Komunistyczny pomysł był prosty. Do Polski wraz z Robotniczo-Chłopską Armią Czerwoną musi wkroczyć także polskie wojsko. Inaczej z wprowadzenia, a potem krzewienia i umacniania jedynie słusznego ustroju, nic nie wyjdzie. I tak powstała I Armia Wojska Polskiego. Militarna przybudówka Wandy Wasilewskiej i spółki spod znaku Związku Patriotów Polskich, ale jednocześnie armia, której krwawy szlak w drodze na Berlin trudno przekreślać. Zwłaszcza na Pomorzu Zachodnim.

Kiedy w październiku 1943 roku Polacy wykrwawiali się pod Lenino, wydawało się, że z przebiegłych planów komunistów nic nie wyjdzie. Jedyne zaś polskie wojsko mogące wnieść jakiś wkład w zwycięstwo nad Hitlerem to wyprowadzona w 1942 roku z ZSRR armia Andersa. Stało się jednak inaczej, a sformowane w Sielcach nad Oką z pozostałych na sowieckim terytorium ludzi oddziały polskie potrafiły w kilku miejscach frontu pokazać sporego ducha walki. Zbieranina pod hasłem Wojsko Polskie w ZSRR była osobliwa: ci, którzy sami o sobie mówili, że nie zdążyli do Andersa, walczyli u boku z byłymi jeńcami, wziętymi do niewoli przez Rosjan, a wcześniej wcielonymi przymusowo do Wehrmachtu. Towarzyszyła im sowiecka Polonia. Na czele tego pospolitego ruszenia stanął Zygmunt Berling, generał dezerter od Andersa (skazany zresztą za to na śmierć).

Po wylizaniu ran spod Lenino i kolejnych miesiącach ćwiczeń „berlingowcy” wrócili na front w 1944 roku. Walczyli nad Wisłą, część zmagała się w powstańczej Warszawie, a potem jak cały front zapadli w letarg, z którego obudzili się dopiero w styczniu następnego roku. I wtedy ruszyli do najbardziej krwawych walk, już jednak na terenie Niemiec. Szlak bojowy od Lenino przez Warszawę wypełniał się kolejnymi nazwami miejscowości. Wał Pomorski (z niem. Die Pommernstellung, Pozycja Pomorska) miał bronić niemieckiego Pomorza przed zakusami Polaków. Powstawał w latach 30. XX wieku jako system umocnień mających dać osłonę ujściu Odry i zapewnić też bezpieczeństwo w rejonach koncentracji wojsk (część umocnień przebiegała w kilkukilometrowej odległości od polskiej granicy). Pradoksalnie to właśnie Polakom wydano zimą 1945 roku rozkaz przełamania umocnień i rozpoczęcia walki na Pomorzu Zachodnim.

Od połowy stycznia fronty radzieckie posuwały się z olbrzymią prędkością, dość napisać, że operacja Wiślańsko-Odrzańska rozpoczęła się 12 stycznia, osiem dni później oddziały radzieckie przekroczyły dawną granicę polsko-niemiecką, a pod koniec miesiąca stały już nad Odrą, w bezpośredniej bliskości Berlina. Nie na wszystkich jednak odcinkach sowiecka szybkość była aż tak wielka. Operująca na północnej flance 1. Frontu Białoruskiego I Armia Wojska Polskiego, którą dowodził już wówczas generał Stanisław Popławski (Berling został odwołany przez Stalina we wrześniu 1944 roku), miała przed sobą trudną przeprawę. Po tym jak 17 stycznia oddziały polskie wkroczyły do Warszawy, przyjęły kierunek na Bydgoszcz. I w końcu na Wał Pomorski. Die Pommernstellung w latach wojennych sukcesów Wehrmachtu zaczął stopniowo tracić znaczenie w oczach niemieckich strategów. Po zwycięstwach 1940 i 1941 roku mało kto mógł przypuszczać, że to właśnie system tych umocnień będzie musiał zatrzymać czerwone natarcie na Berlin. Jednak przełom, który nastąpił na Wschodzie w 1943 roku (klęska pod Stalingradem i przegrana batalia na Łuku Kurskim), spowodował, że w 1944 roku zaczęto ponownie spoglądać na Pommernstellung jako miejsce mogące odegrać strategiczną rolę.

Bitwa o przełamanie Pozycji Pomorskiej rozpoczęła się 29 stycznia. Dzień wcześniej Polacy dostali zadanie, wedle którego mieli poruszać się z prędkością prawie trzydziestu kilometrów na godzinę w kierunku Odry. Efektem tego marszu (według Rosjan przeciwnik wycofywał się i stawiał słaby opór) miało być wyjście 6 lutego nad Odrę w rejonie podgryfińskiej Widuchowej. Nie dość, że rozkaz z dowództwa frontu nic nie mówił o fortyfikacjach na linii ataku, to dodatkowo jeszcze polscy żołnierze musieli zacząć walczyć praktycznie z marszu. Od połowy stycznia byli w ciągłym ruchu. Stanowili bowiem frontową rezerwę, przesuwającą się za głównymi siłami. Aby w pełni być gotowymi do walki, potrzebowali około tygodnia. Tego czasu nie dostali. Zmęczeni manewrowym marszem i pozbawieni zaopatrzenia, które zostało w tyle, ruszyli do ataku. Bez wsparcia artylerii i broni pancernej. Dodatkowy problem stanowiła odsłonięta flanka Polaków. Ich sąsiedzi z 2. Frontu Białoruskiego nie sforsowali bowiem jeszcze Wisły i pozostawali sporo w tyle. Od północy wojska były więc praktycznie niezabezpieczone. Styczniowa pogoda także dawała się we znaki. Żołnierze maszerowali w śnieżnych zadymkach i niskiej temperaturze. Nic dziwnego, że poruszali się koszmarnie wolno, zaledwie 2–3 kilometry na godzinę.


Przez pierwszą dobę nie spotkali przeciwnika. Sytuacja zmieniła się już następnego dnia. Żołnierze 4. Dywizji Piechoty wieczorem zdobyli Złotów. Pojmani tam Niemcy opowiadali, że w głębi szykowana jest twarda obrona. Plany armii nie zostały jednak zmienione. Wśród lasów, bagien i jezior rozgorzała bitwa. Jednostki polskie i sowieckie atakujące w różnych kierunkach napotykały silny opór niemieckich jednostek kryjących się w transzejach i żelbetowych schronach.

TWIERDZA KOLBERG