Ich wspólny zestaw łączy przenośny magnetofon WE-001 z kasetowym wydaniem The Dark Side of the Moon. Całość wygląda tak, jak powinna wyglądać kosztowna nostalgia – elegancko, znajomo i wystarczająco efektownie, by wywołać nagłą potrzebę znalezienia na półce miejsca, którego jeszcze chwilę temu wcale tam nie było.
Pryzmat, którego nie trzeba nikomu przedstawiać
Czarna aluminiowa obudowa odtwarzacza została ozdobiona charakterystycznym pryzmatem rozszczepiającym światło. Projekt okładki The Dark Side of the Moon należy do tych obrazów, które dawno odłączyły się od samej płyty. Trafiał na koszulki, plakaty, kubki, skarpetki i zapewne tysiące dekoracji studenckich pokojów. Tutaj jednak wreszcie pojawia się na przedmiocie, który ma z albumem rzeczywisty związek.
W pudełku znajduje się oficjalny remaster przygotowany z okazji 50-lecia albumu, wydany w 2023 roku i po raz pierwszy dostępny na kasecie właśnie w tej kolekcji. Każdy komplet otrzymuje także numerowaną kartę autentyczności. Limitowana edycja kosztuje 179 euro, czyli około 775 zł. Oficjalny sklep po premierze szybko oznaczył zestaw jako niedostępny, co raczej nie zaskakuje. Pink Floyd ma wiernych fanów, a słowo limitowany od lat działa na kolekcjonerów skuteczniej niż rozsądek.
Cena brzmi poważnie, szczególnie gdy przypomnimy sobie czasy, w których kasety leżały w samochodowym schowku obok zapasowych bezpieczników i rachunków za paliwo. W tym przypadku płaci się jednak także za obudowę z aluminium, metalowe przyciski, specjalne wydanie albumu i status przedmiotu kolekcjonerskiego. Można uznać to za przesadę. Można też spojrzeć na ceny współczesnych winyli, limitowanych sneakersów i zegarków inspirowanych popkulturą, a następnie dojść do wniosku, że magnetofon wypada przy nich niemal niewinnie.

Magnetofon pamięta lata 80., ładowarka już nie
WE-001 wygląda odpowiednio staromodnie, ale nie wymaga kupowania zapasu baterii na stacji benzynowej. Wbudowany akumulator ma zapewniać od 10 do 12 godzin odtwarzania, a energię uzupełnia się przez USB-C. Urządzenie obsługuje Bluetooth 5.1, więc muzykę z kasety można wysłać do bezprzewodowych słuchawek albo głośnika. Zostało też klasyczne wyjście słuchawkowe 3,5 mm.
Magnetofon potrafi również nagrywać w stereo przez wejście liniowe. Można więc przygotować własną składankę, chociaż dzisiejsza wersja rytuału będzie zapewne polegała na podłączeniu telefonu lub komputera zamiast czekania przy radioodbiorniku na ulubioną piosenkę. Częścią zestawu jest nawet mały ołówek. To drobiazg praktyczny, a zarazem bardzo udany żart dla każdego, kto choć raz ręcznie nawijał taśmę.
Producent podaje pasmo przenoszenia od 30 do 14 500 Hz, współczynnik wow and flutter na poziomie 0,2% oraz stosunek sygnału do szumu wynoszący 50 dB. Te parametry pokazują, że mamy do czynienia z dopracowanym współczesnym magnetofonem, lecz kaseta nadal pozostaje kasetą. Będzie szumieć, czasem lekko pływać i brzmieć mniej precyzyjnie niż dobry plik cyfrowy. Właśnie ta niedoskonałość stanowi jednak część doświadczenia, za które płaci nabywca.
Album znów ma początek, środek i koniec
Streaming nauczył nas słuchać muzyki fragmentami. Zaczynamy album, po minucie przeskakujemy do playlisty, potem do podcastu, a jeszcze później orientujemy się, że od pół godziny przeglądamy krótkie filmy bez dźwięku. Kaseta wprowadza ograniczenia, które kiedyś irytowały, a dziś mogą działać niemal terapeutycznie.
Trzeba włożyć konkretny album, nacisnąć przycisk i pozwolić mu grać. Nie ma automatycznych rekomendacji ani nieskończonej kolejki utworów dobranych na podstawie porannego nastroju. The Dark Side of the Moon szczególnie dobrze pasuje do takiego słuchania. To album pomyślany jako spójna całość, z utworami przechodzącymi jeden w drugi. Losowe odtwarzanie jest tu trochę jak czytanie powieści od rozdziału siódmego, ponieważ akurat algorytm uznał go za najbardziej angażujący.
Perkusista Pink Floyd Nick Mason przy okazji premiery przyznał, że nadal darzy kasety dużym sentymentem. Wspominał Walkmana oraz bardziej zaawansowane magnetofony i zapowiedział, że sprawdzi nowe wydanie na swoim starym sprzęcie Nakamichi. Trudno o lepsze potwierdzenie, że nawet muzycy kojarzeni z ogromną dbałością o brzmienie potrafią docenić format daleki od technicznej perfekcji.

Nostalgia stała się luksusem, ale ma swoje uzasadnienie
Za 775 zł można kupić dobre słuchawki, głośnik Bluetooth albo kilka miesięcy dostępu do serwisu oferującego miliony nagrań. Zestaw Pink Floyd i We Are Rewind wybiera zupełnie inną drogę. Daje jedno urządzenie, jedną kasetę i sporo ograniczeń. Paradoksalnie właśnie dlatego wydaje się atrakcyjny.
Mam wrażenie, że fizyczne nośniki wracają, ponieważ muzyka stała się zbyt łatwo dostępna. Gdy wszystko czeka pod palcem, pojedynczy album traci ciężar. Kaseta trzeba wyjąć z pudełka, odwrócić i czasem przewinąć. Ten niewielki wysiłek zmienia słuchanie w czynność, której poświęcamy uwagę.
Oczywiście część egzemplarzy zapewne nigdy nie opuści kolekcjonerskiego pudełka. Będą stały na półkach obok winyli w folii i figurek, których nikt nie zamierza dotykać. Szkoda, bo ten magnetofon aż prosi się o używanie. Nawet jeżeli po kilku dniach właściciel wróci do Spotify, przez moment przypomni sobie, że muzyka może wymagać czegoś więcej niż przesunięcia kciukiem po ekranie.
