. Zanim jednak to się stało, Sade był już obecny we wszystkich językach świata. W 1834 roku do francuskiego słownika trafiło bowiem słowo „sadyzm” – określające odchylenie seksualne dające przyjemność z dręczenia cielesnego innych. Od śmierci markiza minęło ledwie 20
lat.

Dziewięć lat później czołowy francuski krytyk XIX stulecia Jules Janin tak napisał o twórczości markiza: „Powieści markiza de Sade zabiły więcej dzieci niż może zabić dwudziestu Gilles de Rais. Zabijają każdego dnia i będą zabijać dalej. Zabijają umysł i ciało. Co więcej, Gilles de Rais zapłacił za swoje zbrodnie życiem: zginął z ręki kata, jego ciało zostało spalone, a prochy rozrzucone, a jakąż siłą można spalić wszystkie księgi markiza de Sade?”. Ta opinia znalazła się w wydanym w 1850 r. francuskim słowniku encyklopedycznym i na długo stała się wyznacznikiem tego, co o pisarstwie de Sade będzie się sądzić przez kolejne dziesięciolecia. „Kładą ją u podnóża kanapy na brzuchu, unoszą jej tyłek, podkładając poduszki, i mały otwór w pełni zostaje odsłonięty. Łajdak, któremu stanął, całuje i obmacuje prezentujące się mu wdzięki. Każe Julii, by go brandzlowała, a ona wypełnia polecenie. Jego ręce błądzą po innych obiektach, lubieżność go odurza, pod rozkosznymi szarpnięciami Julii twardnieje na chwilę jego mały instrument, łajdak klnie, płynie sperma, i dzwonią na kolację” – pisał de Sade w „120 dniach Sodomy, czyli szkole libertynizmu”. Nie był to jedynie efekt wyobraźni, ale zapis tego, w czym de Sade sam uczestniczył. O uprawianie seksu analnego był bowiem oskarżony przez marsylską prostytutkę w roku 1772. Zgodnie z obowiązującym wtedy kodeksem został skazany na karę śmierci (zapis o karalności stosunków analnych zniknął z francuskiego kodeksu po rewolucji), uniknął jej jednak, uciekając do Włoch. Bohaterowie opowieści de Sade’a podobnie jak on sam nie ograniczają się jedynie do jednego rodzaju seksu. Sadomasochizm, fetyszyzm, koprofilia,anatofilia, urofilia – to również ich interesuje. Wszystko oczywiście połączone z przemocą. To dlatego autor „Psychopatie Sexualis” niemieckojęzyczny psychiatra i seksuolog Richard von Krafft-Ebing w swojej pracy nadał „sadyzmowi” znaczenie naukowe i różnicował go z masochizmem.

De Sade starał się niektórym swoim dziełom nadać walory literackie. Był perwersyjny w opisach, ale bywał i poetycki. „Widzisz oto przed sobą berło Wenus, najpierwszego sprawcę miłosnych rozkoszy – nosi on miano członka. Nie ma zakątka ciała, gdzie by nie dotarł. Zazwyczaj wchodzi tędy (wskazuje łono Eugenii) – to najbardziej uczęszczany trakt, lecz bynajmniej nie najrozkoszniejszy. W poszukiwaniu cudowniejszej świątyni dociera niekiedy tutaj (pokazuje rozchylone pośladki). Do tej najdoskonalszej ze wszystkich rozkoszy jeszcze powrócimy. Również usta, piersi i pachy chętnie ofiarowują mu swe ołtarze, gdzie zaznaje chwały. Kiedy wybierze już sobie odpowiednie miejsce, żywo się tam uwija, a po jakimś czasie wypluwa biały i lepki likwor, którego uwolnienie pogrąża mężczyznę w najsłodszym upojeniu, jakiego można zaznać w życiu” – tłumaczy w „Filozofii w buduarze” młodszej partnerce Madame de Saint-Ange tuż przed oddaniem się kolejnym rozkoszom. Po co de Sade opisywał te wszystkie rzeczy? Z chęci opowiedzenia swoich przeżyć? Zaszokowania ówczesnych? Czy jedynie gwoli przedstawienia libertynizmu, który wyznawał? „Jest w tym podobny – pisał anonimowo sam o sobie – do zdeprawowanych pisarzy, których zepsucie jest tak niebezpieczne, tak żywe, iż ogłaszając drukiem swoje okropne systemy mają oni wyłącznie na celu przedłużenie ponad własne życie sumy dokonanych przez siebie występków. Nie mogąc dłużej popełniać zbrodni, mają jednak świadomość, że ich przeklęte dzieła przyczynią się do dalszego pomnażania zła, i właśnie ta słodka myśl, którą unoszą do grobu, pociesza ich z konieczności w obliczu śmierci”. Ale czy tylko?

