Kiedy pytasz: „co zrobić ze swoim życiem?”, najpierw pomyśl także o tym, co zrobić ze swoim ciałem – mówi Dorota Piekarczyk, psycholożka i coach.

Krystyna Romanowska: Jako coach stosuje pani metody pracy z ciałem. Jak reagują klienci na propozycję turlania się po podłodze? 

Dorota Piekarczyk: Z turlaniem to nie do końca jest prawda, chociaż podczas jednej z  sesji wylądowałam z klientką na wykładzinie. Na pewno można powiedzieć, że aktywność fizyczna podczas moich sesji jest czymś absolutnie normalnym. Klienci są na początku onieśmieleni, a potem zaskoczeni tym, co się dzieje w ich ciele. „Oj, oj, czuję to!”. Nie wyobrażam sobie statycznej formy coachingu, takiej, podczas której siedzimy nieruchomo i ani drgniemy. Nie mogłabym tak pracować. Ważne jest to, aby aktywność fizyczna i praca coachingowa ze sobą współgrały. Każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego w danym momencie życia. Np. osoba bardzo zdyscyplinowana, opanowana, żyjąca pod silną presją, będzie potrzebowała innej formy aktywności fizycznej niż człowiek roztrzepany, mający trudności i z koncentracją, i z tym, by usiedzieć na jednym miejscu. Inna aktywność fizyczna będzie sprzyjała pracy nad asertywnością, stanowczością, pewnością siebie, a inna nad wytrwałością czy panowaniem nad emocjami. Dzięki ścisłej współpracy osobistego trenera i osobistego coacha obie formuły pracy wzajemnie się uzupełniają i są indywidualnie dostosowywane do konkretnej potrzeby i etapu pracy. Co daje prawdziwie synergiczny efekt końcowy – ścisłą współpracę świadomości i ożywionego ciała.

K.R.: W poniedziałek sesja coachingowa, a we wtorek jogging. Umysł robi swoje, ciało - swoje. Może da się to połączyć w coaching ruchowy?

D.P.: Moje doświadczenia z prowadzenia programów coachingowych pokazują, że „przez ciało” uczymy się szybciej i efektywniej. Coraz więcej nurtów terapeutycznych wykorzystuje pracę z ciałem jako formę, która wzbogaca i przyspiesza proces zmiany. Do coachingu, który jest młodszy od psychoterapii, praca z ciałem zaczyna powoli docierać. Według mnie połączenie coachingu i ruchu sprawdzi się doskonale, bo czym jest coaching? Jest to wprowadzanie zmian. To proces uczenia się, nabywania umiejętności, wymagający przemodelowania sposobu myślenia i działania. Z punktu widzenia naukowego ruch jest niezwykle przydatny, bo ułatwia budowanie nowych struktur w mózgu. Dzieje się tak dlatego, że ruch zwiększa dotlenienie, tym samym pobudzając mózg. Poza tym zwiększa się integracja pomiędzy lewą i prawą półkulą. Ale nie tylko. Także harmonizuje łączność między głową a resztą ciała.

Można by powiedzieć: każda forma ruchu przyczynia się do pełniejszego wykorzystania zasobów mózgu. Jaki jest tego efekt? Zwiększenie potencjału do uczenia się i do... życiowej elastyczności. Jestem zwolenniczką eksperymentowania z różnymi formami ruchu i dostosowywania go do konkretnych sytuacji i zadań, które przed nami stoją.

K.R.: Jeżeli szef poleci mi: „musisz stworzyć zgrany zespół”, należy udać się na trening osiedlowej drużyny siatkówki albo koszykówki? 

D.P.: Na przykład. Z doświadczenia wiem, że trudno się skutecznie zająć własnym ciałem, jeśli najpierw nie poznamy swoich motywacji, obaw, przekonań. Trudno również wprowadzić w życie zmiany, jeśli w ten proces nie zaangażujemy ciała – chociażby po to, by zrobić pierwszy krok w kierunku upragnionego celu. Przede wszystkim należy zadać sobie pytanie: co stanowi dla mnie wyzwanie w tej konkretnej sprawie, czyli na przykład w zbudowaniu zespołu. Jeżeli jest to brak wiary w siebie, to może warto się zastanowić, jaka aktywność tę wiarę przywróci? I tu nie ma uniwersalnej odpowiedzi, że wiarę w siebie u każdej osoby przywraca dana dyscyplina sportu. Ktoś może potrzebować wyciszającej jogi, ponieważ pomoże mu poukładać struktury organizacyjne, które chce wprowadzić do nowo tworzonej grupy. Ktoś inny w takim przypadku może potrzebować joggingu, żeby podnieść poziom energii. A dla trzeciej osoby doskonały będzie boks, który uświadomi jej, co jest jej celem i jak w ten cel uderzyć. Wszystko zależy od tego, z jaką osobowością, z jakim temperamentem ma się do czynienia. 

