Upiększające zabiegi do dziś kojarzą nam się głównie z inwazyjną chirurgią: implantami, odsysaniem tłuszczu, nacinaniem i naciąganiem skóry... Oczywiście takie operacje nadal się wykonuje, ale coraz rzadziej. W tych krajach, które prowadzą odpowiednie statystyki, od kilku lat widać, że pacjenci zaczęli preferować łagodniejsze dla organizmu – i kieszeni – usługi. Przykładowo: liczba liftingów skóry twarzy w ciągu ostatnich kilku lat spadła o jedną piątą, liftingów czoła o ponad połowę, natomiast wstrzyknięć toksyny botulinowej (popularnie zwanej botoksem) wzrosła o blisko 400 proc.! Nic dziwnego, że na rynek co chwila trafiają nowe terapie mało inwazyjne, a następne czekają w kolejce. Liposukcja nie jest już dziś konieczna – lekarze mogą użyć urządzenia UltraShape Contour 1, wytwarzającego skoncentrowane ultradźwięki, które niszczą zbędne komórki tłuszczowe poprzez skórę. Powiększającym biust syntetycznym implantom rośnie – i to dosłownie – groźna biologiczna konkurencja: własne komórki macierzyste pacjentki, które można wyizolować z pobranego od niej tłuszczu i wszczepić do piersi, zwiększając ich objętość. Opracowana przez firmę Cytori Therapeutics metoda to najbardziej naturalna „proteza”, jaką można sobie wyobrazić – wszak biust wypełniony jest głównie tkanką tłuszczową. Lekarze nie mają wątpliwości, że tak właśnie będzie wyglądała przyszłość dziedziny, którą coraz częściej określa się mianem medycyny estetycznej.

URODA OD ŚRODKA


Wynika to po części ze złej sławy, jaką okryły się niektóre zabiegi chirurgii plastycznej w przeszłości. Szczególnie jaskrawym przykładem były silikonowe implanty, których stosowanie zostało zakazane w USA w 1992 r. Uczeni podejrzewali, że wyciekający z nich silikon może zatruwać organizmy pacjentek. Co prawda żadne badania tego nie dowiodły, ale faktem też jest, że używane dawniej implanty dawały o wiele więcej komplikacji niż stosowane dziś modele, wypełnione roztworem soli fizjologicznej czy nową, gumowatą odmianą silikonu. Z kolei liftingi, tak chętnie pokazywane w telewizyjnych programach poświęconych chirurgii plastycznej, dają co prawda natychmiastowe i bardzo widoczne efekty, ale też naciągają i osłabiają skórę, która wskutek tego może się później starzeć jeszcze szybciej niż przed zabiegiem.

Dziś lekarze coraz mocniej akcentują konieczność kompleksowego podejścia do poprawiania urody. „Można to porównać do higieny jamy ustnej. Jeśli ktoś mocno zaniedba zęby, musi potem przechodzić poważne zabiegi i wydawać duże pieniądze, żeby odzyskać ładny wygląd. Dlatego warto stosować profilaktykę – szczotkowanie i regularne wizyty u dentysty. My też przekonujemy pacjentów, że lepiej i taniej jest stale dbać o wygląd i wspomagać to mniej inwazyjnymi zabiegami” – mówi dr Andrzej Ignaciuk, dyrektor Podyplomowej Szkoły Medycyny Estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. W takim ujęciu ważne są więc także kosmetyki stosowane do pielęgnacji skóry, zanieczyszczenie środowiska (z dymem tytoniowym włącznie) czy odpowiednio zbilansowana dieta. Wśród mało inwazyjnych zabiegów dominuje nadal wstrzykiwanie botuliny oraz wypełniaczy zmarszczek, takich jak kwas hialuronowy, kwas polimlekowy czy hydroksyloapatyt wapnia. Ale coraz większe znaczenie zyskują lasery i to nie tylko te działające na zewnątrz organizmu. Najnowszy trend to stosowanie niewielkich urządzeń wprowadzanych do wnętrza naczyń krwionośnych. W ten sposób lekarze próbują stymulować organizm, by wykorzystał swe naturalne rezerwy do utrzymywania elastyczności skóry czy zwiększania odporności na infekcje.

NIEDOLE WOLNEGO RYNKU

 


Jednak oprócz rzetelnych terapii, których skuteczność udowodniono badaniami naukowymi, na rynek trafia także wiele wynalazków, służących przede wszystkim do wyciągania pieniędzy z kieszeni naiwnego klienta. Dotyczy to zwłaszcza różnych przereklamowanych preparatów kosmetycznych – kremów, odżywek czy szamponów – ale także i bardziej zaawansowanych metod. Specjaliści wypowiadają się krytycznie np. o mezoterapii (śródskórnym wstrzykiwaniu różnych substancji) czy złotych niciach służących do naciągania skóry. Co gorsza, zdarza się, że nawet sprawdzone metody mogą wyrządzić pacjentowi szkodę, jeśli zostaną nieodpowiednio zastosowane. O ile jednak w innych krajach takie praktyki nie uchodzą bezkarnie, to w Polsce sytuacja jest poważniejsza. Upiększająca chirurgia plastyczna od 1992 r. nie jest finansowana ze źródeł publicznych, dlatego nie podlega niemal żadnej kontroli, podobnie jak mało inwazyjne metody z pogranicza medycyny i kosmetyki. W rezultacie pacjent, który ucierpi – choćby tylko finansowo – wskutek źle przeprowadzonego zabiegu, może co najwyżej podać nieuczciwą placówkę do sądu (o ile oczywiście będzie miał pieniądze na honorarium prawnika). Dr Włodzimierz Piątkowski, socjolog medycyny z Akademii Medycznej w Lublinie, uważa, że praw takiej osoby powinny bronić przede wszystkim organizacje konsumenckie i rządowe. Niestety, u nas te pierwsze są zbyt słabe, a te drugie po prostu umywają ręce. W tej sytuacji można liczyć tylko na samych lekarzy. „Dziś każdy może napisać sobie na drzwiach gabinetu »specjalista medycyny estetycznej«, bo oficjalnie taka specjalizacja medyczna nie istnieje. Dlatego chcemy opracować standardy i system certyfikatów dla profesjonalistów z naszej dziedziny ” – zapowiada dr Ignaciuk.