 

Z Bogdanem Banasiakiem ( filozofem, wykładowcą na Uniwersytecie Łódzkim, autorem ok. 100 prac naukowych ) i Krzysztofem Matuszewskim (autorem „Sade. Msza okrucieństwa”) o markizie de Sade, jego życiu i filozofii rozmawia Tomasz Diatłowicki


Na ile dla rozumienia utworów Sade’a ważna jest znajomość jego biografii?

B.B.: Dwa elementy są, moim zdaniem, istotne. Donatien Alphonse François de Sade był szlachcicem z potężnego arystokratycznego rodu, który w XVII wieku wprawdzie stracił na znaczeniu, ale którego korzenie sięgają przełomu XI i XII wieku. Słynna Laura, o której pisał Petrarka, to praprapra...babka markiza. Do rodziny Sade’a w pewnym momencie należała blisko 1/3 Prowansji. Druga rzecz to wielokrotne więzienie markiza. Nigdy nie stało się to na mocy prawomocnego wyroku sądu. Było to możliwe tylko dzięki istnieniu słynnego lettre de cachet, czyli nakazu bezterminowego aresztowania. Sade spędził ponad 28 lat w najprzeróżniejszych więzieniach w poczuciu niewinności. Gdyby chcieć okrutnie zażartować, to można by powiedzieć, że wieloletnie więzienie dało mu czas na myślenie, lektury i na twórczość.

Czy markiz padał ofiarą nadużyć sądowych?

B.B.: To osobna kwestia. Przez pół życia markizowi siedział na karku inspektor policji Marais, który nawet prywatnie go śledził. Teściowa Sade’a, która w przeciwieństwie do niego wywodziła się z mieszczaństwa, nie odnosiła się ze zrozumieniem do jego swobodnego sposobu życia. A ponieważ istniała instytucja owego bezterminowego nakazu zatrzymania, to w ramach przywoływania do porządku Sade – najczęściej dzięki teściowej – trafiał do więzienia. Niewątpliwie markiz był odważny. Choć oświecenie to dość swobodna epoka, zdarzały się przypadki, że za niezdjęcie kapelusza przed procesją groziło łamanie kołem. Mało kto oficjalnie przyznawał się do ateizmu, a w tej kwestii markiz się nie patyczkował, musiał więc liczyć się z niechęcią.

Siedział za króla, w czasie rewolucji i restauracji.


B.B.: Nawet sam Napoleon podobno uznał, że stary już przecież de Sade powinien być izolowany, i tak 13 ostatnich lat życia markiz spędził w zamknięciu.

De Sade miał skłonności libertyńskie. Co to znaczyło?

B.B.: Z jednej strony można mówić o libertynizmie intelektualnym, czyli swobodzie wyrażania poglądów, z drugiej strony była to pewna praktyka obyczajowa. Za czasów Filipa Orleańskiego nastąpił wybuch libertynizmu. Domy publiczne znajdowały się na każdym kroku, a menu, jakie dosłownie można było tam otrzymać, zaspokajało gusta najbardziej wytrawnego libertyna. Libertyńskie praktyki były obecne we wszystkich warstwach: i na dworze królewskim, i w klasztorach, i wśród biedoty. Ten styl życia funkcjonował jako coś oczywistego i powszechnego. Równocześnie można jednak mówić o ekspiacyjnych postawach i reakcjach. Od czasu do czasu przydawał się jakiś kozioł ofiarny... I tu wracamy do Sade’a, który pełnił tę rolę. Trzeba podkreślić, że jego swobodny sposób życia i myślenia był uzupełniany pasją poznawczą. Markiz prowadził eksperymenty podczas aktów seksualnych i to tak starannie, że potrafił je przerywać, żeby notować swe doznania. Obserwował też reakcje swoje i partnerek na rozmaite środki podniecające. Myślę, że w przypadku markiza chęć poznawcza brała górę nad zwyczajnym rozpasaniem. Chciał zgłębić kwestie seksualności, które były dotąd marginalizowane w przestrzeni kultury, i dlatego brakowało na ten temat wiedzy.

Czy istniało jakieś intelektualno-seksualne „kółko zainteresowań” prowadzone przez markiza?

