W pierwszych latach wojny brytyjscy dowódcy nie byli przekonani, że potrzebują psów. Ignorowali nawet raporty, mówiące że Niemcy dysponują armią dwustu tysięcy wyszkolonych czworonogów i zaopatrują w nie też sojuszniczą Japonię! I tak pierwszych kilkaset zwierząt Anglicy dostali od Francuzów. Dopiero wiosną 1942 roku w Potters Bar powstała pierwsza brytyjska szkoła dla psów wojskowych. Trafiły do niej zwierzęta rozmaitych ras, podarowane przez prywatnych właścicieli. Do maja 1944 roku przeszkolonych zostało około siedem tysięcy psów. Czworonogi wykorzystywano do patrolowania, przenoszenia wiadomości, tropienia, pilnowania zakamuflowanych lotnisk i innych tajnych obiektów oraz do znajdowania min niemetalowych, których nie dało się wykryć za pomocą standardowych urządzeń.

Brytyjczycy wpadli też na pomysł zrzucania z samolotów psów na spadochronach. Spośród takich spadochroniarzy najsławniejszy był Rob. Ten collie to jeden z herosów II wojny światowej. Szkolony był na psa stróżującego i patrolującego, który miał pomagać w tajnych misjach jednostki specjalnej SAS. Za wykonanie dwudziestu skoków na spadochronie nad terytorium wroga w Afryce Północnej i we Włoszech otrzymał Medal Dickin – specjalne brytyjskie odznaczenie dla zwierząt. I pewnie do dziś stanowiłby niekwestionowany wzór bohaterstwa, gdyby nie były oficer Quentin „Jimmy” Hughes. Tak się złożyło, że miał okazję obserwować służbę Roba. Prawdę wyjawił w wydanych w 1998 r. wspomnieniach „Who Cares Who Wins?”. Napisał tam, że żaden pies nie przeżyłby 20 skoków ze spadochronem. Wspomina, że Rob został wypożyczony armii, lecz właściciele poprosili o jego zwrot. Pies stał się jednak ulubieńcem żołnierzy, a ci nie chcieli zwracać go właścicielom. Uknuli więc niewinny spisek. Hughes napisał w liście do właścicieli, że służba Roba jest niezbędna dla kraju. Wspomniał też o skokach spadochronowych. To miało załatwić sprawę i załatwiło! Właściciele psa byli tak dumni, że postanowili rozpowszechnić list i legenda psa skoczka zaczęła żyć własnym życiem. W styczniu 1945 r. Rob został przewieziony do Londynu, gdzie otrzymał medal ze słowami: „Za zasługi i 20 skoków na spadochronie w czasie służby z piechotą w Północnej Afryce i jednostką SAS we Włoszech”. Order Roba i jego podobizna są dziś główną atrakcją wystawy Zwierzęta Wojny w londyńskim Muzeum Wojny. Na szczęście niewinne kłamstwo, które ujawniono w 1998 r., nie skłoniło nikogo do odebrania medalu dzielnemu psiakowi.

NIE DLA PSA ORDER USA

 

Jednak psia kariera w wojsku nie zawsze kończyła się odznaczeniami. Wiele zwierząt poniosło śmierć. Bobbie – biały owczarek alzacki, przenoszący informacje między jednostkami – był pierwszym brytyjskim psem, który zginął podczas akcji. Niemcy zabili go serią z broni maszynowej, gdy w marcu 1940 roku przenosił wiadomość na linii frontu we Francji. Po zapadnięciu zmierzchu zwłoki psa pochowano z pełnymi honorami wojskowymi... Jeszcze 7 grudnia 1941 roku, w dzień ataku Japończyków na Pearl Harbor, USA nie miały formalnego programu szkolenia psów. Dopiero w styczniu rozpoczęto akcję, mającą przekonać właścicieli psów do oddawania ich na potrzeby wojska. Przede wszystkim miały strzec wybrzeża i kluczowych instalacji wojskowych. Odzew ze strony obywateli przekroczył najśmielsze oczekiwania. Nie tylko oddawali swoich czworonożnych ulubieńców ale też wspierali finansowo program treningowy. Psy szkolone były w czterech specjalizacjach: wartowniczej, patrolowej, łącznościowej i saperskiej. Do zadań wykorzystywano kilka ras: owczarki niemieckie, belgijskie, dobermany, collie, syberyjskie husky, malamuty i psy eskimoskie. Każdy zwierzak – czy to podczas treningu, czy na polu walki – miał zapewnioną opiekę medyczną i przechodził badania okresowe. Z ponad 10 tys. psów, wyszkolonych podczas II wojny światowej, aż 9 tys. zostało wartownikami. Do tego celu wybierano czworonogi z natury agresywne i wystarczająco duże, aby mogły stawić czoło intruzom.

