Jest sierpień 1971 roku. Generał Edwin Rozłubirski, pierwszy komandos PRL, maszeruje w stronę sklepu Jedności Łowieckiej przy ulicy Kruczej w Warszawie. Sezon na kaczki za pasem, więc w sklepie tłum. Tworzą go partyjni bonzowie, dygnitarze bezpieki, wojskowi i gwiazdy PRL-owskiej palestry. Wśród kupujących Rozłubirski dostrzega Stanisława Skalskiego, słynnego lotnika z czasów bitwy o Anglię, który w latach stalinowskich ledwo wywinął się od stryczka. Towarzyszy mu starszy mężczyzna o ogorzałej i czerstwej twarzy. – Jestem pułkownik Jan Zumbach – przedstawia się mężczyzna. Rozłubirskiemu nie trzeba więcej informacji. Zumbach to legenda polskich lotników RAF i jeden z dowódców Dywizjonu 303.

Cała trójka szybko przenosi się na wódkę do hotelu Bristol, gdzie Zumbach – obecnie obywatel szwajcarski – wynajmuje pokój. Do towarzystwa dołącza Tolo Łokuciewski, inny as z Dywizjonu 303, znienawidzony przez mieszkających na Zachodzie kolegów za to, że został attaché wojskowym PRL w Londynie. Rozmowa dotyczy interesów. Rozłubirski dowiaduje się, że Zumbach czyści magazyny LWP z nadwyżek broni i sprzętu, który sprzedaje potem do krajów trzeciego świata, gdzie nie brak rebeliantów. Po kilku wódkach polski Szwajcar składa Rozłubirskiemu lukratywną propozycję wyjazdu do Afryki. – A co miałbym tam robić? – pyta zwolniony właśnie ze służby spadochroniarz, odznaczony Virtuti Militari za udział w Powstaniu Warszawskim, uczestnik inwazji na Czechosłowację w 1968 roku. – Dostaniesz kilkudziesięciu bandytów z całego świata, chwycisz ich za mordy i będziesz palił oporne wioski – mówi wprost Zumbach. W Afryce – od Katangi w Kongo po nigeryjską Biafrę – ten bohater powietrznej bitwy o Anglię znany jest jako Mister John Brown, najemnik, który potrafi każdego latającego grata zamienić w sprawną maszynę bojową. Rozłubirski nie spodziewał się takiego obrotu spraw – oficer miałby stać się bandytą? Jednak Zumbach nie miał takich oporów.

Urodzony w podwarszawskim majątku syn spolonizowanego Szwajcara we wrześniu 1939 roku wyrusza do Rumunii po samoloty, które rzekomo mają dostarczyć Francuzi. Tułaczka kończy się w Wielkiej Brytanii w Dywizjonie 303. Powietrzna bitwa o Anglię to dla niego 13 zwycięstw w powietrznych pojedynkach. Rok 1945 zastaje go w stopniu pułkownika RAF, dowódcy 3. Polskiego Skrzydła Powietrznego. Nadciąga nieuchronny koniec wojny. Przesiadujący w londyńskim klubie Wellington lotnicy nie są w najlepszych nastrojach: „Podczas wojny towarzyszyły nam tu zazwyczaj piękne, czule nas obejmujące damy. Teraz po apetycznych pupciach, prężących się ku naszym głodnym rękom, ani śladu. Dawni weseli bohaterowie mają teraz kłopoty” – wspomina po latach Zumbach.

NA PRZEMYTNICZNYM SZLAKU


– „Pod koniec wojny przemyt z kontynentu na Wyspy Brytyjskie był dla wielu lotników RAF świetnym sposobem na dorobienie do żołdu” – mówi dr Jerzy Pawlak, historyk, zajmujący się dziejami polskich sił powietrznych na Zachodzie, a prywatnie znajomy Zumbacha. Ten ostatni przemyca diamenty na zlecenie poznanego przy kieliszku w klubie Wellington Adama Schulmanna, którego krewni mają w Antwerpii szlifiernie drogich kamieni. Latający regularnie do Belgii pułkownik RAF, którego jednostki stacjonują na kontynencie, jest idealnym wspólnikiem w interesach. Do chwili zwolnienia z RAF Polak gromadzi na koncie pokaźną jak na owe czasu sumkę kilku tysięcy funtów. W 1946 roku rząd brytyjski przystępuje do rozwiązywania cudzoziemskich oddziałów Jej Królewskiej Mości. Polscy weterani, których nie dopuszczono nawet na paradę z okazji zwycięstwa nad Hitlerem, dostają po 200 funtów odprawy.