B.B.: Jeżeli dzielił się swoimi przemyśleniami, to na drodze korespondencyjnej i to raczej z damami. Poza gronem dam, które go otaczały, i którymi się otaczał, Sade miał skłonności raczej samotnicze, był przeświadczony o absolutnej samotności człowieka.

Sade dokonał wiwisekcji XVIII-wiecznej filozofii...


B.B.: W pewnym uproszczeniu można by powiedzieć, że XVIII stulecie postrzegało naturę jako coś dobrego. Myślano, że natura jest racjonalna i „moralna”. Oświecenie uważało więc namiętności za bezkolizyjne przejawy ludzkiej uczuciowości. Bezkolizyjne w tym sensie, że nieburzące relacji między ludźmi i niezagrażające spójności wspólnoty. XVIII wiek zakładał, że jeśli główne źródło zła, czyli religie, które prowadzą do wojen, zostaną wyeliminowane, to na gruncie rozumu, dobrej natury i za pomocą kaganka oświaty da się stworzyć dobrego człowieka i obywatela. Wierzono zatem,       że może powstać dobra i szczęśliwa wspólnota ludzka. Sade natomiast pokazał, że uwolnienie w człowieku tego, co naturalne, jest jak otworzenie puszki Pandory. O ile XVIII wiek postrzegał namiętności jako strumyczek, o tyle Sade uświadomił nam, że to jest Niagara. Poznając prawdę o pasji, pożądaniu, rozkoszy, nie da się jej już niczym przykryć. Tama zostaje przerwana. To oznacza, że w widzeniu namiętności przez Sade’a jest przemoc, śmierć, gwałt.

Jak doszło do zapomnienia pożądania w kulturze europejskiej?

B.B.: To mieszczaństwo ze swoim hasłem: „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą” zniszczyło namiętność. Pozytywne wartościowanie oszczędzania, kumulacji, reprodukcji stało się wyznacznikiem funkcjonowania zbiorowości. A wracając do markiza – pamiętajmy, że to nie opisy najprzeróżniejszych ekscesów seksualnych, ale bezpardonowy krytycyzm wobec ustanowionego porządku i uświęconych wartości stanowi o wywrotowości myśli Sade’a.

K.M.: Powstaje na przykład „Filozofia w buduarze”, książka par exellence edukacyjna. Mamy w niej do czynienia z promocją rozmaitych poczynań, które społecznie są kwalifikowane jako perwersje czy anomalie, ale służą pewnej wizji pedagogicznej. Książka jest oczywiście problematyczna społecznie; jednego jej nie można odmówić – jest to projekt zakładający usuwerennienie jednostki z jej wszystkimi potrzebami.

Jakie praktyki seksualne miały służyć, zdaniem markiza, edukacji? I chodziło o edukację „do czego”? Czy Sade realizował starożytny postulat: „Poznaj siebie!”?

B.B.: Tak właśnie. Poznaj na chłodno, co cię warunkuje biologicznie, co jest kwestią wychowania i indoktrynacji. Dopiero wtedy możesz podjąć decyzję, kim chcesz być i czego chcesz. Słowem: „Stwórz siebie!”.

K.M. U Sade’a nie ma ograniczeń. Jest tylko dążenie do tego, żeby uzyskać jak największą indywidualną satysfakcję. Są oczywiście związane z tym konsekwencje, których kultura usiłuje uniknąć. Taką konsekwencją jest przemoc wobec jednostki, która w „sadycznej” relacji seksualnej występuje jako przedmiot. Ktoś, kto jest podmiotem, może wygrać. Ktoś, kto jest przedmiotem, zostaje zredukowany. To jest oczywiście kłopot. Z wartością indywidualnej namiętności...

B.B.: ...i wolności...

K.M.: ...wiążą się konflikty. „Sadyczny” libertyn nie ma skrupułów. Chodzi o przejaw mocy, eksperyment i konsekwencję na drodze poznania siebie. Sade zdaje sobie sprawę, że dochodzi do rozdania ról: ktoś jest katem, ktoś ofiarą. Markiz mówi: jako filozof nie jestem w stanie rozstrzygnąć tego w taki sposób, żeby każda ze stron relacji odniosła jednaką satysfakcję. Podział na pana i niewolnika jest przewidziany przez samą naturę. Wszystkie sposoby zasypania tego podziału na drodze mediacji są chybione. Takim sposobem jest prawo, o którym Sade mówił, że jest próbą represjonowania namiętności i jako takie jest złe. Namiętność ma zawsze pierwszeństwo nad zinstytucjonalizowaną przemocą, jaką jest prawo.

