Po stu latach domknięto teorię koloru Schrödingera. Brakowało w niej jednej kluczowej linii

Kolor wydaje się jedną z najbardziej oczywistych rzeczy na świecie. Czerwień jest czerwona, szarość jest szara, a granat nie potrzebuje matematyka, żeby wyglądać jak granat. A jednak właśnie w takich pozornie oswojonych sprawach nauka lubi odkrywać dziury w podłodze. Zespół z Los Alamos wrócił do teorii barw rozwijanej przez Erwina Schrödingera w latach 20. XX wieku i domknął element, którego w niej od początku brakowało: formalną definicję tzw. osi neutralnej, czyli linii szarości łączącej czerń z bielą.
...
fot. LANL

To na niej opierały się pojęcia odcienia, nasycenia i jasności, choć sama linia przez dziesięciolecia była w modelu bardziej przeczuciem niż precyzyjnie zdefiniowanym obiektem matematycznym. To brzmi jak poprawka z marginesu podręcznika, ale w praktyce chodzi o coś znacznie ważniejszego. Jeśli cały opis koloru ma działać jak dobrze zaprojektowana mapa, nie można budować połowy dróg wokół punktu, którego nikt porządnie nie umiał wyznaczyć. Schrödinger zaproponował niezwykle ambitny pomysł: chciał, by odcień, nasycenie i jasność wynikały z samej geometrii przestrzeni barw, a nie z dodatkowych kulturowych czy językowych nakładek. Problem w tym, że jego konstrukcja miała brakującą belkę nośną. Nowa praca właśnie tę belkę wstawiła.

Najciekawsze jest chyba to, że ta historia nie dotyczy wyłącznie fizyki czy historii nauki. Dotyczy także bardzo współczesnego świata ekranów, wizualizacji, fotografii i cyfrowych interfejsów. Kiedy matematyczny opis koloru jest niedokładny, skutki nie kończą się na akademickiej dyskusji. To trochę tak, jakby budowniczowie od lat korzystali z linijki, która przy krótkich odcinkach działa dobrze, ale przy dłuższych zaczyna lekko oszukiwać. Przez pewien czas da się z tym żyć. Potem okazuje się, że całe piętro wymaga korekty.

Stara teoria nie tyle była błędna, ile niedokończona

W klasycznym opisie koloru odcień, nasycenie i jasność nie są tylko słowami z palety malarskiej. To próba ubrania w matematykę czegoś, co siatkówka i mózg robią zaskakująco sprawnie. Człowiek ma trzy typy czopków odpowiedzialnych za odbiór światła, stąd naturalnie rodzi się trójwymiarowa przestrzeń barw. Już Bernhard Riemann sugerował, że taka przestrzeń nie musi być płaska jak kartka, lecz może być zakrzywiona. Schrödinger przejął ten trop i spróbował opisać najważniejsze cechy koloru właśnie geometrycznie. Przez blisko sto lat ten sposób myślenia trzymał się zaskakująco mocno.

Kłopot zaczął się wtedy, gdy badacze zajmujący się algorytmami wizualizacji przyjrzeli się fundamentom bardziej bezlitośnie niż zwykle. Okazało się, że oś neutralna – ta spokojna, szara nić rozpięta między czernią a bielą – nigdy nie została przez Schrödingera formalnie zdefiniowana, choć całe jego konstrukcje odwoływały się właśnie do relacji kolorów względem niej. To trochę jak projekt ronda, w którym każdy pas ruchu jest precyzyjnie rozrysowany, ale nikt nie zaznaczył środka. Dopóki patrzy się z daleka, wszystko wydaje się eleganckie. Gdy trzeba zacząć liczyć, nagle robi się niezręcznie.

Nowe badanie zrobiło rzecz pozornie skromną, a w rzeczywistości fundamentalną: wyprowadziło tę oś wyłącznie z geometrii metryki barw, czyli z matematycznego opisu tego, jak różne wydają się nam dwa kolory. Autorzy argumentują, że odcień, nasycenie i jasność nie są dodatkami dopisanymi przez kulturę ani wygodnymi etykietami doklejonymi do zmysłów, lecz wynikają z samej struktury przestrzeni percepcyjnej. Innymi słowy, kolor przestaje być tu dekoracją świata, a zaczyna przypominać krajobraz z własną topografią.

fot. LANL

Zespół z Los Alamos już w 2022 roku pokazał, że od dawna używany model oparty na geometrii riemannowskiej nie radzi sobie dobrze z dużymi różnicami między barwami. W praktyce oznaczało to, że matematyka przeceniała odległości tam, gdzie ludzkie postrzeganie zaczyna działać mniej linearnie. Przy małych różnicach wszystko wyglądało rozsądnie. Przy większych – model robił się zbyt pewny siebie.

To niezwykle wdzięczny moment dla wyobraźni, bo pokazuje, jak zdradliwe bywają eleganckie modele. Intuicyjnie chcielibyśmy wierzyć, że jeśli między kolorem A i B jest jakiś krok, a między B i C kolejny, to między A i C po prostu zbierze się suma tych kroków. Tymczasem percepcja koloru nie zachowuje się jak spacer po równym chodniku. Bardziej przypomina marsz po miękkim terenie, gdzie z czasem każdy następny metr waży trochę mniej niż poprzedni. Oko i mózg nie liczą różnic jak księgowy. Raczej tłumią je, kiedy robią się zbyt duże.

W nowej pracy badacze poszli dalej i skorygowali także zjawisko Bezolda-Brückego, w którym wzrost jasności może sprawić, że kolor zaczyna wydawać się nieco inny pod względem odcienia. Zamiast zakładać prostą linię przejścia, wykorzystali najkrótsze ścieżki w przestrzeni nieriemannowskiej. To pokazuje, że kolor nie zachowuje się jak pionek przesuwany po planszy z idealną kratką. Raczej jak łódź na prądach, które z pozoru są niewidzialne, ale decydują o tym, dokąd naprawdę dopłynie.

Precyzyjny model percepcji barw przydaje się wszędzie tam, gdzie obraz ma nie tylko wyglądać efektownie, ale też wiernie coś przekazywać. To dotyczy fotografii i wideo, ale równie mocno naukowych wizualizacji, medycyny obrazowej, przemysłu tekstylnego, projektowania ekranów czy narzędzi do analizy danych. W takich obszarach kolor nie jest ozdobą. Jest nośnikiem informacji. Jeśli matematyka koloru się potyka, obraz może mówić coś innego, niż powinien.

Źródła: Science Alert; LANL