Amerykanie nigdy nie wylądowali na Księżycu, a podbój przestworzy to twór propagandy – taka teza od lat krąży po świecie i ma coraz więcej zwolenników. Niedawno zdobyli oni kolejny dowód, rzekomo potwierdzający, że owo lądowanie to lipa. Księżycową mistyfikację określają mianem Apollo Hoax. Cóż to za dowód? Otóż oryginał taśmy, przesłanej przez załogę Apollo 11, z 1. krokiem Neila Armstronga na Księżycu, zniknął z archiwum NASA. W związku z tym faktem pojawiają się dwie teorie.

KOSMICZNE KOSZMARY ARMSTRONGA


Pierwsza mówi, że nie było żadnego lądowania na Księżycu, a zdjęcia i filmy nakręcone przez astronautów – i to ze wszystkich sześciu misji – zostały nagrane w studiu filmowym, podczas gdy w tym czasie statki kosmiczne krążyły sobie po orbicie. Bill Kaysing w książce „We never went to the Moon” twierdzi, że prawdopodobieństwo powodzenia księżycowej misji było znikome, więc deklaracja prezydenta Kennedy’ego z roku 1961 – o wysłaniu załogowej misji do końca dekady – wydała mu się niewiarygodna. Parcie na bramkę było jednak ogromne, a cel miał uświęcić środki. Celem zaś było udowodnienie wyższości Stanów Zjednoczonych nad Związkiem Radzieckim, a przy okazji – odciągnięcie uwagi amerykańskiego społeczeństwa od toczącej się wojny w Wietnamie – loty skończyły się w roku wycofania się stamtąd Amerykanów. Na potwierdzenie swoich przypuszczeń Bill Kaysing przywołuje serię tajemniczych zgonów ludzi związanych z projektem lotu na Księżyc. Plus dymisję generała Samuela C. Philipsa, dyrektora programu Apollo.

Program ten zresztą stał się ofiarą ataku już w 1966 roku, a prekursorem teorii mistyfikacji okazało się Towarzystwo Płaskiej Ziemi, które zarzuciło NASA fałszerstwo po opublikowaniu zdjęć Ziemi (rzecz jasna jako kuli) z pokładu statku Apollo 8. Konkurencyjna teza, potwierdzona przez tego samego Billa Kaysinga, dowodzi, że lądowanie na Księżycu się odbyło, jednak tego, co tam zobaczono, nie odważono się przedstawić szerszej publiczności. Wodą na młyn tej koncepcji były słowa Neila Armstronga wypowiedziane zaraz po wylądowaniu. Powiedział on, że po drugiej stronie krateru widział jakieś olbrzymie obiekty, prawdopodobnie statki kosmiczne, które ich obserwują. Istnieją jeszcze inne interpretacje tego, co rzeczywiście mogli zobaczyć astronauci.

Richard Hoagland twierdzi, że były to księżycowe miasta widoczne z Ziemi pod postacią ciemnych plam. Kiedyś te pozostałości zaginionej cywilizacji były osłonięte szklaną strukturą. Jedna z budowli, zwana Wieżą, ma aż 12 km wysokości. Timothy Good, specjalista od UFO, uważa, że po wylądowaniu doszło do spotkania z istotami pozaziemskimi – rzekomą rozmowę o tym podsłuchali radzieccy naukowcy. Koncept ten potwierdza Maurice Chatelain, ówczesny pracownik NASA, i dodaje, że wszystkie misje były obserwowane, potwierdzając tezę, że cała inscenizacja odbyła się po to, by zapobiec wybuchowi paniki. Ponoć już nawet podczas lotu załoga Apollo 11 sfilmowała UFO, a Buzz Aldrin, członek załogi, żałował utajnienia złożonych zeznań.

Dlaczego tak się stało? Otóż podobno rządy USA i ZSRR doskonale wiedziały, co jest grane. Zaprzeczając zaś, robiły to, by nie wejść w konflikt z kosmitami. Obcy na Księżycu to właśnie powód zaprzestania eksploracji w 1974 roku. Czyżby więc Bush jr nie został poinformowany o tym fakcie? Na to wygląda, bo wznowił program lotów na Księżyc, a w 2008 roku chce wysłać tam sondę! Zajmijmy się teraz samymi dowodami mistyfikacji. Oszustwo podejrzewał już podobno nawet Ian Fleming, czyli twórca Bonda, który zasugerował to w jednej ze scen „Diamenty są wieczne”. Problem jednak w tym, że Fleming napisał książkę w 1956 roku, a film wszedł na ekrany w roku 1971. Nieważne, szukajmy dalszych poszlak. Otóż, jak zauważono, scenografia powierzchni Marsa z filmu „Koziorożec 1” – obrazu o sfingowanej wyprawie na Marsa – dziwnie przypomina tę ze zdjęć z filmów „przesłanych” przez astronautów. Czyżby to była ta sama scenografia? Na stronie www.clavius.org można jednak przeczytać, że reżyser po prostu wzorował się na materiałach otrzymanych z NASA.

