„Łatwiej wymienić problemy, którymi się nie zajmował, niż te, które próbuje rozwiązywać” – pisał magazyn „Foreign Policy”, uzasadniając decyzję o umieszczeniu Nathana Myhrvolda na liście najwybitniejszych „global thinkers”, czyli ludzi umiejących myśleć globalnie.

Nathan Myhrvold nieustannie podważa pogląd, że we współczesnej nauce można osiągnąć sukces, tylko gdy się wybierze wąską specjalizację. Jest omnibusem, który mógłby rywalizować z Leonardem da Vinci. Kierował ekspedycją poszukującą szczątków dinozaurów, napisał najbardziej nowoczesną książkę kucharską, sam zaprojektował swój dom, który stał się atrakcją turystyczną dla celebrytów odwiedzających Seattle, chce zrewolucjonizować energetykę atomową oraz metody walki z malarią, globalnym ociepleniem, cyklonami… Wiele jego pomysłów szokuje, ale nikt nie traktuje go jak nawiedzonego ekscentryka pragnącego uratować świat. Bo jest nie byle kim. Był współtwórcą potęgi Microsoftu, dziesięć lat temu założył własną firmę Intellectual Ventures, która wywołuje coraz większy lęk wśród potentatów branży komputerowej i telekomunikacyjnej.

Od Hawkinga do Gatesa. Zanim wspiął się na szczyt hierarchii Microsoftu, studiował matematykę, geofizykę, ekonometrię i kosmologię.

„Od razu znaleźli wspólny język, ich entuzjazm i zaangażowanie zrobiły na mnie ogromne wrażenie” – wspomina Rick Rashid, wiceprezes Microsoftu, który doprowadził do pierwszego spotkania Gatesa i Myhrvolda.

Nowy nabytek koncernu miał dopiero 27 lat, ale już bardzo bogate CV. Nieprzeciętnie zdolny, jako 14-latek ukończył szkołę średnią. Na uniwersytecie Princeton studiował matematykę, geofizykę, ekonometrię. Potem przez rok w Cambridge, pod okiem samego Stephena Hawkinga, zajmował się kosmologią i teorią kwantową. Zapowiadał się na wybitnego naukowca-teoretyka, ale ku zaskoczeniu mistrza nad karierę akademicką przedłożył praktykę.

Założył firmę komputerową Dynamical Systems Research, którą szybko namierzyli łowcy talentów z Microsoftu. Gates bezbłędnie ocenił jego możliwości, a Myhrvold błyskawicznie pokonywał kolejne szczeble firmowej hierarchii. W 1991 r. został szefem kluczowego ogniwa w koncernie – wydziału badań i rozwoju zaawansowanych technologii (Research Center). Dysponował budżetem sięgającym 2 mld dolarów, brał bezpośredni udział w pracach nad systemami Windows, firmował swoim nazwiskiem 17 kluczowych patentów. Jako dyrektor ds. technologii wszedł w skład komitetu wykonawczego, który decydował o strategii całej korporacji. O jego pozycji najwymowniej świadczy to, że Bill Gates wymienił tylko dwóch współautorów swojej bestsellerowej książki „Droga ku przyszłości” – dziennikarza Petera Rinearsona i Nathana Myhrvolda.

Chociaż koncern jest hermetyczny i potrafi strzec swoich tajemnic, pod koniec lat 90. minionego wieku zaczęły krążyć plotki o niesnaskach między Myhrvoldem i Steve’em Ballmerem, przygotowującym się już do zastąpienia Gatesa w fotelu prezesa. Atmosfera zagęściła się, gdy napisał o tym tygodnik „Time”. Ukazało się oczywiście stosowne dementi, ale informacji, że jedna z najważniejszych osób w firmie wzięła roczny urlop, nie dało się ukryć. W oficjalnym komunikacie wyjaśniono więc, że dla odzyskania świeżości spojrzenia Myhrvold chce chwilowo odpocząć od informatyki, poświęcić więcej czasu rodzinie oraz rozlicznym pasjom, zwłaszcza paleontologii, fotografii i kuchni.

