Ruark Audio R710 idzie pod prąd tej dyskretnej bylejakości. To konsola muzyczna, która wygląda jak sprzęt wyciągnięty z epoki, gdy hi-fi ustawiano w domu z dumą, a nie wciskano pod telewizor między dekoder i listwę zasilającą. Ma drewniane wykończenie, duży kolorowy ekran, fizyczne pokrętła, slot na płytę CD i całą współczesną elektronikę, której dziś oczekujemy od porządnego systemu audio. Trochę nostalgii? Oczywiście. Ale w tym przypadku nostalgia nie kończy się na ładnym froncie.
Powrót sprzętu, który chce być częścią pokoju
R710 należy do tej kategorii urządzeń, które przypominają, że technologia domowa nie musi wyglądać jak sprzęt biurowy po godzinach. Ruark od lat idzie w stronę audio, które można traktować także jako element wnętrza, a nie tylko zestaw funkcji ukryty w obudowie. Widać to szczególnie tutaj, bo R710 ma bardzo wyraźny klimat lat 70., ale nie wygląda jak rekwizyt z wypożyczalni scenografii.


Do wyboru są dwa wykończenia: Fused Walnut, czyli ciepły orzechowy fornir, oraz Satin Charcoal, bardziej spokojny i ciemniejszy wariant. Ta pierwsza wersja pewnie przyciągnie osoby, które lubią sprzęty z charakterem i mają w salonie coś więcej niż białą ścianę, szarą kanapę i obowiązkową lampę z łukiem. Druga będzie łatwiejsza do wpisania w nowoczesne wnętrza, choć nadal zachowuje tę lekko staroświecką elegancję.
Nie każdy chce budować w domu ołtarzyk audiofila z osobnym wzmacniaczem, streamerem, odtwarzaczem CD, przetwornikiem i plątaniną przewodów, które po tygodniu zaczynają żyć własnym życiem. R710 składa kilka elementów w jedną konsolę, do której wystarczy podłączyć kolumny. W teorii brzmi prosto. W praktyce to może być dokładnie ten poziom uproszczenia, którego wiele osób potrzebuje, żeby w ogóle wrócić do lepszego słuchania muzyki w domu.
CD wraca, choć nikt nie powinien udawać zaskoczenia
Najbardziej symptomatyczny jest tu wbudowany odtwarzacz CD. Jeszcze niedawno kompakt wydawał się formatem zawieszonym między winylem a streamingiem. Winyl dostał romantyczną aurę, streaming wygrał wygodą, a płyty CD kojarzyły się wielu osobom z pudełkami zalegającymi w szafie i samochodowym schowkiem sprzed ery CarPlay.
Tyle że rynek ma czasem więcej zdrowego rozsądku niż modne narracje. Ludzie nadal mają kolekcje płyt, często bardzo osobiste. Na CD są albumy kupione na koncertach, prezenty, edycje, których nie chce się oddać do kartonu z napisem kiedyś przejrzę. Jest też coś przyjemnie konkretnego w wyjęciu płyty z pudełka i włożeniu jej do odtwarzacza. Streaming jest fantastyczny do odkrywania muzyki, ale bywa też nerwowy. Skaczemy między playlistami, przerywamy po półtorej minuty, sprawdzamy rekomendacje, dopisujemy coś do kolejki i nagle słuchanie zamienia się w zarządzanie zasobami.
CD wymusza trochę spokojniejszy kontakt z albumem. Nie mówię, że każdy marzy o powrocie do wieży z lat 90., ale rozumiem potrzebę posiadania fizycznego nośnika, który nie znika po zmianie licencji w aplikacji. Ruark R710 trafia właśnie w ten moment: chce połączyć komfort streamingu z przyjemnością obsługi sprzętu, który reaguje na dotyk, ma prawdziwe przyciski i nie sprowadza muzyki wyłącznie do ikony na ekranie telefonu.

Nowoczesne wnętrze pod drewnianą obudową
Za retro wyglądem stoi całkiem współczesny zestaw możliwości. R710 łączy streamer, DAC, przedwzmacniacz i wzmacniacz w jednej obudowie. Oferuje 200 W na kanał w klasie D, czyli znacznie więcej niż mniejszy R610, który miał 75 W na kanał. Dla użytkownika oznacza to większy zapas mocy i możliwość sensownego połączenia z bardziej wymagającymi kolumnami, choć oczywiście finalny efekt zawsze zależy od całego zestawu i pomieszczenia.
Obsługiwane są Spotify Connect, Tidal Connect, Qobuz, Apple AirPlay 2 i Google Cast. Jest też Bluetooth z aptX HD, radio internetowe, odtwarzanie plików hi-res do 32-bit/192 kHz, wejście USB-C, optyczne, RCA, HDMI eARC oraz wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy MM. Ten ostatni element jest ważny, bo Ruark najwyraźniej dobrze rozumie, że dzisiejszy słuchacz może rano puścić playlistę z telefonu, wieczorem wyjąć płytę CD, a w weekend odkurzyć winyl kupiony bardziej sercem niż rozumem.

Cieszy mnie też obecność HDMI eARC, bo to otwiera drogę do używania R710 jako centrum dźwięku przy telewizorze. Wiele osób nie chce osobnego soundbara, amplitunera i systemu stereo, a jednocześnie nie chce słuchać filmów przez cienkie głośniki w telewizorze. Taki sprzęt może więc pełnić rolę domowego centrum audio, bez budowania małej serwerowni w salonie.
Cena studzi emocje, ale taki sprzęt nie celuje w przypadkowego kupującego
Ruark R710 kosztuje 2699 euro, czyli około 11 700 zł. Do tego można dobrać kolumny Talisman-R za parę w cenie około 7400 zł. Pełny zestaw robi się więc drogą przyjemnością, zdecydowanie z kategorii dla osób, które traktują audio i design jako część domowego stylu życia, a nie spontaniczny zakup po obejrzeniu promocji.
Czy to dużo? Tak. Trudno udawać, że mówimy o sprzęcie dla każdego. Ale też nie każdy produkt musi kończyć w koszyku masowego odbiorcy. R710 broni się tym, że łączy kilka urządzeń w jednej eleganckiej obudowie i nie wymaga od użytkownika wejścia w audiofilską układankę. Dla części osób to będzie mniej onieśmielające niż klasyczny zestaw z kilku komponentów, nawet jeśli cenowo nadal zostajemy na wysokiej półce.


W Ruark R710 podoba mi się przede wszystkim gest powrotu do fizyczności. Nie w sensie staromodnego marudzenia, że kiedyś było lepiej, bo nie zawsze było. Raczej w sensie zmęczenia światem, w którym nawet zaparzenie kawy i puszczenie albumu wymaga czasem otwarcia aplikacji, aktualizacji oprogramowania i zaakceptowania nowego regulaminu.
Pokrętło, pilot, płyta CD, widoczny ekran, drewniana obudowa – to wszystko przypomina, że dobry sprzęt domowy może być czymś więcej niż terminalem do usług cyfrowych. Może stać w pokoju, wyglądać przyjemnie, zapraszać do słuchania i nie udawać, że znika. W czasach, gdy muzyka stała się najłatwiej dostępną rzeczą na świecie, może właśnie dlatego coraz bardziej doceniamy urządzenia, które dodają jej odrobinę ciężaru i obecności.