Dla wielu z nich życie w cywilu to kompletna porażka. Legendarny spadochroniarz generał Sosabowski kończy jako robotnik w fabryce silników elektrycznych. Generał Maczek zostaje barmanem w jednym z edynburskich hoteli. Krasnodębski, as myśliwski i pierwszy dowódca Dywizjonu 303, pracuje jako taksówkarz w Kapsztadzie, a potem przy taśmie fabryki telewizorów w Toronto. Piloci, którzy jak Tolo Łokuciewski czy Stanisław Skalski decydują się na powrót do Polski, trafiają do stalinowskich katowni. Zumbacha nie będzie dotyczył żaden z tych życiorysów. Po zwolnieniu z wojska, jako Szwajcar z pochodzenia, dostaje helwecki paszport i jedzie do Francji. Tam wraz z kilkoma kolegami z RAF zakłada lotnicze przedsiębiorstwo taksówkowe Flyaway Ltd. Możliwości wydają się ogromne. Europa leży w gruzach. Szlaki handlowe i transportowe nie istnieją, a odbudowujący się kontynent potrzebuje dosłownie wszystkiego. Oficjalnie Flyaway wozi stęsknionych za urokami kontynentalnej Europy bogatych Brytyjczyków – przez Paryż do Cannes i na Korsykę. Jednak w zmyślnie ukrytych skrytkach po wyłączeniu silników słychać także tykanie automatycznych zegarków, których mechanizmy wzbudziły wibracje w czasie lotu. Na pomysł tego interesu wpada wspólnik Zumbacha z Flyaway Ltd. Fryderyk Ebel, polski Żyd, który przeżył okupację w Paryżu z ufarbowanymi na blond włosami i fałszywymi dokumentami. Ebel wie, że Francuzi mają spore ilości przedwojennych funtów szterlingów. Banknoty wycofano z obiegu, a francuskie banki nie chcą ich wymieniać na nowe z obawy przed powszechnymi w czasie wojny niemieckimi fałszywkami. Spółka Flyaway Ltd. zaczyna skupować stare funty za 30 proc. wartości. Gotówka ląduje pod fotelami kupionego za bezcen pasażerskiego Proctora, którym Zumbach lata regularnie do Londynu.

 

Stałym pasażerem na tej trasie jest Adam Schulmann, ten sam, któremu pilot pomagał przemycać diamenty z Anglii do Antwerpii. Teraz Schulmann ma przefarbowane włosy, cienki latynoski wąsik i nazywa się Don Antonio del Sores. Jego paszport dyplomatyczny konsula honorowego Puerto Rico ułatwia przemknięcie się przez brytyjskie kontrole. W Anglii stare funty bez problemu wymienia się w bankach na nowe i to w stosunku jeden do jednego. Gotówka leci potem do Szwajcarii, gdzie wymieniana jest na zegarki, które piloci odsprzedają następnie francuskim jubilerom. Ci płacą starymi funtami, oczywiście po odpowiednio niskim kursie. Potem fałszywki lecą do Anglii, wymieniane są na nowe funty, za które Zumbach i spółka kupuje w Szwajcarii nowe zegarki, leci z nimi do Paryża, i tak w kółko. – „W pewnym momencie niemal każdy fotel w samolocie miał tapicerowanie ze stufuntowych banknotów” – wspomina potem Zumbach.

HAGANA, OSZUŚCI, WINO I KOBIETY


Pod koniec lat 40. dobra passa Flyaway Ltd. zaczyna się kończyć. Złote czasy powojennego chaosu dobiegają końca i dla przemytników nastają ciężkie czasy. Zumbachowi udaje się jeszcze trochę zarobić na przemycie żydowskich ochotników z tajnych organizacji bojowych – Irgun i Hagana na wojnę z Arabami w Palestynie. Bojownicy jadą walczyć o państwo Izrael, a Zumbach robi przy okazji własne interesy. Poza cynglami z Hagany szmugluje też do Palestyny złote brytyjskie suwereny. Interes jednak nie wypala, bo okazuje się, że odbiorcami mają być Arabowie, którzy potrzebują złotych monet na ofiary składane w czasie pielgrzymki do Mekki. Problem w tym, że do Mekki kobiety nie mają wstępu, nawet w postaci wizerunku królowej Wiktorii, wybitej na suwerenach.

