– W razie niebezpieczeństwa pod siedzeniami znajdziecie kamizelki kuloodporne – mówi przez autokarowy mikrofon przewodnik o imieniu Alfred.

Wytatuowany brodacz jest byłym żołnierzem amerykańskiej piechoty morskiej, który po służbie przystał do jednego z gangów Los Angeles. Po kilku latach spędzonych na ulicy trafił za kraty, a po wyjściu z więzienia został przedsiębiorcą. Towarzyszy mu trzech kolegów, którzy po odsiadce wyroków mieli problem ze znalezieniem pracy. Dziś wszyscy zamienili swoje życiowe doświadczenia w opowieści dla turystów. Dwa razy w tygodniu, za 65 dolarów od osoby oprowadzają ulicami Los Angeles wycieczki. Tzw. Gangsta Tours, jak nazywa się je w branży. Nie skupiają się jednak na zabytkach i wytwórniach filmowych, co oferuje większość lokalnych biur podróży, ale miejscach ulicznych walk i strefach wpływów tutejszych gangów.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że Miasto Aniołów jest od lat kryminalną stolicą Ameryki. Odarte z filmowego blichtru straszy slumsami i agresją, potęgowaną rywalizacją ulicznych gangów. Jeszcze dziesięć lat temu było ich tu 3,5 tys. Dziś jest niewiele le-piej. Decydując się na wycieczkę z Alfredem i jego kompanami, poznamy gangsterkę od kuchni, blaski i cienie południowego śródmieścia, typową dla każdej grupy grypserkę i rewiry  poszczególnych gangów. Jeden z lokalnych publicystów napisał kiedyś, że taką podróż powinien odbyć każdy początkujący glina w tym mieście.

Co przyciąga ludzi na Gangsta Tours? Coś, czego brakuje w ich codziennym życiu, czyli naprawdę mocnych i wyjątkowych wra-żeń. Biura podróży prześcigają się więc w profilowaniu ekstremalnych wyjazdów, a poziom ich ekstrawagancji zależy wyłącznie od zasobności naszego portfela. Z roku na rok rośnie liczba osób, które, podróżując, chcą przeżyć ekscytującą przygodę.

PRZEŻYJ TO SAM

Los Angeles nie jest wyjątkiem. Wyjazdy do slumsów, gdzie nocną ciszę przerywają wystrzały z broni palnej, oferują niemal wszystkie miasta Ameryki Południowej. Skruszeni przestępcy postanowili zarobić na swojej legendzie i organizują wycieczki. Największą popularnością cieszy się Pablo Escobar Tour – trasa śladami słynnego narkotykowego bossa. Kolumbijski mafi oso trzy dekady temu kontrolował 80 proc. handlu kokainą na świecie i miał w kieszeni cały kraj. Za 50 dolarów możemy zwiedzić gangsterski Medellín, w którym urzędował kartel. „Chicago ma Ala Capone, Londyn Kubę Rozpruwacza, a Medellín Pablo Escobara” – reklamują się biura podróży. Jeśli zdecydujemy się zapłacić 1000 dolarów, zwiedzimy dodatkowo Napolés, prywatną hacjendę mafiosa, oraz poznamy osobiście Roberto Escobara, brata narkotykowego barona.

Wyjazdy w strefy śmierci to od lat rosnący segment tury-styki. Choć na pierwszy rzut oka śmierć nie powinna stanowić towaru, ludzkie cierpienie sprzedaje się wyśmienicie. Obowiązkowym punktem wycieczek po Nowym Jorku jest więc strefa Ground Zero, gdzie stały wieże World Trade Center, pola śmierci w Sri Lance, gdzie wojsko dokonywało rzezi, walcząc z Tamilskimi Tygrysami, czy wreszcie wietnamska wioska Mai Lai, gdzie w 1968 r. Amerykanie dokonali masakry cywilnej ludności. Od 2000 r. Agencja Czarnobylinterinform oferuje wycieczki do miejsca, gdzie doszło do awarii reaktora jądrowego w Czarnobylu. Opuszczone miasto Prypeć można zwiedzać wyłącznie z przewodnikiem, zaś wszystkich odwiedzających wyposaża się w kontrolujący poziom promieniowania licznik Geigera oraz sprzęt ochronny. Cena: 100 dolarów od grupy plus 30 dolarów od osoby.

Autokary z turystami i specjalistycznym sprzętem zwożą dziś turystów także w okolice Nowego Orleanu – miasta, które w sierpniu 2005 r. nawiedził huragan Katrina. Ludzie na własne oczy chcieli zobaczyć, jak potężny żywioł poskładał setki zabudowań niczym domki z kart.