W cieniu dinozaurów. Miałem najlepszą pracę na świecie, w najlepszej firmie na świecie.

Rutynowe wyjaśnienia wydawały się prawdziwe. Myhrvold wraz z Jackiem Hornerem, konsultantem naukowym filmu „Park jurajski”, zorganizował kilka ekspedycji śladami dinozaurów w niedostępne rejony stanu Montana. Nie była to impreza przygodowa, lecz poważna wyprawa naukowa.

Opisywał ją w artykułach publikowanych przez czasopisma fachowe („Paleontology”) i popularnonaukowe („National Geografic”). Chwalił się, że osobiście znalazł fragmenty kręgosłupa thescelosaurusa i – co uznał za jedno z najbardziej ekscytujących wydarzeń w swoim życiu – „szczękę tyranozaura z kłami wielkości bananów”.

Urlop minął, lecz informatyk-paleontolog do pracy nie wrócił. W 1999 r. w siedzibie Microsoftu oficjalnie go pożegnano.

„Przez trzynaście lat Nathan był bezcennym człowiekiem dla firmy, dla całej branży nowoczesnych technologii i dla mnie osobiście” – sypał komplementami Bill Gates. „Szczerze mówiąc, chciałbym, żeby pozostał z nami, ale rozumiem motywy jego decyzji i jeśli chce się poświęcić swym pasjom naukowym, w pełni to akceptuję”. „Miałem najlepszą pracę na świecie, w najlepszej firmie na świecie ” – rewanżował się Myhrvold. „Ale nadszedł czas, by zająć się innymi rzeczami, które też interesowały mnie od zawsze”. W rozmowie z dziennikarzami przypomniał, że ma skandynawskie nazwisko, a jego przodkami byli wikingowie, po których odziedziczył chęć mierzenia się z wciąż nowymi wyzwaniami.

Brzmiało świetnie, ale sceptycy przepowiadali, że jest zbyt bystry, by całkowicie wycofać się z biznesu, a wszystko, o czym mówi publicznie, stanowi jedynie zasłonę dymną dla jakiegoś nowego przedsięwzięcia. Rok później faktycznie założył nową firmę – Intellectual Ventures. Miała się zajmować wynalazczością, więc uznano, że Myhrvold, który odszedł z Microsoftu z majątkiem szacowanym na 600–800 mln dolarów, może sobie pozwolić na zaspokajanie kaprysów i zabawę w naukowca. Robił wszystko, by potwierdzać te opinie. Jeździł z rodziną po świecie, ukończył w Burgundii szkołę dla kucharzy, wybudował naszpikowany elektroniką dom, który jego żona porównała do siedziby mieszkańców innej planety. W ogrodzie posadził rośliny z mezozoiku, którymi mogły się żywić dinozaury.

Aż nagle, w 2006 r., zdarzyło się coś, co wstrząsnęło branżą elektroniczną. Podobna do Intellectual Ventures, mało znana spółka NTP, zmusiła do zawarcia ugody sądowej korporację Reaserch in Motion, producenta smartfonów BlackBerry. Okazało się, że kilka lat wcześniej NTP kupiła patent na system bezprzewodowego przesyłania e-maili. Gdy koncern zainstalował go w smartfonach, wniosła pozew o naruszenie prawa własności. Bez poczty elektronicznej BlackBerry stałby się zwykłym telefonem, więc nie chcąc się narażać na gigantyczne straty, koncern zdecydował się zapłacić NTP 612,5 mln dolarów! Po tym zdarzeniu przyjrzano się uważniej nowej firmie Myhrvolda. I odkryto, że kupiła nie jeden, lecz… 30 tys. patentów! Kto chciałby z nich skorzystać, musiałby zapłacić za licencję. W Dolinie Krzemowej powiało grozą.

Troll patentowy Chciałby stworzyć giełdę, na której handluje się nie akcjami, lecz patentami i ideami.