B.B.: Sade uważał, że świat jest urządzony tak, jak działają stworzeni przez niego w książkach libertyni. Tylko że oni lubią to, co robią, i się do tego przyznają. My, dalecy od libertynizmu, mordujemy, gwałcimy; na różne sposoby czynimy innych niewolnikami, tylko że dopisujemy do tego jakieś społeczne, polityczne, religijne idee. A przy okazji Sade stwierdza, że w ludzkiej wielości jest również wielość preferencji seksualnych, co oznacza, że przykrojenie tej sfery do jakiejś normy jest absurdem. Widzimy współczesną popularność bdsm [ang. skrót oznacza związanie, dyscyplinę, dominację i uległość; stosunki oparte na dominacji w życiu seksualnym] – pokazuje to, że wielu odpowiada rola przedmiotu. Z jakich to ideowych racji mamy odrzucać takie preferencje? Sade był przenikliwym badaczem, wyprzedzającym Freuda i całą psychopatologię seksualną. Był wyzwolicielem i rewolucja seksualna wiele mu zawdzięcza.

Czy Sade nie zdawał sobie sprawy, że jego idee może przyjąć jednostka, ale nie społeczeństwo?

B.B.: Według mnie doskonale wiedział, że buduje rodzaj utopii. Widać to zwłaszcza w tekście pt. „Francuzi, jeszcze jeden wysiłek, jeżeli chcecie stać się republikanami”. W jego modelu społeczeństwa wszystko, co dotąd było w sferze obyczajów naganne, stać się powinno warunkiem funkcjonowania wspólnoty, czyli mówiąc w skrócie: „Proletariusze wszystkich krajów pieprzcie się!”. Sade tworzy formułę permanentnej rewolucji. Prawa, jego zdaniem, nie powinny zastygnąć, bo inaczej obrócą się przeciw człowiekowi. Początkowo był zachwycony rewolucją 1789 roku – chciał chyba dać się uwieść . Szybko przekonał się jednak, jaka jest skala nowej, tym razem rewolucyjnej instytucjonalnej przemocy. Zobaczył, że rewolucja jest właściwie krokiem wstecz, a w dodatku kładzie kres jego arystokratycznemu światu.

Czy to właśnie nie jego arystokratyczne pochodzenie sprawiło, że coś, co dla nas nie jest oczywiste, dla niego było czymś narzucającym się: ktoś jest panem, ktoś jest niewolnikiem?

B.B.: Bez dwóch zdań tak właśnie było.

Okrucieństwa w książkach Sade’a są wytworem wyobraźni czy zapisem realnych doświadczeń?

K.M.: To są sprawy głęboko zdemonizowane. Powinniśmy cenić Sade’a za wyobraźnię, pamiętając, że papier zniesie wszystko. W książkach markiz jest bezkompromisowy i jest w nich niemało libertyńskiej egzaltacji, która do dziś zresztą działa na wielu czytelników ekscytująco. Sade jest promotorem witalności. Trochę patetycznie powiedziałbym, że markiz jest nauczycielem życia. Wskazuje, że życie jest dramatycznym uwikłaniem w los i nie chodzi w nim o pragmatyczne urządzenie się w mieszczańskim porządku. Przeciwnie, życie jest wyzwaniem i wymaga śmiałości.

B.B.: Zresztą większość opisanych przez Sade’a ekscesów jest nierealizowalna z powodów fizycznych, anatomicznych i biologicznych.

Co panowie sądzą o filmie Pasoliniego „Salo, 120 dni Sodomy”?

B.B.: Mam pretensje do reżysera o te brunatne mundury. To zupełne nieporozumienie pokazywać Sade’a przez instytucjonalną przemoc.

K.M.: Oprócz fałszywego faszystowskiego kontekstu jest też manieryczne epatowanie okrucieństwem i skatologią. Poza tym „Salo” to film przygnębiający i bardzo serio, a u autora „Justyny” jest i humor, i liryzm. Nie docenia się Sade’a jako wybitnego pisarza, u którego świadomie użyty element gotycki, fantastyczny i baśniowy odgrywa istotną rolę. Uznać to potrafią Francuzi, którzy drukują Sade’a w serii „Plejady” obok mistrzów pióra: Balzaka, Stendhala, Flauberta.