Projekty takich farm-wysokościowców powstają dziś w pracowniach architektonicznych na całym świecie. Na ostatnim Biennale Architektury w Wenecji szkice i makiety rolniczych wieżowców pokazują m.in. Szwajcarzy i Włosi. A dorodne jabłka hodowane w doniczkach i odżywiane „z kroplówek” (w pawilonie niemieckim) odsłaniają kulisy przyszłego przedsięwzięcia.

KURCZAKI W WIELKIM MIEŚCIE


Dotychczas wieżowce były dla ekologów raczej celem ataku niż sojusznikiem – budowa i eksploatacja drapacza chmur pochłania około 30% więcej energii niż w przypadku budynków innego typu. Jednym z architektów, którzy chcą zmienić to nastawienie, jest pochodzący z Malezji Ken Yeang z londyńskiej pracowni Llewelyn Davies Yeang, guru architektów- ekologów. Yeang pracuje obecnie nad projektem wielopiętrowego budynku produkującego żywność. Jak wyjaśniał dla „Architects Journal”, wertykalne farmy zajmowałyby mniejszą przestrzeń niż tradycyjne uprawy. Lokalnie produkowana żywność pozwoliłaby też zaoszczędzić energię zużywaną dziś do transportu, a tym samym zmniejszyć emisję tlenków węgla do atmosfery.

Z kolei projekt „Living Tower” Pierre’a Sartoux z paryskiego Atelier SOA zakłada wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii – wieżowiec-farma pobierałby ją między innymi za pomocą turbin wiatrowych usytuowanych na dachu budynku.

W USA ideę promuje profesor zdrowia publicznego Dickson D. Despommier z Columbia University na stronie internetowej www.verticalfarm.com. Ten 68-letni naukowiec swój pierwszy projekt „wieży dla marchewek” obmyślał na zajęciach ze studentami jeszcze w 1999 roku. Zdaniem prof. Despommiera 30-piętrowa wieża mogłaby wyżywić ok. 50 tysięcy osób. Uprawiane w niej rośliny miałyby dobrą ochronę przed szkodnikami, rosłyby więc bez pestycydów i nawozów sztucznych, a dzięki kontroli warunków klimatycznych nie byłyby zagrożone ani przymrozkiem, ani gradobiciem.

Projekty piętrowych farm dostarczających mieszkańcom miast świeżej żywności przekonują również urzędników. Władze Portland w Oregonie zainteresowały się projektem o nazwie The Centre for Urban Agriculture, opracowanym przez amerykańską firmę Mithun Architects.

Miałoby to być coś w rodzaju wielkiego domu mieszkalnego dla czterystu osób, który na swoje potrzeby wytwarzałby energię elektryczną, utylizował ścieki itp. W budynku uprawiano by także rośliny i hodowano kurczaki – wyprodukowana na miejscu żywność zaspokajałaby jedną trzecią potrzeb mieszkańców. Jak podał „New York Times”, do pomysłu podniebnych upraw udało się wstępnie przekonać również burmistrza Manhattanu Scotta M. Stringera, którego biuro przygotowuje pilotażową wersję wieżowca- farmy (szacunkowy koszt od 20 do 30 mln USD).

ILUZJA PODNIEBNEJ JABŁONKI


Krytycy zwracają uwagę, że przychody z hodowli warzyw i owoców w mieście mogą nie wystarczyć na opłacenie wysokich miejskich czynszów, a sumy zaoszczędzone na transporcie żywności nie zrekompensują astronomicznych kosztów gruntu.

Zaznaczmy też, że choć wieżowce-farmy zapełnione by były roślinami i zwierzętami, to z przyrodą niewiele miałyby wspólnego. Trudno się spodziewać, że do wieżowców zostałby przeniesiony cały ekosystem. Roślinność w nich hodowana nie miałaby tej swobody rozprzestrzeniania się, którą ma w warunkach naturalnych. Jeśli w wysokościowcach prowadzono by monokulturowe uprawy, zagrożenie dla bioróżnorodności jeszcze by wzrosło.

Dostarczane przez architektów sielankowe w nastroju ilustracje, na których dzieci zrywają jabłuszka z podniebnej jabłonki, nie powinny przesłaniać faktu, że mamy tu do czynienia z produkcją żywności na masową skalę.

Jak ona wygląda od kuchni, pokazuje znakomity film dokumentalny „Chleb nasz powszedni”. Żywe kurczaczki, jak piłeczki tenisowe, wylatują z rur skomplikowanych urządzeń, warzywa nie rosną w ziemi, uśmiercaniem zwierząt i ich transportem zajmują się zaawansowane technologicznie maszyny. Człowiek pojawia się sporadycznie, gra rolę drugoplanową. Projekty wieżowców-farm, mimo ekologicznej otoczki, wpisują się w ten odhumanizowany obraz.