Najostrzej zareagował Shane Robison, szef strategii i technologii koncernu Hewlett-Packard, który nazwał Myhrvolda „największym patentowym trollem”. Trzeba od razu zastrzec, że jest to działalność w niczym nienaruszająca prawa. Patent może kupić każdy, kogo na to stać. Wątpliwości, ale tylko natury etycznej, dotyczą celu, w jakim to robi. Jak to ujmuje David Kaefer, jeden z menedżerów Microsoftu: „należy rozróżniać skupowanie patentów w celach spekulacyjnych od wspierania wynalazczości”. Nathan Myhrvold przy każdej okazji powtarza, że kieruje się wyłącznie drugim motywem. I precyzuje, że chciałby dzięki swojej firmie stworzyć odpowiednik giełdy, na której handluje się nie akcjami, lecz patentami, a nawet ideami niemożliwymi jeszcze do urzeczywistnienia przy dzisiejszym poziomie techniki.

W wywiadzie dla dwutygodnika „Fortune” wyjaśniał, że tylko 1–3 proc. wynalazców zarabia na zgłoszonych patentach, bo albo nie mają środków na ich wdrożenie, albo żadna firma nie jest zainteresowana nabyciem licencji. Intellectual Ventures zmienia tę sytuację, gdyż im płaci. Nie jest więc złośliwym trollem, lecz instytucją zachęcającą do poszukiwań i zwiększającą innowacyjność gospodarki. Według Myhrvolda, na zakup patentów wydała już 350 milionów dolarów. Nie była to jednak działalność charytatywna, gdyż na sprzedaży licencji zarobiła miliard dolarów. Zazwyczaj dobrze poinformowany dziennik „Wall Street Journal” pisał nawet o 2 miliardach dolarów. 200 lub 400 proc. zysku robi wrażenie, a Myhrvold okazał się jednym z tych wirtuozów biznesu, którzy nie przyjmują do wiadomości, że w dzisiejszym świecie nie można już wymyślić niczego nowego. Oryginalny pomysł wciąż jest najlepszą przepustką do fortuny.

Argumenty o tworzeniu olbrzymiego banku patentów w zbożnych celach nie wszystkich jednak przekonują. Anonimowi rozmówcy reporterów „WSJ” i „Business Week” sugerują, że Myhrvold buduje potęgę swej firmy dzięki finansowemu wsparciu od wielkich koncernów. W zamian za to skupuje z rynku prawa do wynalazków, które mogliby w przyszłości wykorzystać ich konkurenci. Na liście podejrzanych o korzystanie z tej usługi znalazły się m.in. Microsoft, eBay, Intel i Cisco.

Nawet gdyby tak było, też mieściłoby się to w regułach gry rynkowej. A Myhrvold udowodniłby, że słusznie znalazł się na liście „globalnych myślicieli”. Znalazł bowiem sposób na postawienie wielkich koncernów przed iście diabelską alternatywą: albo płacicie mi teraz za ochronę swoich interesów, albo zapłacicie w przyszłości za patenty, bez których nie zrealizujecie waszych planów.

Z laserem na komary. Jeśli przetestujemy sto pomysłów i jeden okaże się skuteczny, odniesiemy sukces, a nie 99 porażek.

Przestraszeni giganci uruchomili lobbystów, którzy starają się skłonić polityków do ukrócenia patentowej spekulacji. Najogólniej mówiąc, chodzi o wprowadzenie przepisów uniemożliwiających zgłaszanie roszczeń finansowych przez firmy, które kupują patenty nie po to, by z nich korzystać, lecz na nich zarabiać. Dla Intellectual Ventures nie stanowi to jednak zagrożenia, gdyż jak zapewnia jej założyciel, corocznie powstaje w niej 500 nowych wynalazków. Niektóre jedynie w jego wizjonerskiej wyobraźni, inne dla zysku, ale są i takie, których użyteczność trudno przecenić. Na przykład pojemniki do przechowywania szczepionek w afrykańskich szpitalach, gdzie brakuje lodówek, a codziennością są przerwy w dostawie prądu. „W tropikach wystarczą cztery godziny, żeby lek, który może uratować życie tysięcy dzieci, stał się niezdatny do użytku” – tłumaczy. „Skonstruowaliśmy więc skrzynkę działającą podobnie jak termos, z przestrzenią między ściankami wypełnioną ciekłym helem lub azotem. Właściwa temperatura utrzymuje się w nich przez pół roku, bez żadnego zasilania”.