Wkrótce potem spółkę okrada wspólnik Adam Schulmann. Któregoś dnia farbowany konsul Puerto Rico zgarnia 50 tysięcy funtów i znika gdzieś w Ameryce Łacińskiej. Zumbach i Ebel przez kilka tygodni ganiają go po Brazylii, w końcu poddają się. Po powrocie do Europy Ebel ginie w Alpach podczas ucieczki przed włoskimi celnikami. Pozbawiona głównego stratega spółka Flyaway Ltd. przenosi się do francuskiego Maroka. Bazą Zumbacha staje się Tanger, przemytnicza stolica północnej Afryki. Amerykańskie papierosy, złoto, broń, ludzie płyną tamtędy szeroką rzeką. – „To było zabawne miasto. Po przylocie przemykałem nisko nad Place de France. Goście Café Normandie wylegali na taras i machali mi, wiedzieli, że oto przybywam ja, latający przemytnik. Po półgodzinie siedziałem wśród nich z kuflem duńskiego piwa” – wspomina potem lotnik, którego zaczyna opuszczać szczęście. Traci cały statek papierosów, wyrzuconych do morza z obawy przed celnikami. Przy próbie przemytu do Francji 120 kilogramów złota omal nie zostaje aresztowany. W początku lat 50., po raz pierwszy od 1939 roku, Zumbach ma przerwę w życiu na krawędzi. Przyjmuje spokojną posadę dyrektora fabryki ręczników w Chartres, a w 1955 roku otwiera w Paryżu dyskotekę. Club Saint-Florentin okazuje się sukcesem. Dawni kompani z przemytniczych czasów ściągają do klubu jak muchy do miodu, by popijać i podrywać kobiety, tłumnie odwiedzające popularny lokal. – „Co jakiś czas opuszczałem moją hałaśliwą piwnicę, wynajmowałem samolot turystyczny i podziwiałem z powietrza wspaniałe wieże kościołow w Poitiers, Angouleme i Perigeux. Potem znów zanurzałem się w noc, muzykę pop i strumienie whisky – życie rujnujące siły” – wspomina później. Zaczyna tracić smukłą sylwetkę pilota. Rośnie mu brzuch. Zatrudnia nawet chińskiego masażystę dla zachowania formy. Wreszcie pod koniec 1961 roku pojawia się okazja do zrzucenia zbędnych kilogramów i rozprostowania kości. W klubie Zumbacha pojawia się ktoś z bardzo lukratywną propozycją.

AIR KATANGA


W początkach stycznia 1962 roku elegancki genewski Hotel des Bergues, przed wojną odwiedzany chętnie przez dygnitarzy Ligi Narodów, roi się od nowych gości. Całe trzecie piętro wynajmuje świta Mojżesza Czombe, samozwańczego prezydenta Katangi. Katanga to bogata w minerały i zamożnych białych plantatorów prowincja Konga, która zbuntowała się przeciwko dryfującym w stronę komunizmu władzom centralnym. To wystarczający powód, by firmy eksploatujące kopalnie Katangi wyłożyły krocie na wystawienie zaciężnej armii. Czombe przyjeżdża do Szwajcarii rekrutować kondotierów. Wojenne wyczyny Jana Zumbacha robią wrażenie nie tylko na panu prezydencie, ale też na księgowych belgijskiego koncernu górniczo-hutniczego Union Miniere de Haute Katanga, który finansuje rebelię.