Całkowite urynkowienie tego sektora ma też mniej widoczny, ale równie groźny skutek, widoczny zresztą także w stomatologii. Starsi stażem i bardziej doświadczeni lekarze nie palą się do przekazywania swej wiedzy studentom czy młodszym kolegom po fachu, by nie hodować sobie konkurencji. Chirurgii plastycznej grozi więc degeneracja – z uniwersyteckiej dziedziny może w szybkim tempie stać się jedynie zyskownym rzemiosłem, którego nauczyć się będzie można wyłącznie na drogich pozauczelnianych kursach. A byłaby to strata nie tylko dla tej dyscypliny, ale i dla całej medycyny, która też może korzystać z rozwiązań stosowanych przez „plastyków”. Przykładem mogą być operacje tarczycy, które przeprowadzane są głównie u kobiet i mogą pozostawić po sobie mało estetyczną bliznę. „Techniki zapożyczone z chirurgii plastycznej pozwalają nam zminimalizować to ryzyko” – wyjaśnia dr David Terris z Medical College of Georgia.

PIĘKNO EWOLUUJE


Badania wskazują, że większość pacjentów jest świadoma ryzyka, jakie mogą ze sobą nieść upiększające zabiegi. Pogoń za urodą jest też coraz częściej krytykowana (nawet przez firmy kosmetyczne!). A mimo to liczba chętnych nie maleje. Wręcz przeciwnie – rynek szeroko rozumianej medycyny estetycznej rośnie bardzo szybko i staje się coraz bardziej dostępny. Mamy już w Polsce nawet placówki typu „botox express”, dzięki którym zabiegi niwelujące zmarszczki zaczynają być równie niekłopotliwe, jak wizyta u fryzjera czy w kawiarni. Zmienia się też nastawienie społeczeństwa wobec medycyny estetycznej – coraz rzadziej jest postrzegana jako ekstrawagancja czy przywilej bogaczy. Dziś na operacje plastyczne najczęściej wybierają się przedstawiciele klasy średniej, którzy traktują je jak kolejną inwestycję we własny rozwój.

Wbrew pozorom nie jest to jednak zjawisko nowe czy nienaturalne. Prof. Nancy Etcoff z Harvard University dowodzi, że ludzie od pradawnych czasów dbali o wygląd, ponieważ był i jest on bardzo wyraźnym sygnałem kondycji organizmu i statusu społecznego. Przez tysiąclecia ludzie dobierali się w pary, wyszukując partnerów, którzy wyglądali na zdrowych i płodnych. Dlatego np. mężczyźni cenią u kobiet krągły biust, dobrze zaznaczoną, wąską talię czy pełne wargi – wszystko to świadczyło kiedyś o dobrym wyposażeniu genetycznym, odpowiednim poziomie estrogenów i przygotowaniu organizmu do trudów ciąży i macierzyństwa. Kiedyś, bo dziś oczywiście wszystkie te atuty mogą być po części dziełem chirurgii, ćwiczeń, kosmetyków, a nawet odpowiedniej garderoby. I choć jesteśmy świadomi tych manipulacji wyglądem, których dopuszczają się zresztą obydwie płcie, jesteśmy też wobec nich bezbronni – ideały urody mamy zakodowane tak głęboko w mózgach, że żadne kampanie czy apele o dostrzeganie „prawdziwego piękna” nie są w stanie tego zmienić. To, że dojrzali płciowo mężczyźni oglądają się przede wszystkim za kobietami, wyglądającymi jak boginie płodności – i że kobiety tak właśne starają się wyglądać – jest po prostu naszym dziedzictwem ewolucyjnym.

Sama świadomość istnienia takich uwarunkowań może jednak wiele zmienić. Ludzkość odchodzi od brutalnych praktyk ozdabiania ciała bliznami czy przekłuciami, stosowanych przez tysiące lat. Także służąca podkreślaniu cielesnych walorów (i maskowaniu niedostatków) moda stała się bardziej przyjazna ciału – nie sposób porównywać chociażby dzisiejszych staników push-up do dawnych gorsetów, w których kobiety z trudem mogły oddychać. Na tym tle chirurgia plastyczna nie wygląda wcale tak brutalnie i „nienaturalnie”. Nikogo już dziś nie bulwersuje laserowa korekta wzroku czy implanty stomatologiczne. Za kilka, kilkanaście lat tak samo traktować będziemy laserową likwidację zmarszczek i implanty piersi. I coraz trudniej będzie nam zauważyć różnicę między urodą wrodzoną a wspomaganą. Zresztą „niemodyfikowane” piękno to też mit. „Dwie godziny i dwieście dolarów” – powiedziała modelka Veronica Webb, kiedy spytano ją, jak dużo czasu potrzeba, aby sprawić, żeby wyglądała na naturalną piękność. Nic dodać, nic ująć – po prostu czas o siebie zadbać.

Jan Stradowski