Prawdopodobnie najsłynniejszym wartownikiem (i jedynym tak uhonorowanym) był Chips – mieszaniec owczarka alzackiego, collie i syberyjskiego husky. Jak mówili jego przełożeni, Chips nie bał się niczego. Raporty wskazują, że gdy on pełnił służbę, nikt nigdy nie zginął. Do amerykańskiej armii trafił w 1942 roku, podarowany przez prywatnego właściciela Edwarda J. Wrena. Służył przy piechocie w Afryce Północnej, we Włoszech i Francji oraz w Niemczech. Chips był na tyle dobry, że wraz z trzema innymi psami stróżującymi został wybrany do zapewnienia bezpieczeństwa podczas konferencji z udziałem prezydenta Franklina D. Roosevelta i premiera Winstona Churchilla w styczniu 1943 r. Kilka miesięcy później Chips przybył ze swoją dywizją na Sycylię. Rankiem szeregowiec John P. Rowell patrolował z nim plażę. Pies i przewodnik zbliżyli się do obiektu, który wyglądał jak mały pokryty trawą szałas. Nagle ciszę przerwały strzały z karabinu maszynowego. Chips wyrwał się Rowellowi i rzucił w stronę szałasu, który okazał się zamaskowanym schronem. Wpadł do środka i po chwili „wyprowadził” czterech włoskich żołnierzy z rękami w górze. Rowell przywołał psa i z pomocą innych żołnierzy pojmał jeńców. Nocą Chips znów zaalarmował przewodnika – tym razem pojawiło się 10 Włochów. Ich także Rowell wziął do niewoli. A Chips stał się sławny.

W październiku 1943 roku, mimo zakazu odznaczania zwierząt medalami, Chips został uhonorowany orderami przeznaczonymi tylko dla ludzi: Srebrną Gwiazdą i Purpurowym Sercem. Spotkał się z nim nawet generał Dwight Eisenhower. I tak zaczęły się kłopoty Chipsa. Kiedy generał chciał go pogłaskać, pies lekko go ukąsił w rękę. Po tym wydarzeniu został odesłany do służby na tyłach. Wkrótce rozeszły się też informacje o bezprawnym nadaniu psu „ludzkich” odznaczeń. Nie spodobało się to dowództwu, które w liście do prezydenta Roosevelta zażądało odebrania Chipsowi orderów. Tak też się stało. Wbrew sugestii dowództwa, nie ustanowiono jednak specjalnego medalu dla zwierząt, podobnego do brytyjskiego...W armii Stanów Zjednoczonych bardzo ważne zadania pełniły psy tropiące, mające ostrzegać przewodników o zbliżaniu się wroga. Na tym polu duże zasługi położył Peefke – owczarek niemiecki, prowadzący patrole w wysokim śniegu w Alpach Włoskich. Pewnego dnia na pozornie pustej drodze Peefke stanął. Jego przewodnik zobaczył, że pies coś wyczuł. Sam żołnierz nie widział jednak nawet śladu nieprzyjaciela. Uważnie rozejrzał się jeszcze raz i dostrzegł przebiegający w poprzek drogi cienki, prawie niewidoczny drut. Był on przywiązany do trzech nieprzyjacielskich min, których wybuch mógłby zabić cały patrol!

CZUJNY PEEFKE I WIERNY JACK

Niestety historia łebskiego Peefkego skończyła się tragicznie. I to już pod koniec wojny. W marcu 1945 roku patrolował z innymi psami i przewodnikami wsie w północnych Włoszech. Peefke i jego przewodnik podeszli do budki wartowniczej, z której nagle otworzono ogień. Potem niemiecki wartownik rzucił granat. Pies zginął. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego tym razem nie ostrzegł przewodnika…Dużo roboty mieli też psi kurierzy. Ich zadaniem było utrzymywanie łączności między zwiadowcami a dowództwem. Najważniejszą cechą tych psów musiała być lojalność. To od ich przywiązania do przewodników zależało, jak daleko są gotowe iść przez linie nieprzyjaciela, niosąc wiadomość. Ogromnie lojalny był właśnie owczarek belgijski Jack.