 

Popularnym celem wycieczek są również slumsy azjatyckich megamiast, jak choćby Dharavi w Bombaju, gdzie tury-stów wita przyprawiający o mdłości odór, sterty śmieci, ekskrementy i niekończąca się ekspozycja nędzy i chorób. Od niedawna turyści pojawiają się nawet w miejscach związanych ze śmiercią Michaela Jacksona czy Whitney Houston. Hotel The Beverly Hilton, gdzie zmarła piosenkarka, można było zwiedzić już dwa dni po jej śmierci. Koszt zorganizowanej wycieczki: 40 dolarów.

Są klienci, którym nie wystarcza samo zwiedzanie. Chcieliby się poczuć jak bohaterowie, których śladami podążają. Z myślą o nich stworzono wiele bardzo różnorodnych atrakcji, które najogólniej możemy nazwać historycznym pseudorealizmem. Jak bowiem inaczej nazwać ofertę jednego z biur w Dallas, gdzie zastrzelono Johna Fitzgeralda Kennedy’ego? Za 100 dolarów zainscenizuje dla nas historyczny zamach: będzie przejażdżka cadillakiem, takim samym, jakim w 1963 r. podróżował prezydent, odgłosy strzałów i krzyki tłumu. W pewnym momencie nasz samochód nagle przyspieszy i odwiezie nas do szpitala miejskiego.

WCZASY Z  KAŁACHEM

Od lat turystycznym hitem pozostaje Wietnam, na który w czasie wojny zrzucono 7,8 mln bomb i zużyto 75 mln litrów broni chemicznej. Kilkadziesiąt kilometrów od miasta Ho Chi Minh (dawniej Sajgon) rozciąga się 140 km korytarzy Cu Chi, wykorzystywanych przez Wietnamczyków w walce z Ameryka-nami. Jeśli nie mamy klaustrofobii i chcemy bardziej obrazowo poznać realia minionej wojny, za kilkanaście dolarów możemy wykupić opcję zwiedzania tuneli Wietkongu. Wersja ekstremalna zmusi nas do czołgania i przeciskania się przez najciaśniejsze zakamarki. Można też postrzelać na strzelnicy z AK-47.

Koniunkturę wykorzystują też pracownicy Muzeum Gułagu na Wyspach Sołowieckich. Na Archipelagu, gdzie w 1920 r. powstał pierwszy sowiecki łagier, mamy możliwość nie tylko dokładnego zwiedzenia jego zakamarków, lecz także spędzenia nocy na pryczy. Rozszerzony pakiet zawiera maskaradę z przebranymi wartownikami i odgłosami rozstrzeliwań, dobiegającymi od strony ściany egzekucji.

Nie sposób nie wspomnieć też o meksykańskim hicie ostatniej dekady. Mieszkańcy wioski El Alberto, 400 mil na południe od granicy z USA, organizują inscenizowane próby przedarcia się przez granicę meksykańsko-amerykańską. Nazywają je caminata nocturna, czyli nocna wycieczka. Za 18 dolarów od osoby weźmiemy udział w kilkugodzinnym marszu przez pustynię (do przejścia ponad 10 km), a w nocy będziemy uciekali przed podstawionymi celnikami. Siniaki i otarcia trzeba wliczyć w cenę. Wariantów wycieczek jest wiele i za odpowiednią dopłatą można liczyć na dodatkowe atrakcje (oczywiście zabijanie jest tu w pełni symulowane). Widowisko robi wrażenie, bo przy obsłudze gości pracuje ponad sto osób, a w każdy weekend w meksykańskich imigrantów wciela się od 20 do nawet 350 turystów.

Niesmaczne? Drwina z ludzkiej tragedii? Bynajmniej, uważa Sergio Mendieta, jeden z organizatorów, z zawodu nauczyciel.  – To część naszej kultury, a wycieczki mają walor edukacyjny. Skłaniają do refleksji i stanowią przestrogę – odpowiada, odnosząc się też do zarzutów, że to swoisty obóz treningowy dla Meksykanów, którzy naprawdę zamierzają przedrzeć się przez granicę. Co roku w czasie prób jej nielegalnego prze-kroczenia ginie 400 osób.

ŚMIERĆ W ZASIĘGU RĘKI

Fakt, że niektóre wydarzenia są inscenizowane, choćby niezwykle realistycznie, nie przekonuje najbardziej wymagającej grupy podróżników. Do nich skierowane są oferty najcięższego kalibru. Po co udawać wojnę, skoro można na nią pojechać. Zawsze znajdzie się na świecie konflikt, w którym giną ludzie. Firmy takie jak działająca od 1993 r. amerykańska Warzone Tours wysyłają małe grupki do Bagdadu, Kabulu czy Mogadiszu, gdzie na własne oczy mogą przekonać się, co to znaczy wojna. Tego typu wyprawy organizują najczęściej byli komandosi i żołnierze, którzy odczuli skutki konfliktów. Wyjazdy na linię frontu nie są jednak dla każdego. Zapewnienie bezpieczeństwa i wykorzystanie kontaktów kosz-tuje. Zwykle kilkadziesiąt tysięcy dolarów od osoby. Z informacji dostępnej na  stronie internetowej dowiemy się, że misją firmy jest „pokazanie, co naprawdę dzieje się w miejscach, które wcześniej widzieliście tylko w telewizji”.