ZEMSTA OBRAŻONEGO ALDRINA


Prawdziwych spiskowców takie małe porażki nie są w stanie zniechęcić. Lądowanie odbyło się w studiu i nie ma dyskusji. Na reżysera mistyfikacji wytypowano Stanleya Kubricka, który właśnie skończył kręcić (sic!) film „2001 – Odyseja kosmiczna”. A skoro popełnił taki film, to nietrudno byłoby mu osiągnąć wiarygodny efekt, preparując oszustwo dla celów politycznych. Zwłaszcza że Kubrick, jak dowiedział się autor filmu dokumentalnego „Operacja Księżyc” William Karel, był współtwórcą sukcesu programów kosmicznych NASA. Film z lądowania miał nakręcić na wypadek, gdyby astronautom nie udało się wylądować na Księżycu (czyli jednak polecieli?).

A co potem? Ludzie, którzy współtworzyli ten film, zginęli w tajemniczych okolicznościach, a sam Kubrick, za zarobione pieniądze, ustawił się w Wielkiej Brytanii (istnieje też wersja, że widząc, co się dzieje, zwyczajnie uciekł przed CIA). Nie bez znaczenia jest fakt, że „2001 – Odyseja kosmiczna” nie ustrzegła się błędów natury nie tylko warsztatowej, lecz i naukowej (stan wiedzy na rok 1966) – widać pył, który opada w atmosferze, pojawiają się problemy z prawidłowym pokazaniem nieważkości. I podobne błędy popełnił potem, reżyserując lądowanie statku Apollo 11. Na przykład rzekomy spacer w warunkach nieważkości odbywał się podobno w sposób naturalny – wrażenie braku grawitacji otrzymano po prostu, zwalniając o połowę prędkość taśmy.

 

We wschodniej Australii zaś podczas transmisji zauważono, że w trakcie spaceru Armstronga wpadła w kadr kopnięta butelka po coli! To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. A dlaczego wśród zdjęć z pierwszej wyprawy znajduje się tylko jedno przedstawiające Neila Armstronga? To rzeczywiście było podejrzane. Ale tylko do momentu, kiedy wydało się, że jako pierwszy miał opuścić lądownik Aldrin, jednak z przyczyn technicznych – drzwi lądownika otwierały się na jego stronę – Houston zadecydowało, że to Armstrong postawi historyczny krok. I co? Aldrin zwyczajnie się obraził i być może z tego powodu strzelił szefowi tylko jedną fotkę. Fotografik David Percy przedstawił swoje wątpliwości po analizie zdjęć i filmów z misji. Głównym zarzutem jest brak gwiazd na zdjęciach. A przecież na Księżycu nie ma atmosfery, więc powinny być doskonale widoczne. Oficjalnie pracownicy NASA z uporem maniaka tłumaczą ten brak silnymi promieniami światła słonecznego.

Po prostu chodzi tu o niezdolność aparatów do sfotografowania w jednym czasie obiektu o dużej jasności – Księżyca – i drugiego o mniejszej, czyli gwiazd. Podobnie zresztą stałoby się, gdybyśmy chcieli zrobić zdjęcie gwiazd, stojąc pod latarnią. Wyjaśniają zresztą także wiele innych wątpliwości: że nierówne cienie to wynik nierównej powierzchni Księżyca; że obiekty w cieniu są oświetlone światłem odbitym od powierzchni; że kamery umieszczone były na poziomie szyi i ramion astronauty, a nie na klatce piersiowej; że brak krateru pod lądownikiem i brak pyłu księżycowego na jego „nogach” to efekt ustawienia dysz i zbyt małego ciągu silników (pył widać wyraźnie na filmie z lądowania Apolla 16); że literka C na jednym z kamieni to włos itd.

LIPA NIE LIPA, ALE KOSZTOWNA


Dosyć mocnym dowodem, że wszystko odbyło się jak trzeba i nie ma mowy o mistyfikacji, jest fakt, że Rosjanie nawet przez chwilę nie zgłaszali swoich obiekcji. Są jeszcze inne, konkretne, przesłanki: rozmieszczone na Księżycu kątowe zwierciadła do prowadzenia m.in. laserowej lokacji Księżyca oraz około 300 kg księżycowej materii. Edwin Bendyk w „Polityce” dorzuca także praktyczne korzyści, które wypływają z organizacji tej wyprawy, czyli: narzędzia zasilane akumulatorami; nowe metody cyfrowej analizy i przetwarzania obrazu; złącze typu „rzep”, żeby astronauci nie gubili narzędzi; zdalną diagnostykę medyczną; przyspieszenie prac nad technologiami ogniw fotowoltanicznych, służących do przetwarzania energii światła na elektryczną. Przyznać należy, że to sporo, jak na nagraną w studiu „lipę”. A fakt, że cały program kosztował 30 mld dolarów?

W tej kwestii sceptycy twierdzą, że zostały one przeznaczone na opłacenie milczenia uczestników spisku (to, że było ich około 400 tysięcy, skupionych w 20 tysiącach przedsiębiorstw, to już szczegół). Ten zaś, kto nie jest w stanie zdecydować się na jedną z przedstawionych wersji zdarzeń, może zawsze przyjąć pogląd tajemniczego osobnika, ukrywającego się pod pseudonimem Zły Rewizjonista, który na swojej stronie internetowej: www.revisionism.nl/Moon/The-Mad-Revisionist.htm propaguje pogląd, że… Księżyca po prostu nie ma. I w tym kontekście dyskusje – nad prawdziwym czy sfingowanym przez władzę – lądowaniem na Księżycu przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

Michał Mendyk