Początki kariery Jacka nie wyglądały obiecująco. Jego właściciela powołano do wojska, a ten zostawił zwierzaka w schronisku. Zabrał go stamtąd człowiek, który szukał psa dla swojego syna. Gdy także jego powołano do wojska, poszedł z nim również Jack. Psa przydzielono do jednostki marines. Jego właściciel – razem z dwoma przewodnikami: Gordonem Wortmanem i Paulem Castracane’em – wszedł w skład oddziałów, które walczyły na wyspie Bougainville z wojskami japońskimi. W listopadzie 1943 roku Japończycy przeszli do ataku. Przecięli linie telefoniczne. Dla Amerykanów sprawy przybrały fatalny obrót. Wortman został ranny w nogę, a Jacka postrzelono w grzbiet. Jeśli pozycje miały zostać utrzymane, potrzebne były posiłki i pomoc medyczna. Wortman włożył wiadomość do pojemnika przy obroży Jacka i rozkazał mu zanieść ją do Castracane’a, który znajdował się w sztabie. Wszyscy obserwowali, jak ranny pies z trudem wstaje i rusza pod gradem kul. Jack dotarł do drugiego przewodnika i padł u jego stóp, brocząc krwią. Dowództwo wysłało skuteczną pomoc. I tak, dzięki wierności czworonoga, ocalało wielu ludzi.

RADZIECKI SZARIK PRZECIWCZOŁGOWY

Już w pierwszych latach II wojny światowej Armia Czerwona wyszkoliła ok. 50 000 psów. Używano ich głównie do poszukiwania rannych, ale też do innych akcji. Nieocenione były zasługi zwłaszcza psów saperskich, które pomogły w rozminowaniu ponad trzystu dużych miast, m.in. Pskowa, Smoleńska, Lwowa, Mińska, Kijowa, Stalingradu, Odessy, Warszawy, Wiednia oraz Pragi. Po wojnie na placu Czerwonym w Moskwie psy wzięły udział w paradzie zwycięstwa, przykładnie defilując obok oddziału saperów. Mniej budująca była historia radzieckich psów przeciwczołgowych. W 1941 r. Rosjanie zaczęli uczyć czworonogi wbiegania pod czołgi z ładunkiem trotylu na grzbiecie. Psy głodzono, po czym karmiono tylko pod maszynami z włączonym silnikiem. Oczywiście, kiedy tak wyszkolony zwierzak znalazłby się pod nieprzyjacielskim czołgiem, ładunek zostałby zdetonowany, niszcząc maszynę i zabijając psa. Jak na ironię, trening ten zwrócił się przeciw trenującym. Psy karmiono bowiem tylko pod rosyjskimi czołgami, więc nie rzucały się na niemieckie, jak zakładano. Nie wiedziano o tym aż do momentu, kiedy wysłano zwierzęta na front. Wówczas to cała radziecka dywizja pancerna musiała się wycofać i czekać, aż wystrzelano własne psy przeciwczołgowe.

Psy walczyły także u boku Polaków. Jednym z ciekawszych bohaterów był Misio – owczarek podhalański, przyprowadzony do oddziału „Wybranieckich” (jednostka AK, działająca w rejonie świętokrzyskim) w maju 1943 r. Przydzielono go do drużyny „Andrzeja”, Henryka Pawelca. Z początku młody psiak był lękliwy i nieostrożny. Ale już po kilku tygodniach treningu nauczył się dyscypliny i oswoił z lasem. Zaczęto więc go zabierać na potyczki z Niemcami. Był niezastąpiony m.in. przy tropieniu hitlerowców, atakujących wsie. Po jakimś czasie Niemcy zorientowali się, że w najzuchwalszych napadach na ich posterunki bierze udział – obok partyzantów – ogromny biały pies. Wystrzelali więc wszystkie białe czworonogi w okolicznych wsiach. Mieli nadzieję, że pies swą obecnością zdradzi partyzantów. Na szczęście na Misia nigdy nie natrafili…