Po krótkiej audiencji u Czombego Zumbach opuszcza genewski hotel z kontraktem najemnika. Ma dostarczyć do Afryki partię samolotów i stanąć na czele sił powietrznych Katangi. Zumbach skrzykuje grupkę pilotów, wśród nich kolegów z polskich dywizjonów RAF: Kurowskiego i Łanowskiego, zbiera eskadrę starych samolotów szkoleniowych i okrężną drogą przez Lizbonę i Angolę dociera do Kolwesi, dużego ośrodka górniczego i bazy białych najemników w Katandze. Ściągają tam setki poszukiwaczy przygód z całego niemal świata, by walczyć dla Czombego. – „Brody po kolana, taśmy z nabojami na piersi, granaty za pasem, zwinięte w dół skarpety, no i zawsze krótkie spodenki, tak krótkie, że aż im jaja na wierzch wyłaziły. Pełno było wśród nich alkoholików, włóczęgów, a także – co mnie naprawdę zaskoczyło – narkomanów i pederastów. Mówiąc krótko, były to męty niezasługujące na miano żołnierzy” – wspominał katangijskie psy wojny Mad Mike Hoare, irlandzki komandos, jeden z tych, którzy stali się legendą afrykańskich wojsk zaciężnych. Ta malownicza zbieranina wyłoniła prawdziwą elitę kondotierów XX wieku. Poza Hoare w Kongo zaczynali swoje burzliwe kariery Francuz Bob Denard czy belgijski major i plantator Jean „Black Jack” Schramme. A także Mister John Brown, bo pod takim przydomkiem zyskał w Afryce najemniczą sławę były dowódca z Dywizjonu 303. Zumbach szybko zaprzyjaźnia się ze Schramme’em. Ceni go za dyscyplinę, wysokie morale i porządek, jaki zaprowadza na kontrolowanych przez siebie terenach. Razem urządzają masakrę Balubów – uzbrojonych we włócznie półnagich wojowników, którzy za punkt honoru poczytują sobie oczyszczenie Konga z białych osadników. Piechota Schramme’a wskazuje cele. Potem nadlatuje Zumbach, zrzucając sporządzane w warsztatach Union Miniere bomby, załadowywane granatami ręcznymi, które robią z tubylców prawdziwą sieczkę.

 

Ci, którzy przeżyją i nie uciekną, wpadają w ręce najemników Schramme’a. Liczba ofiar – tysiące. Mister John Brown szybko orientuje się, że na dostawach broni zarabia się w Katandze lepiej niż na jej wykorzystywaniu. Proponuje rozbudowę prymitywnej floty powietrznej Katangi, na co władze chętnie przystają. Zaopatrzony przez Czombego w pełnomocnictwa na zakup sprzętu lotniczego Zumbach pisze: „Byłbym ostatnim durniem, gdybym nie starał się wyciągnąć z tego korzyści”. Niestety interesy idą coraz gorzej. Union Miniere zwleka z kolejnymi wpłatami, a pośrednicy w Angoli i Francji zwlekają z dostawami. Pod koniec 1962 roku kończy się zabawa w wojnę. Sprowadzone przez ONZ odrzutowe samoloty SAAB ze szwedzkimi pilotami w ciągu kilku dni niszczą skromne siły powietrzne Zumbacha na ziemi. Pod naporem sił rządowych Czombe wieje za granicę. Wraz z nim znika samozwańcza Katanga i szansa na wypłatę honorariów najemnikom. Samemu Zumbachowi Czombe jest winny ponad milion nowych franków – w tamtym czasie była to astronomiczna suma pieniędzy. By związać koniec z końcem, przyjmuje zlecenie na wywiezienie z targanego wojną domową Konga 22 tysięcy karatów diamentów, należących do Alberta Kalondshi, kacyka bogatej w kamienie szlachetne prowincji Kasai. Mimo wypłacenia zaliczki, wynajęcia samolotu, a nawet wybudowania w Kasai specjalnego pasa startowego dla Zumbacha, do transakcji nigdy jednak nie dochodzi. Bez grosza przy duszy Mister John Brown powraca do swojej szwajcarsko-polskiej tożsamości emerytowanego pułkownika RAF i spokojnego życia paryskiego restauratora.

NAPALM W BIAFRZE


Pewnego majowego poranka roku 1967 w lokalu na Champs Elysées, którego właściciel dorabia sobie, także handlując samolotami, pojawia się klient, poszukujący pilnie niedrogiego bombowca. Właściciel lokalu jedzie do Bretigny sur Orge, gdzie jest skład wycofanego z użycia amerykańskiego sprzętu wojskowego, i za 25 tysięcy dolarów kupuje dobrze utrzymany, choć pozbawiony uzbrojenia, dwusilnikowy B-26. Zamówienie obejmuje też dostarczenie samolotu do Lizbony. W ten sposób Jan Zumbach, bo o nim mowa, wplątuje się w kolejną afrykańską wojnę. Pośrednik rezyduje w hotelu Ritz w Lizbonie, która jest wówczas głównym punktem zaopatrzeniowym dla rebeliantów z nigeryjskiej prowincji Biafra. Walczący z muzułmańskimi wojskami federalnymi chrześcijańscy Ibo z Biafry płacą za broń ropą – to w Biafrze ulokowana jest większość afrykańskich złóż tego surowca. Siły federalne – wspierane przez Brytyjczyków, ale też ZSRR i inne kraje bloku wschodniego – mają ogromną przewagę. Dostarczony przez Zumbacha bombowiec, pamiętający czasy II wojny światowej, ma odwrócić losy wojny. Za trzy tysiące dolarów miesięcznie 52-letni weteran Dywizjonu 303 siada za sterami grata, z wymalowaną na dziobie paszczą rekina. Uzbrojenie wysłużonego B-26 to stare beczki po ropie, wyładowane benzyną, fosforem i kawałkami złomu, które wojownicy z plemienia Ibo wywalają ręcznie przez luk towarowy.