W zależności od tego, jak reagujemy, musimy wiedzieć, jaka forma ruchu będzie dla nas dobra. Indywidualne dopasowanie typu i rodzaju aktywności jest też ważne dlatego, że jedni potrzebują dynamicznej aktywności, żeby rozładować napięcia i „strawić” buzujące w ciele hormony, a u innych taka aktywność byłaby przez ciało potraktowana jako nowe zagrożenie, a tym samym nowe źródło stresu. 

Wyobraźmy sobie osobę przygnębioną. Oczami wyobraźni widzimy kogoś przygarbionego, powłóczącego nogami, patrzącego tępo przed siebie. Ciało odzwierciedla emocje. Bywa tak, że nawet gdy źródło przygnębienia minie, ciało nauczone funkcjonować w jakiś sposób utwierdza mózg w przekonaniu, że „nie ma się z czego cieszyć”. Wówczas ważne jest, żeby pokazać ciału inną formę ekspresji. Wzmocnienie mięśni nóg czy rozluźnienie miednicy pomoże osiągnąć sprężysty chód. Rozciągnięcie mięśni klatki piersiowej pomoże pogłębić oddech i wyprostować plecy. Do tego jest potrzebny zarówno coach/psycholog, który zarekomenduje odpowiedni dla danej osoby sposób pracy, jak i trener osobisty, który przygotuje i poprowadzi program ćwiczeń fizycznych.

K.R.: Co by pani poradziła nieśmiałej kobiecie, przed którą jest rozmowa o podwyżce?

D.P.: Żeby poboksowała. Jej sesja coachingowa może polegać na zadawaniu pytań: „Czy chcesz być bardziej otwarta?”, na ćwiczeniach z asertywności itd. Ale skuteczne mogą też być zajęcia z boksu: niech ta dziewczyna zada kilka ciosów w worek, wykona parę uników, usłyszy swój okrzyk: „huhhh” wydobyty z przepony. Zajęcia z boksowania pozwolą jej poczuć się pewniej na własnych nogach, sprawdzić, jaką ma siłę w rękach i ile ukrytej energii. Jeżeli do wysiłku fizycznego dołożymy kilka coachingowych sesji, to po zahukaniu nie pozostanie najmniejszy ślad.

K.R.: A podwyżka będzie większa, niż zakładała.

D.P.: Dla kontrastu możemy sobie wyobrazić autorytarnego mężczyznę – szefa, który trzyma zespół twardą ręką i uważa, że współpraca z ludźmi opiera się na wydawaniu poleceń. Jest chłodny, zdystansowany, analityczny. To świetne cechy, żeby osiągać dobre wyniki w firmie, ale nieskuteczne w zarządzaniu ludźmi. Funkcjonuje tak długo, odnosi sukcesy, aż nagle pojawia się dyrektywa, żeby ten twardziel poćwiczył umiejętności miękkie, komunikację, współpracę. Można go próbować otworzyć, „zmiękczyć”. A ja bym go też wysłała na basen, żeby doświadczył, jaka jest różnica między dwoma stylami pływania. Jak się pływa, kiedy trzeba walić w wodę i siłowo pokonywać zadany dystans? A co się dzieje w sytuacji, kiedy w wodzie ciało się rozluźnia, zaczyna współpracować z otoczeniem, kiedy wykorzystuje się wodę jako środowisko: bez walki, tylko w harmonii. Możliwe, że takie doświadczenie pomoże mu uświadomić, że to nie demagogia, że współpraca z otoczeniem i wykorzystanie jego potencjału są ważne. Jeżeli to poczuje na swojej skórze, właśnie podczas pływania, nie będzie potrzebował dyskutować o znaczeniu „miękkich” umiejętności w zarządzaniu ludźmi. Ale przed wejściem do wody musi wiedzieć, jaki jest cel ćwiczenia. 

Osoby wykonujące pracę intelektualną mają kłopoty z odbieraniem sygnałów z własnego ciała. Często trzeba wielu ćwiczeń, aby zaczęły je zauważać.

K.R.: Co by mi pani poradziła w sytuacji, jakiej doświadczyłam wczoraj. Jeden z moich projektów został zlekceważony, niezrozumiany i oddany do poprawek. Ogarnęła  mnie przemożna ochota, żeby wstać zza biurka, wyjść z domu i biec ze 20 kilometrów. Jogging – dobrze odczytałam sygnały z mojego ciała?  