Pies w zasadzkach siedział cicho, nigdy nie zdradzając swojej obecności. Podczas patroli z daleka uprzedzał żołnierzy o grożącym im niebezpieczeństwie. Kiedy dochodziło do walki na bliską odległość, rzucał się naprzód. Często był celem niemieckich kul, ale zawsze wychodził z akcji cało. Swoją służbę zakończył w październiku 1944 r. i został umieszczony w majątku Ameliówka. Z dawną drużyną spotkał się kilka miesięcy później. W czerwcu 1945 r. oddział „Andrzeja” stoczył walkę z dwoma plutonami sowieckimi właśnie koło Ameliówki. Pies, wyczuwając swoich żołnierzy, wyrwał się z domu i trafił do leśnej kwatery partyzantów. Towarzyszył im jeszcze kilka miesięcy. Potem oddział został rozwiązany, a psa wysłano z powrotem do nowego domu. Oryginalnym przypadkiem był też Bruce – należący do oficera rasowy wilczur, który przeszedł cały szlak bojowy 1. Dywizji Pancernej: od Szkocji, poprzez Anglię, Normandię, Belgię, Holandię i północne Niemcy. Wśród żołnierzy znany był z inteligencji, nadzwyczajnej dyscypliny i posłuszeństwa. Nie bał się odgłosów huku dział i zawsze na czas zajmował swe miejsce w czołgu. Tam przez okienko obserwował mijany krajobraz. Z dala od pola bitwy Bruce lubił polować na zające i króliki. Miał też smykałkę do sztuczek, np. lubił udawać w kasynach oficerskich, że gra na fortepianie. Machając ogonem, podchodził do instrumentu, podnosił zębami wieko i bębnił łapami po klawiaturze. Jednak długi pobyt na froncie nadwerężył jego słuch do tego stopnia, że kilka lat po wojnie zupełnie ogłuchł.

NIEMIECKI KOSZMAR

 

Niemiecki sztab postanowił budować psią armię już w połowie 1930 roku, jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy. Gdy rozpoczęła się II wojna światowa, w całych Niemczech przygotowywanych do walki było aż 200 000 psów. O wiele więcej niż u aliantów. Z czego najbardziej je zapamiętano? Niesławny Heinrich Himmler sam miał owczarka niemieckiego i szczególnie tę rasę polecał jako wsparcie dla niemieckich strażników. W każdym obozie koncentracyjnym na porządku dziennym było szczucie więźniów psami, które rzucały się na ludzi, gryzły lub nawet odgryzały kawałki ciała. Naziści stworzyli także specjalne jednostki, używające psów do nadzorowania transportów kolejowych i asystowania przy wywózkach. Szczególnie wymownym przykładem stosunku strażników do więźniów było zachowanie Kurta Franza – komendanta obozu zagłady w Treblince. Miał on psa o imieniu Barry. Był to mieszaniec z dominującymi cechami bernardyna. Franz ćwiczył go w atakowaniu więźniów. Mawiał przy tym do swego czworonoga: „Człowieku, bierz tego psa!”. Bo właśnie jak zwierzęta traktował więźniów, których kazał Barry’emu kąsać. Zastanawiające, że psy szkolone do atakowania ludzi, pozwalały się głaskać, gdy w pobliżu nie było ich nadzorców...

Warto pamiętać, że w różnych krajach i w zależności od kategorii akcji, w jakich miał uczestniczyć pies, prowadzono odmienny rodzaj szkoleń. Po treningu podstawowym przychodził czas na test sprawdzający. Na przykład psy łącznikowe przyzwyczajane były do odgłosów strzałów i wybuchów, by nie płoszyły się podczas misji. Psy wartownicze uczono przede wszystkim szczekania, gdy zbliżało się zagrożenie. Psy patrolowe nie mogły szczekać, więc trzeba było im wpoić inne sposoby komunikowania za pomocą ciała. Kiedy trening dobiegł końca, zwierzęta ruszały na front. Co potem, po wojnie? Kiedy zapanował pokój, skończyła się psia służba wojskowa. Tylko część zwierząt pozostała w armii. Resztę trzeba było zdemobilizować i jakoś zagospodarować. Choć trudno porównywać cierpienia ludzi i zwierząt, to także czworonogi przeszły swoją wojenną traumę. Prowadzono więc szkolenia, na których przekonywano psy, że teraz każdy człowiek jest ich przyjacielem. Sprawdzano, jak zachowują się w obecności ludzi i rowerów, wśród ulicznych hałasów. Kiedy pies otrzymywał certyfikat, świadczący o przystosowaniu do normalnego życia, mógł wrócić do swojego poprzedniego domu. Jeśli właściciel zginął, psa kierowano do nowej rodziny.