Na tego typu wynalazkach nie chce zarabiać. Przeznacza duże pieniądze na eksperymenty z materiałami i sprzętem medycznym, który będzie się automatycznie sterylizował. Jest bliski opracowania tanich urządzeń do pasteryzacji mleka dla rolników w Trzecim Świecie. Zapowiada, że ich projekty rozda za darmo każdemu, kto podejmie się produkcji.

Jednak jego prawdziwą idée fixe jest walka z malarią, zabijającą co roku milion ludzi.

„Jeśli przetestujemy sto pomysłów i jeden okaże się skuteczny, odniesiemy sukces, a nie 99 porażek” – mówił w wywiadzie dla „New Yorkera”, przedstawiając swą filozofię działania. Wspierany przez Fundację Billa i Melindy Gatesów prowadzi prace w dwóch kierunkach – diagnozowania choroby i zwalczania przenoszących ją komarów. W Intellectual Ventures już skonstruowano prototyp urządzenia, które wykrywa obecność zarodźców malarii we krwi, a jest równie proste w obsłudze jak glukometr mierzący poziom cukru u diabetyków. Nadal jednak do analizy trzeba pobierać krew, byłoby to więc tylko udoskonalenie, ewolucja. Nathan Myhrvold ma większe ambicje i w każdej dziedzinie, którą się zajmuje, chciałby dokonać rewolucji poprzez gruntowną zmianę sposobu myślenia o możliwych rozwiązaniach danego problemu.

Kierując się tą zasadą, w ubiegłym roku przedstawił projekt laserowego urządzenia do zdalnego badania krwi i wykrywania w niej hemozoiny – substancji wytwarzanej w czerwonych ciałkach przez chorobotwórczego pasożyta. Jeszcze bardziej niezwykły był prototyp nowej broni przeciwko komarom. „Photonic Fence” (Fotonowa zapora) bardziej kojarzy się z gwiezdnymi wojnami niż walką z insektami, ale naprawdę zadziałała. To sprzężone z kamerą laserowe działo, które podświetla teren (na odległość ok. 30 metrów) i przekazuje obraz do komputera, błyskawicznie oceniającego wielkość owadów i szybkość ruchu ich skrzydeł – samice są większe i wolniejsze, a tylko one żywią się krwią i stanowią zagrożenie. Ułamek sekundy później w stronę komarzyc lecą śmiercionośne promienie.

Sposób na ochłodzenie. Chodzi mu o wskazywanie problemów, których inni w ogóle nie widzą.

Równie rewolucyjne zmiany Myhrvold chciałby wprowadzić w energetyce. Jak trafnie zauważa, stosowane dziś baterie są „skandalicznie mało wydajne w porównaniu z kosztami surowców użytych do ich wytworzenia”. Mimo to wszyscy producenci idą tą samą drogą, zwiększając co jakiś czas ich żywotność o 3–5 proc. Tymczasem trzeba „znaleźć sposób jej zwielokrotnienia dziesięć, a może i sto razy”.

Konkretnych propozycji dotychczas nie przedstawił, ale jak wyjaśnia, chodzi mu nie tylko o gotowe rozwiązania, lecz także o wskazywanie problemów, których inni w ogóle nie widzą. W takim duchu włączył się do dyskusji o energetyce atomowej. Nie opowiedział się ani za budowaniem, ani za zamykaniem elektrowni, zasugerował natomiast, by skonstruować reaktor, który będzie wykorzystywał zużyte paliwo. Odpady są bowiem nadal radioaktywne, więc teoretycznie można z nich uzyskać ogromne ilości energii. A przy okazji definitywnie rozwiązać sprawę ich składowania. Z analiz przeprowadzonych w utworzonej przez Myhrvolda w 2007 r. spółce TerraPower LLC wynika, że taki reaktor mógłby pracować bez uzupełniania zapasów paliwa przez 60–100 lat. Pomysłem już zainteresował się japoński koncern Toshiba.