D.P.: Byłabym ostrożniejsza. Należy zapytać samego siebie, czego w tej chwili potrzebuję: jakiej formy ruchu? I nie zadowalać się pierwszą odpowiedzią, jaka przyjdzie do głowy. Jeżeli pani chce pobiegać, to uważam, że warto zapytać: od czego chcę uciec? Od smutku, rozczarowania? Wobec tego może nie bieganie, tylko delikatne ćwiczenia rozciągające, podczas których można doświadczyć ukojenia. Popularność biegania bierze się moim zdaniem stąd, że mamy potrzebę zagłuszenia, ucieczki, niepamiętania o przykrych rzeczach. A ten rodzaj ruchu nie jest panaceum na dolegliwości duszy. Bieganiem zagłuszamy ból, lęk, stres zawodowy, zdradę partnera lub nieokreślone poczucie dyskomfortu. Nie chcę powiedzieć, że to jest zawsze źle, ale warto sobie zadać pytanie, co mi to ma dać, bo ucieczka nigdy nie jest dobra. Oczywiście, po sześciu kilometrach fala endorfin zalewa mózg, doznajemy cudownego poczucia ulgi, ale nie wiedzieć czemu okazuje się, że musimy iść do ortopedy z... chorym kolanem. Albo okazuje się, że nasz zdrowy kolega po przebiegnięciu maratonu miał nagły zawał. Musimy doświadczać różnych form ruchu i w miarę świadomie je wybierać.

K.R.: Ja nie poszłam pobiegać, tylko wypiłam szklankę wina...

D.P.: W ten sposób uciszyła pani swój ból porażki. Ale proszę sobie przypomnieć rodzaj dyskomfortu, jaki pani czuła. I co pani ciało chciałoby w takiej sytuacji od pani dostać? Gdzie ten dyskomfort był umiejscowiony?

K.R.: Hmmm... Chyba czułam go w brzuchu i miałam ogromną ochotę poczuć jakiś mocny ruch w mięśniach. Potrzebne mi było wyrzucenie rozczarowania, wypchnięcie wściekłości, która się we mnie nagromadziła.

D.P.: To ja bym proponowała pójście energicznym marszem w jakieś odludne miejsce. Marszem, a nie biegiem, żeby nie zagłuszać emocji. A potem powinna pani sobie trochę pokrzyczeć. Dosyć głośno, z przepony. Głos ułatwia oddychanie, wydawanie dźwięków jest jak masaż organów wewnętrznych, które w stresie się napinają i do których nie jesteśmy w stanie dotrzeć inaczej niż właśnie za pomocą krzyku. Mam wrażenie, że po tym wykrzyczeniu kilkanaście minut joggingu byłoby dobrym pomysłem. Każdy z nas inaczej reaguje na stres. Do wyboru jest: ucieczka, walka lub zastyganie. Bo jeżeli ktoś ma tendencję do zastygania, napinania wszystkich mięśni i wstrzymywania oddechu, to gdybyśmy w chwili stresu kazali mu biegać, kompletnie by się to nie udało.

K.R.: Co taka zastygająca osoba powinna zrobić?

D.P.: Tak jak pani – przede wszystkim najpierw delikatnie rozciągać mięśnie. Daje to poczucie bezpieczeństwa, oparcie na własnych stopach. Ale można się także w takiej sytuacji położyć – tak jak małe dziecko, na które to działa kojąco. Potem można powoli zacząć głęboko oddychać i zrobić kilka asan.

K.R.: Jaka forma ruchu jest dobra dla kogoś, kto ucieka? Zgaduję, że bieganie....

D.P.: Absolutnie tak, ponieważ w sytuacji stresu mięśnie tej osoby są już napięte i przygotowane do ucieczki. Podczas joggingu taka osoba wykorzysta ten potencjał, który jest przygotowany w napiętych łydkach.

K.R.: Jakieś rady dla fightera?

D.P.: Ponieważ zawsze ma napięte mięśnie i jest gotowy do walki, musi się nauczyć rozluźniać. Powiedziałabym mu więc: idź na boks, zrób to, co twoje ciało chce zrobić w tym momencie, ale naucz się też innej formy reagowania na stres. Jeżeli fighter ciągle w kryzysowych sytuacjach reaguje napięciem, to ciało bombardowane hormonami jest szalenie wyniszczone. Wystarczy sobie wyobrazić, że adrenalina jest dostarczana codziennie w regularnych dawkach od ósmej rano do ósmej wieczorem.

K.R.:  Czy można się pokusić o stwierdzenie: jestem osobą introwertyczną, spokojną, więc lepsza jest dla mnie joga? Albo: jestem dynamiczna, ekspresyjna, więc lepszy jest dla mnie boks? Jaki jest związek między wybieraniem dyscypliny sportu a cechami charakteru i temperamentu?

D.P.: Ogólna zasada jest taka, że osoby, które mają silne struktury mięśniowe, psychiczne, które trzymają emocje na wodzy, są – jak to się mówi – „zebrane” w sobie, powinny szukać aktywności, która pozwoli im na swobodną ekspresję. Niech biegają, uprawiają boks, spontaniczny taniec. Z kolei ludzie mający tak zwaną słabą strukturę, czyli łatwo ulegający emocjom, czasami mający poczucie rozproszenia czy zdekoncentrowania, tacy, którym trudno jest się zebrać, mogą się świetnie poczuć w ruchu, który im wyznaczy pewne ramy. Na przykład w tańcu flamenco, gdzie klaśnięciem zaznacza się dyscyplinujący rytm. Dobra też będzie joga, tai-chi i bieganie, ale z liczeniem kroków, czyli wszystko, co porządkuje rzeczywistość.