Ten zegarek powstał na 30-lecie Parmigiani Fleurier i jest limitowany do pięciu egzemplarzy. Już samo to mówi, że nie mamy do czynienia z produktem w zwykłym rozumieniu. To raczej pokaz możliwości, zegarmistrzowski popis i bardzo drogi list miłosny do ludzi, którzy nadal chcą słuchać czasu, a nie tylko go sprawdzać.
Kiedy zegarek nie tylko wskazuje godzinę, ale ją wygrywa
Carillon Tourbillon Anniversaire ma repetyer minutowy z czterema gongami. W praktyce oznacza to, że zegarek potrafi wybić aktualny czas na żądanie, używając różnych tonów dla godzin, kwadransów i minut. Dla większości z nas brzmi to jak funkcja absolutnie zbędna. I pewnie taka właśnie jest, jeśli patrzymy na zegarek wyłącznie jak na narzędzie. Tyle że w takim spojrzeniu ginie cały sens haute horlogerie.

Repetyer minutowy pochodzi z czasów, gdy odczytanie godziny po ciemku nie było banalnym ruchem nadgarstka z podświetlanym ekranem. Dziś jego praktyczność jest niemal muzealna, ale właśnie dlatego robi tak silne wrażenie. W świecie, w którym urządzenia są coraz cichsze, gładsze i bardziej bezosobowe, zegarek z własnym głosem wydaje się czymś niemal intymnym. Nie pika jak sprzęt AGD, nie brzęczy jak telefon na stole. Wygrywa czas mechanicznie, przy pomocy miniaturowych młoteczków i gongów, które trzeba było zaprojektować tak, by brzmiały czysto w kopercie z białego złota.
Mam wrażenie, że w tym właśnie miejscu luksus przestaje być tylko metką. Zaczyna być doświadczeniem, nawet jeśli dostępnym dla grupy mniejszej niż kolejka po stolik w modnej kawiarni.

Błękit, złoto i trochę zegarmistrzowskiej bezczelności
Koperta ma 41,6 mm średnicy i 12,6 mm grubości, więc jak na tak skomplikowany mechanizm nie jest absurdalnie wielka. Wykonano ją z 18-karatowego białego złota, z charakterystycznymi pionowymi żłobieniami na boku. Tarcza w odcieniu Morning Blue jest ręcznie młotkowana, a jej powierzchnia ma bardziej rzemieślniczy niż jubilerski charakter. Nie ma tu klasycznej skali godzinowej w oczywistym wydaniu. Zamiast tego wzrok przyciągają wijące się gongi widoczne od strony tarczy.

To detal, który może dzielić. Jedni uznają go za piękny, inni za zbyt demonstracyjny. Mnie przekonuje właśnie dlatego, że pokazuje źródło całej sztuczki. W wielu drogich zegarkach komplikacje ukrywa się pod elegancką twarzą, jakby mechaniczny wysiłek miał pozostać sekretem dla wtajemniczonych. Tutaj mechanizm częściowo wychodzi na pierwszy plan. Nie nachalnie, ale wystarczająco wyraźnie, żeby przypomnieć, za co właściwie ktoś płaci ponad 2 mln zł.
Tourbillon, czyli komplikacja bardziej poetycka niż konieczna
Drugim filarem tego modelu jest 60-sekundowy tourbillon. Historycznie miał poprawiać precyzję zegarków kieszonkowych, kompensując wpływ grawitacji na pracę wychwytu. W zegarku naręcznym jego praktyczne znaczenie jest tematem do długiej rozmowy, najlepiej przy bardzo drogiej kawie i jeszcze droższym pasku ze skóry aligatora. Trudno jednak odmówić mu uroku. Tourbillon działa jak mała mechaniczna karuzela, która co minutę wykonuje pełny obrót.

W Carillon Tourbillon nie chodzi więc o to, że bez tej komplikacji właściciel spóźniłby się na spotkanie. Bardziej o pokazanie, że zegarmistrzostwo nadal ma obszary, w których liczy się cierpliwość, ręka człowieka i gotowość do zrobienia czegoś trudnego tylko dlatego, że można to zrobić pięknie. To może brzmieć jak ekstrawagancja, bo nią jest. Ale przynajmniej ekstrawagancja ma tu techniczną treść.
Mechanika dla pięciu osób na świecie
W środku pracuje ręcznie nakręcany kaliber PF950 złożony z 456 komponentów. Mechanizm ma co najmniej 10 dni rezerwy chodu, co przy takim zestawie komplikacji jest informacją wartą zatrzymania. To zegarek, który łączy dźwięk, ruch i długi zapas energii, a jednocześnie zachowuje dość klasyczne proporcje. Wiele podobnych konstrukcji wpada w gabarytową przesadę, tutaj udało się utrzymać formę w ryzach.

Cena? Około 490 000 franków szwajcarskich, czyli mniej więcej 2,25 mln zł. Tak, to kwota, za którą można kupić dom, mieszkanie, kilka samochodów albo spokojną odporność na promocje w sklepach z elektroniką przez resztę życia. Ale w tym segmencie cena nie ma już wiele wspólnego z racjonalnym porównywaniem funkcji. Tu płaci się za rzadkość, ręczne wykończenie, historię marki i fakt, że tylko pięć osób będzie mogło założyć ten konkretny mechaniczny instrument na nadgarstek.
Parmigiani Fleurier Carillon Tourbillon Anniversaire jest zegarkiem skrajnie odległym od codzienności. Nie ma sensu udawać, że kiedykolwiek stanie się punktem odniesienia dla normalnego kupowania zegarków. A jednak takie konstrukcje są potrzebne, bo przypominają, że technologia nie zawsze musi ścigać się z wygodą.