Przed dwoma laty w programie telewizji CNN „Fareed Zakaria Global Public Square”, zajmującym się problemami globalizacji, Myhrvold z przekonaniem, że jest to realne, prezentował swój pomysł na walkę z globalnym ociepleniem. Zaproponował, by zrobić to samo, co… wybuchający wulkan i wprowadzić do stratosfery duże ilości dwutlenku siarki. Gaz ten rozprasza światło, więc zadziałałby odwrotnie niż dwutlenek węgla, zatrzymując część docierającej na Ziemię energii słonecznej. Pytany przez prowadzącego, jak wpompować olbrzymie ilości SO2 na wysokość 25 kilometrów, odpowiedział, że można to zrobić za pomocą wykonanych z bardzo lekkiego materiału węży, wyniesionych na odpowiedni pułap i podtrzymywanych przez balony wypełnione helem. Absurd? Zdaniem Myhrvolda, który dzięki solidnemu wykształceniu potrafi liczyć, wystarczyłoby kilkadziesiąt takich podniebnych „kominów”, by zmniejszyć dopływ energii słonecznej o 1 proc. i zatrzymać proces topnienia lodowców.

Inwestujcie w idee. Jedna dobra idea może całkowicie zmienić świat.

Nawet jeśli jego projekty są dziwaczne, mają tę zaletę, że łamią utarte schematy myślenia. W każdej dziedzinie. Podczas gdy wszyscy zastanawiają się nad sposobami ostrzegania przed cyklonami, Myhrvold zapytał, czy można zapobiegać ich powstawaniu. Jak łatwo przewidzieć, udzielił odpowiedzi twierdzącej.

Huragany rodzą się tam, gdzie temperatura wody w oceanie przekracza 26°C. Jeśli udałoby się ją obniżyć, zagrożenie zostałoby wyeliminowane. Wydaje się to niewykonalne, kiedy jednak spojrzy się na problem z innej niż wszyscy perspektywy, dostrzeże się też nowe możliwości. Niewyczerpane zasoby zimnej wody (poniżej 10°C) znajdują się bowiem bardzo blisko, zaledwie 200 metrów od rozgrzanej powierzchni. Tyle że nie obok, lecz pod nią. Gdyby udało się je przesunąć, sprawa zostałaby rozwiązana.

O tym, jak wydobyć wodę na powierzchnię, wie każdy, kto słyszał o pompie. Schłodzenie powierzchni oceanu wymagałoby jednak przemieszczania tak olbrzymich mas wody, że koszty paliwa zużytego w przepompowniach byłyby wielokrotnie wyższe od uzyskanych korzyści. Czy na pewno? Zdaniem Myhrvolda nie, bo źródła energii, i to tej najwyżej dziś cenionej – odnawialnej, znajdują się dokładnie tam, gdzie jest potrzebna. W falach morskich. Zaproponował więc budowę cylindrycznych wież, w których pompy zasilane energią fal spychałyby ciepłą wodę w głąb i wydobywały zimną na powierzchnię. Jak obliczył, ustawienie takich urządzeń co trzy kilometry ochroniłoby przed huraganami całe wybrzeże USA.

Dzisiaj to jeszcze science fiction, ale przecież w przeszłości tak samo traktowano możliwość przesyłania obrazu na odległość czy latania w powietrzu.

„Jedna dobra idea może całkowicie zmienić świat” – powiedział Myhrvold w wywiadzie dla „Foreign Policy”. W jego ustach brzmi to wyjątkowo wiarygodnie, wszak przez trzynaście lat był jednym z najbliższych współpracowników człowieka, który miał taką ideę, i wyprowadzając komputery z instytutów naukowych do mieszkań zwyczajnych ludzi, bez wątpienia zmienił świat – Billa Gatesa. Dlatego warto Myhrvolda słuchać, gdy apeluje do zarzucających mu fantazjowanie twardych realistów: „Nie inwestujcie w zwariowane fundusze hedgingowe i derywaty. Inwestujcie w nowe, choćby na pozór zwariowane idee. To się może opłacić”.