Warzone Tours nie jest na rynku wyjątkiem. Brytyjska agencja Untamed Borders organizuje piesze wyprawy w góry na pograniczu Afganistanu i Pakistanu, gdzie ukrywał się Osama bin Laden. Political Tours jeszcze do niedawna obwoziła turystów po wyniszczonej wojną domową Libii. Poza tym w rejony konfliktu za odpowiednią opłatą zabiorą nas jeszcze Hinterland Travel i Wild Frontiers. Jednym z ostatnich „hitów” były wyjazdy na ukraiński Majdan w czasie protestów. Podobne wyjazdy organizowano na egipski plac Tahrir w 2012 roku.

 

Podróżowanie w takie miejsce nie jest niczym nowym. Wcześniej po prostu nie mówiło się o tym głośno. W 1996 r. atrakcją były organizowane przez rosyjskich wojskowych wyprawy do Czeczenii. Za 6–7 tys. dolarów zapewniano transport helikopterem, ochronę oraz „tyle wódki, ile zdoła się wypić”. Sięgając dalej wstecz, wystarczy wymienić choćby założyciela znanego biura podróży Thomasa Cooka, który organizował wycieczki na pola bitew amerykańskiej wojny secesyjnej, a na-wet na publiczne egzekucje wykonywane na terenie Anglii.

DAHMER ZŁY, ROZPRUWACZ DOBRY

Wielokrotnie przy tej okazji pada pytanie, czy istnieje granica, której turystyka nie przekroczy? Wątpliwe. Jeśli jest popyt, zawsze będzie i podaż. W 2012 r. w mediach toczyła się dyskusja na temat przyzwoitości, zaraz po tym jak amerykański serwis zakupów grupowych wystawił na sprzedaż wycieczkę śladami jednego z seryjnych morderców. Za kilka dolarów proponowano zwiedzanie miejsc gdzie Jeffrey Dahmer zaczepiał, porywał i zabijał swoje ofiary. Miał ich na koncie co najmniej 17 (przynajmniej tyle zidentyfikowano). Problem w tym, że ci sami publicyści, którzy załamywali ręce nad turystyczną niegodziwością, nie widzieli problemu, np. w pieszych wycieczkach po Londynie, organizowanych śladami Kuby Rozpruwacza. Różnica między tym, co można uznać za atrakcję turystyczną, a czego nie, to zwykle tylko kwestia czasu, jaki minął od dramatycznych wydarzeń.

Podróżowanie w miejsca naznaczone śmiercią doczekało się nawet własnej terminologii. Mówi się o czarnej turystyce lub tanatoturystyce (od greckiego boga śmierci Tanatosa). Pierwszych badań w tym zakresie dokonali naukowcy z brytyjskiego University of Central Lancashire. Philip Stone, dyrektor Instytutu Badań nad Mroczną Turystyką (Institute for Dark Tourism Research), stwierdził, że w miejscach kaźni ludzie poszukują odpowiedzi na pytanie o sens istnienia oraz próbują przez chwilę zrozumieć cudze cierpienie, zanim powrócą do swojej bezpiecznej codzienności. W zsekularyzowanym świecie powstała w ten sposób nowa przestrzeń dla kontemplacji śmierci bez tradycyjnej otoczki religii.

Oferta marketingowa często kreuje nowe potrzeby. – Współczesny człowiek nie odpocznie leżąc na piasku. 30 lat temu ludzie żyli w innym tempie, a wylegiwanie się na plaży było normą. Dziś to adrenalina pozwala oderwać się od codzienności – mówi prof. Rajmund Tomik, kierownik Katedry Turystyki AWF im. J. Ku-kuczki w Katowicach. – Efekt jest taki, że symbolem wakacyjnego wypoczynku nie jest już formuła 3xS (z ang. sun, sea, sand – słońce, morze, piasek). Dziś coraz powszechniejsza jest oferta, którą może symbolizować formuła 3xE (entertainment, excitement, education – rozrywka, emocje, poznanie) – wyjaśnia profesor.

Nie można zapomnieć też o pieniądzach. Amerykański magazyn  „The Atlantic” wycenia sektor czarnej turystyki na 250 mld dola-rów rocznie, zaznaczając jednocześnie ogromną tendencję wzrostową. W tym przypadku adrenalina ma więc konkretną cenę.