Zumbach ma też przywiązanego na sznurku ochotnika, który siedzi w ciemnościach dziobowej części samolotu ze starym czechosłowackim karabinem maszynowym, zaczopowanym w otworze wybitym w poszyciu. Na przedniej szybie kabiny Zumbach namalował tarczę strzelniczą. Gdy cel znajdzie się w jej centrum, pilot ciągnie za sznurek, przywiązany do ramienia pogrążonego w ciemnościach strzelca na dziobie. Ten zaś wali na oślep z kaemu, dopóki kolejne szarpnięcie sznurka nie nakaże mu przestać. Mimo tak prymitywnych warunków Zumbach odnosi kilka sukcesów. W lipcu 1967 roku dokonuje brawurowego nalotu na nigeryjskie lotnisko w Makurdi, zabijając szefa sztabu nigeryjskich wojsk. Przepędza też nigeryjski niszczyciel, blokujący wejście do Port Harcourt. Jego wyczyny zyskują sławę nie tylko w Biafrze. „Jedyny bombowiec posiadany przez rebeliantow z Biafry pilotuje John Kamikaze Brown, najemnik niewiadomej narodowości” – pisze 11 sierpnia 1967 roku amerykański magazyn „Time”.

Zumbach zaprzyjaźnia się z pułkownikiem Ojukwu, przywódcą biafrańskiej rebelii, i zostaje pełnomocnikiem do zakupów broni dla Biafry w Europie. Podobnie jak w przypadku Katangi i tu pieniądze z biafrańskiej ropy wyciekają na boki szeroką rzeką. Pilot szybko odkrywa, że zarówno Zachód, jak i blok wschodni sprzedają broń obu stronom konfliktu. Polak z trudem przebija się jednak przez gąszcz pośredników, którzy żyją wygodnie w Paryżu, Londynie i Lizbonie, przepuszczając fundusze na szybkie kobiety i drogie samochody. Na zakupy broni zostaje tak niewiele, że do Biafry trafiają zdezelowane resztki. Zresztą panowanie w powietrzu szybko zyskują dostarczone przez ZSRR MiG-i, pilotowane przez Egipcjan, Hindusów i Niemców z NRD. To nie miejsce dla bombowców z demobilu, chałupniczych bomb i strzelców pokładowych na sznurku. Po czterech miesiącach w Biafrze Zumbach wraca do Europy, skąd płyną krzepiące doniesienia o tym, że Czombe gotów jest wypłacić zaległy żołd za Katangę.

TOWARZYSZE Z „ŻELAZA”


W 1972 roku do Zumbacha, który znów mieszka w Paryżu, zgłaszają się dwaj Polacy, proponując sprzedaż sporej ilości złota. Zumbach szybko ustala, że złoto pochodzi z napadu na bank w Belgii, a oferenci to bracia Janoszowie, działający na Zachodzie agenci PRL-owskiej bezpieki, którzy w ramach słynnej potem akcji „Żelazo” rabują na Zachodzie kosztowności, a następnie na polecenie MSW przerzucają do Polski. Jak Janoszowie trafili do Zumbacha? Możliwości jest kilka. Od końca lat 60. attaché wojskowym PRL w Londynie jest stary kompan z Dywizjonu 303, Tolo Łokuciewski. Obaj piloci nie cieszą się zbytnią sympatią hermetycznego środowiska emigracyjnych oficerów. Łokuciewski uważany jest za zdrajcę, który dał się namówić komunistom do współpracy. Zumbachowi polscy weterani na Zachodzie wytykają pracę w zaciężnych formacjach podejrzanej konduity jako zajęcie niegodne honoru oficera. Do tego dochodzi też zwykła ludzka zazdrość, że komuś udało się nieźle urządzić na obczyźnie. – „Zumbach miał gest, potrafił zahulać i stać go było na to.

