Małgorzata Brączyk: Otrzymał pan Nobla za technikę manipulowania mysimi genami. Jaki to ma związek z ludźmi?


prof. Mario Capecchi: Większy, niż mogłoby się wydawać. Myszy i ludzie mają niemal identyczny genom. Na gryzoniach możemy swobodnie prowadzić eksperymenty, które pozwalają na opracowanie lepszych metod diagnostyki i leczenia. Dzięki manipulacjom genetycznym stworzyliśmy ponad 500 mysich modeli ludzkich chorób, takich jak nowotwory, schorzenia kardiologiczne, alzheimer itp.

M.B.: Prowadzi pan zaawansowane prace nad regeneracją kończyn u myszy. Skoro tak niewiele nas dzieli...

M.C.: Wiemy, które geny są związane z deformacjami kończyn u myszy. Identycznie jest u człowieka. Przypuszczam, że kontynuując te badania, za 20–30 lat będziemy potrafili zregenerować źle uformowaną lub niewykształconą rękę czy nogę. Zważywszy że jeden procent ludzi rodzi się bez kończyn – co jest niesamowitym dramatem dla nich i dla ich rodzin – uważam, że warto iść dalej tą drogą.

M.B.: Ostatnio zadziwił pan świat naukowy odkryciem, że choroby neuropsychiatryczne można wyleczyć, przeszczepiając szpik kostny.

M.C.: Naukowcy od dawna widzieli związek między depresją, autyzmem czy schizofrenią a osłabieniem odporności organizmu. Nie wiadomo było jednak, na czym ten związek polega – czy choroby psychiczne wpływają na osłabienie układu immunologicznego, czy też odwrotnie. Nasze doświadczenia pokazały, że to defekty odporności powodują zaburzenia zachowania. Obserwując przez 24 godziny na dobę myszy z wyłączonym na etapie zarodkowym genem Hoxb8, zauważyliśmy, że zaczęły się bardzo dziwnie zachowywać – były nie tylko niespokojne, ale bez przerwy czyściły swoje futerko, do tego stopnia, że wycierały sobie sierść i raniły się do krwi. Czyściły też futerka innym myszom w klatce. Do złudzenia przypominało to zachowania ludzi cierpiących na zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne, czyli nerwicę natręctw. Szukając komórek z aktywnym genem Hoxb8, ustaliliśmy, że nie są to neurony kontrolujące zabiegi higieniczne, ale tzw. mikroglej, będący częścią układu odpornościowego. Po przeszczepie szpiku kostnego od myszy zdrowych problem zniknął.

M.B.: Czy metodę tę można będzie też stosować u ludzi?

M.C.: Już jesteśmy na etapie prób klinicznych. Przeszczepiliśmy szpik trzem tysiącom osób z nerwicami natręctw, schizofrenią, depresją, autyzmem itd. Mogę powiedzieć, że rezultaty są zadowalające, ale jest zbyt wcześnie, aby wyciągać daleko idące wnioski. Poczekamy, aż takich pacjentów będzie 30 lub 300 tys. Problem polega też na tym, że sam przeszczep jest ciągle bardzo inwazyjnym zabiegiem, więc należy starannie oszacować ryzyko i korzyści.

M.B.: Przeszczep szpiku nie budzi jednak większych kontrowersji. Co innego manipulowanie genami. Nie obawia się pan, że mieszanie w DNA może obrócić się przeciwko nam?

M.C.: Dlatego właśnie musimy wiedzieć wszystko o genach, bo w nich tkwi klucz do całej biologii. Jestem przekonany, że wiedza sama w sobie nigdy nie jest zła, jest zawsze dobra. Problem polega na tym, jak ją wykorzystamy. Niestety, człowiek jest zdolny do bardzo złych czynów i to nie tylko dziś – tak było od zarania dziejów. Jako optymista wierzę jednak, że uczymy się na błędach.

M.B.: To jak pan widzi przyszłość medycyny?

M.C.: Optymizmu nauczyłem się jako dziecko – gdybym patrzył na świat inaczej, pewnie nie dożyłbym 10. urodzin. 30 lat temu 80 proc. dzieci z chorobą nowotworową umierało przed upływem pięciu lat od postawienia diagnozy. Ostatnio widać, że wyniki są lepsze, przede wszystkim dlatego, że chemioterapia jest bardziej efektywna i ma zdecydowanie mniej skutków ubocznych. Jeśli postęp będzie odbywał się w takim tempie, to moim zdaniem za 20 lat większość nowotworów można będzie wyleczyć. To tylko jeden z przykładów. Medycyna robi ogromne postępy – widzę to we własnym laboratorium.

M.B.: Raymond Kurzweil, jeden z najbardziej znanych futurologów, uważa, że za 30 lat ludzkie ciało zostanie zastąpione sztucznym i będziemy żyli wiecznie...

M.C.: Nie wierzę, że kiedykolwiek będzie to możliwe. Ale w laboratorium – a spędziłem tam większość mojego życia i moja żona mówi nawet, że na pewno umrę nad mikroskopem – nauczyłem się, że trzeba być bardzo ostrożnym. Tak więc nigdy nie mówię „nigdy”.

Rozmawiała Małgorzata Brączyk. Wywiad został przeprowadzony podczas sympozjum zatytułowanego „Le 2ue Culture” odbywającego się w Instytucie Biogem, w Ariano Irpino, we włoskim regionie Kampania.

Przez trudy do Nobla

Mario Capecchi mógłby swoją biografią obdzielić kilka osób. Urodził się w 1937 r. w Weronie. Jego matka Lucy (córka znanej amerykańskiej malarki Lucy Dodd Ramberg i niemieckiego archeologa Waltera Ramberga) była poetką i tłumaczką, a ojciec Luciano – pilotem. Gdy chłopiec miał 3,5 roku, matka została wywieziona do obozu koncentracyjnego w Dachau, a ojciec zginął w Libii. Mario trafił do chłopskiej rodziny, ale gdy skończyły się pieniądze na jego utrzymanie, wylądował na ulicy. Razem z bandą bezdomnych dzieci utrzymywał się z kradzieży i żebraniny.

Pod koniec wojny zachorował na tyfus, trafił do szpitala, gdzie odnalazła go matka. Obydwoje wyemigrowali do USA. Dziewięcioletni Mario trafił do szkoły. Choć mówił tylko po włosku i nie potrafił czytać ani pisać, szybko nadrobił braki, ukończył Antioch College i dostał się do prestiżowego Massachusetts Institute of Technology na wydział matematyczno-fizyczny. Wkrótce zainteresował się biologią i przeniósł na Harvard University, gdzie studiował pod okiem samego Jamesa D. Watsona, nagrodzonego Noblem odkrywcy struktury DNA. Prof. Capecchi został laureatem tej nagrody w 2007 roku – wraz z Martinem Evansem i Oliverem Smithiesem – za wykorzystanie zarodkowych komórek macierzystych do modyfikacji genetycznych u myszy. Od lat profesor Mario Capecchi pracuje na wydziale medycznym Utah University w Salt Lake City. Mieszka na rancho w pobliżu pięknego kanionu wraz z żoną Molly, której pasją są konie i psy. W wolnej chwili chciałby napisać autobiografię.