W dość wybuchowym stylu ostatni raz do domu wróciłem z deskorolką w wieku 15 lat, kiedy po kłótni z grupą odeszła mi ochota na dalsze jeżdżenie, a i tak liceum było już tuż za rogiem, więc priorytety się zmieniały. Czas minął, a wspomnienia dalej się tliły, lecz skutecznie każdą myśl dławiłem przekonaniem, że już w pewnym wieku nie wypada. Aż w końcu nadeszło zrozumienie…
Jak to nie wypada? Dawać mi tu deskorolkę i to w try miga!
Chociaż na deskorolce dawniej jeździłem, to wówczas, a szczególnie w mniejszym mieście było to dość analogowe. Stał jeden skateshop i to tam się kupowało akcesoria, a cała reszta? Tu się coś wymieniło część za część, jakiś stary blat odkupiło i tak to sobie leciało.

Teraz można poczytać mądrość osób we własnym wieku na Reddicie i spokojnie dokonać przemyślanego zakupu na jednym z wielu sklepów parających się sprzedażą deskorolek oraz innego sprzętu idealnego do skateparku. No właśnie! Miło po tych wszystkich latach zobaczyć jak budowa nowych parków uwzględnia także nawet mały punkcik, gdzie młodzież i stare byki oraz byczyce mogą spokojnie wyskoczyć na deskę, rolki albo hulajnogę.
Z perspektywy czasu serce mi staje na myśl, że za moich czasów śmigaliśmy na tyłach sklepów, po parkingach a także opuszczonych miejscach, które wyraźnie przechodziły przez proces rozbiórki (stary magazyn PKP, którego już 2026 nie ma). Nie mówiąc już o schodach w centrach miast, gdzie po prostu uprzykrzało się życie innym. Na obronę dodam, że lokalni deskorolkarze składali podania do urzędu miasta o budowę skateparku rok w rok, aż w końcu powstał jakoś w ostatniej dekadzie.

Miło też się było zaskoczyć, jak pełne po brzegi są lokalne punkty z rampami i railami. A dla każdego, kto dopiero wraca do zabawy, pozostaje dostęp do rolkostrady i też dokładnie tak uczyniłem.
Czytaj też: Pora na deskorolkę, a może coś nowego? Nastolatki wybrały surfowanie z surfskate po mieście
Po pierwsze, czasy się zmieniły i wydawałoby się, że świadomość nawet wśród młodszych osób jest większa, więc z przykrością zobaczyłem, że wciąż o wiele za mało osób jeździ w kaskach na głowie. To jest tani sprzęt dostępny od ręki w Decathlonie, który może dosłownie uratować życie.
Osobiście w tym roku miałem pełen wigoru powrót do marzeń oraz aktywności sprzed lat. W zimie nauczyłem się jeździć na snowboardzie (dawniej narty, deska wydawała mi się za trudna) i obowiązkowo zakupiłem kask, co uratowało moją głowę wielokrotnie przed poważnym obiciem. Zatem tej samej zasady nie myślałem się nie trzymać w przypadku deskorolki. Zestaw ochraniaczy i kask to mus.

Niestety. Skoro większość dorosłych zarówno na rowerze jak i rolkach oraz hulajnogach nie dba o własne bezpieczeństwo, to od kogo mają się uczyć młodsi? Tym bardziej, że patrząc po komentarzach na TikToku wydaje im się, że im się jest lepszym i doświadczonym, tym zyskuje immunitet na upadki. Szkoda, że od dwudziestu lat się nic w temacie nie zmieniło i dalej myślimy, że ochrona jest faux-pas, nawet jeżeli ikony sportu i ich dzieci (dla przykładu Tony Hawk i jego dzieci) korzystają z ochraniaczy i kasków.
Tego się nie zapomina, ale kości już nie te same
Bardzo na to liczyłem, lecz i tak mnie zaskoczyło, że jednak pamięć mięśniowa to jest coś na medal. Godziny skoków i jeżdżenia zostały zapisane w moich kończynach i wciąż ze stosunkową łatwością mogę nawet po 20 latach skakać, jest tylko jeden mankament, który mnie hamuje, a czego się nie spodziewałem w takim stopniu – głowa.

To, czego młody umysł nie znał, to strach i konsekwencje pechowych upadków. Od mojego jeżdżenia na desce minęło więcej czasu, niż wtedy w ogóle byłem na świecie, a z tym wiele upadków, potknięć i innych doświadczeń. Jestem w szoku, jak po rozpędzeniu nogi mi zamarzają i po prostu nie jestem w stanie psychicznie przezwyciężyć obawy przed niepowodzeniem podczas skoku, szalone.
I oj, dawno się tych mięśni nie używało. Mięśnie może zapamiętały jak skoki wykonywać, lecz zapomniały, że już nie mają 15 lat i po pierwszym dniu powrotu zaczęły się dni rekonwalescencji. Najzabawniej, że w każdej nodze co innego było używane, więc ból taki trochę był pod kątem.

Uczy to jednak po prostu pokory i tego, że organizm już nie jest aż taki młody, więc trzeba do wszystkiego podejść spokojniej. Tym bardziej, że po prostu nie ma się co spieszyć, czasu nam nie brakuje, a szkoda byłoby sobie zrobić krzywdę, kiedy ten sport wciąż sprawia dużo frajdy. Od pierwszego odepchnięcia na deskorolce po dwudziestu latach poczułem się jak ryba w wodzie. Dosłownie nie rozumiem, co podkusiło, żeby w ogóle z tego zrezygnować?
Warto wracać do rzeczy, które się uwielbiało oraz próbować nowych, tych ignorowanych ze względu na przekonanie, że sobie nie damy rady, bo pewnie prawda jest taka, że damy sobie radę, ale może chwilę poboleć.