Wielu kolegom z Londynu, którzy klepali biedę, bardzo to przeszkadzało” – wspomina Jerzy Pawlak, który po raz pierwszy spotkał Zumbacha w latach 70. w Londynie. Zumbach za nic ma sobie konwenanse i opinie weteranów, którzy ciągle rozgrywają kampanię wrześniową. Wprawdzie Zumbach nie kupuje złota od Janoszów, ale dzięki nim dostrzega możliwość robienia interesów z PRL. Bywając w Polsce, Zumbach spotyka się regularnie ze Stanisławem Skalskim, z którym dzielił zamiłowanie do alkoholu. Legendarne pijackie grubiaństwo Skalskiego zupełnie mu nie przeszkadza. Przywrócony do służby Skalski, podobnie jak wielu poniewieranych w czasach stalinowskich weteranów AK i sił polskich na Zachodzie, w marcu 1968 roku opowiada się za nacjonalistyczną frakcją Mieczysława Moczara. Wszechwładny szef MSW uwodzi ich swoją partyzancką przeszłością, przeciwstawianą stalinowskim politrukom, przywiezionym przez Armię Czerwoną. Kontakty ludzi formatu Skalskiego czy Łokuciewskiego z najwyższymi dygnitarzami PRL- -owskiej armii i aparatu bezpieczeństwa okazały się bezcenne dla interesów Zumbacha. W epoce Gierka bywa w Polsce regularnie. Generał Rozłubirski, który raz po raz spotyka go w Forum, Bristolu albo Victorii, pisze w 1999 roku, tuż przed śmiercią, że pod koniec lat 70.

 

Zumbach jako przedstawiciel firm francuskich handluje celownikami optycznymi z Arabami. A Polska tamtych lat to przecież znakomity punkt kontaktowy z arabskimi ekstremistami, którzy utrzymują stałe przedstawicielstwa w Warszawie. W 1981 roku w ulubionym przez Zumbacha hotelu Victoria agenci Mossadu omal nie zabijają goszczącego tam szefa organizacji Czarny Wrzesień, Abu Nidala. Początek lat 80. to znów gorący okres dla handlarzy bronią. Polska stanu wojennego szkoli pilotów Saddama Husajna i pułkownika Kaddafiego. Zumbach decyduje się mocniej zaangażować w Polsce. Postanawia założyć firmę polonijną, co nie jest możliwe bez ścisłej kontroli PRL-owskiej bezpieki i „odpalenia” im części zysków. W rejestracji firmy pomaga sam generał Edwin Rozłubirski, wówczas wpływowy doradca szefa MSW, generała Kiszczaka. Pod koniec 1985 roku grunt pod nowy biznes jest już przygotowany. Zumbach planuje pojawić się w Polsce tuż po Nowym Roku, by osobiście przypilnować sfinalizowania sprawy.

PORANIONY WE WŁASNYM ŁÓŻKU


Tymczasem 3 stycznia 1986 r. niespełna 71-letni lotnik umiera nagle w Paryżu. Do Polski docierają pogłoski o nienaturalnych przyczynach jego śmierci. Powtarza je dr Jerzy Pawlak, który popijał z Zumbachem w Londynie i w Polsce. Docierają też do Ryszarda Witkowskiego, który spotkał Zumbacha w barze Aeroklubu w Paryżu, a po latach przetłumaczył na polski jego wspomnienia. W rozmowie z „Focusem Historia” plotkę o nienaturalnej śmierci Zumbacha potwierdza też Lynne Olsen, współautorka książki „Sprawa honoru”. Nikt jednak nie zna żadnych szczegółów. Żyjący w Zurychu brat Jana Zumbacha nie lubi pytań o śmierć brata. – „Mój brat zajmował się rzeczami, o których nie chcę nic wiedzieć; mogę tylko powiedzieć, że zmarł we własnym łóżku, ale strasznie poraniony” – mówi i odkłada słuchawkę.

Latem 1986 r. prochy Jana Zumbacha, asa Dywizjonu 303, byłego szefa sił powietrznych Katangi i brawurowego pilota, którego w Biafrze nazywano Kamikaze Brown, złożone zostają na Powązkach. Na nagrobku o jego burzliwej powojennej działalności ani słowa. Podobnie jak na tablicy pamiątkowej, wmurowanej w służewieckim Konwencie św. Katarzyny. Widać historia przypisała mu rolę pomnikowej postaci. Tylko czy dla przyszłych pokoleń nie byłoby lepiej, gdyby pomniki schodziły czasami z cokołów, by okazać się malowniczymi awanturnikami z krwi i kości?

Jakub Mielnik