Zazdroszczę młodym. Ale nie zdrowia, kondycji fizycznej czy sercowych przygód. Zazdroszczę im skłonności do niczym nieskrępowanego wyrażania sądów. Szczególnie tych, dotyczących przeszłości, którą znają jedynie z telewizji, gazet czy relacji rodziców. Zazdroszczę łatwości, z jaką jednych potępiają, innych wynoszą na piedestał – świat, ich zdaniem, jest czarno-biały, prosty. Ja też życzyłbym sobie, żeby tak było, bo ja byłem wychowywany na prostych zasadach – czarne i białe, tak to tak, nie to nie. Dość szybko przekonałem się, że jest jednak cała masa szarości. Wielu wydaje się, że Polska lat 60. czy 70. niczym nie różniła się od tej, w której żyjemy; do oceny ludzkich postaw należy stosować tę samą miarę. Tak jak czynią to ludzie, którzy nieustannie oskarżają mnie o zdradę ideałów, przypisują mi współpracę z PRL-owską bezpieką, piszą na mój temat bzdurne publikacje.

Młodzi sędziowie moralności, naprawdę uważacie, że wtedy, ponad 35 lat temu, w warunkach krwawej dyktatury, walka polityczna była tym, czym jest w demokracji? Otóż zapewniam Was – i wiem o tym lepiej niż ktokolwiek – że jesteście w błędzie. A błąd ten czyni Was śmiesznymi, choć nie zdajecie sobie z tego sprawy.

Prawdopodobnie tak wyobrażacie sobie metody działania Służby Bezpieczeństwa: przychodzi oficer do domu podejrzanego, cichutko puka do drzwi i pyta: czy mogę wejść? A podejrzany nie wyraża zgody, dzwoni do swojego prawnika i jeszcze straszy fukcjonariusza Komitetem Helsińskim. Bezpieczniak przeprasza, wycofuje się i już nigdy więcej nie wraca.

Ładna bajka, niestety zupełnie nieprawdziwa. SB miała prawo – czy lepiej powiedzieć: nieskrępowaną możliwość – wywlec takiego delikwenta z mieszkania, zamknąć go w więzieniu, a potem całymi dniami, ba – tygodniami, łamać go, torturując psychicznie i fizycznie. Mi też to się przydarzyło, o czym za chwilę.


Pamiętajmy: władza miała do dyspozycji znacznie potężniejszy aparat represji niż tylko bezpiekę. Przecież na jej usługach pozostawało wojsko, które nie wahało się strzelać do ludzi, gdy zażyczyła sobie tego komunistyczna partia, oraz milicję – uzbrojoną, niczym armia, bezwzględną i jeszcze bardziej wszechobecną. Były też media, które zohydzały niewygodnych władzy ludzi, czyniąc z nich moralnych wyrzutków, imperialistycznych agentów i – jak się okazuje – tamten smród ciągnie się po dziś dzień. Uderzali w najgroźniejszych. Przypomnę tu choćby wstrętne metody stosowane wobec księdza Jerzego Popiełuszki. Ileż razy próbowali zrobić z niego złoczyńcę, zdrajcę czy agenta. Posuwali się do najokropniejszych metod zastraszania, a wobec własnej bezsilności zastosowali ostateczną. On zginął. Wielu zginęło. O wielu nie wiemy, że zostali zabici przez bezpiekę.

Nie lubię się zwierzać z tego, co mnie boli, bo uważam, że facetowi to nie przystoi. Mówią mi też, że Wałęsie nie przystoi. Ale skoro jestem kopany i z lewa, i z prawa, mam prawo do obrony.

Jaka więc jest prawda z moją rzekomą bezpieczniacką przeszłością? Zapewniam, że nie znają jej panowie z Instytutu Pamięci Narodowej (którzy boją się konfrontacji ze mną, odmawiają wspólnej konferencji prasowej – dostałem pismo z IPN i co ciekawe data na piśmie jest sprzed spotkania prezydenta Kaczyńskiego z prezesem Kurtyką, a data stempla – późniejsza; chcieli koniecznie zataić fakt tego spotkania i desperackich poszukiwań czegoś na mnie) i znać wcale nie chcą.

Był grudzień 1970 roku. Przypomnę Wam: 17 grudnia, pacyfikując niepodległościowy robotniczy zryw, wojsko użyło broni. W samym Trójmieście zginęło ponad 40 osób. Za co? Za samo istnienie – przecież żołnierze strzelali do idących do pracy stoczniowców. Ja też byłem stoczniowcem i miałem świadomość, że należę do grupy podwyższonego ryzyka. Wkrótce okazało się, że faktycznie bezpieka wzięła mnie na celownik. Niby zmieniła się władza, ster partii przejął Edward Gierek, ale SB, będące państwem w państwie, nadal funkcjonowało według sprawdzonych stalinowskich metod. Zresztą dlaczego miałoby działać inaczej? Przecież ekipie Gierka także zależało na uspokojeniu nastrojów na Wybrzeżu, a osiągnąć to można było, zastraszając stoczniowców. A szczególnie stoczniowca, który najwięcej pyskował przeciwko władzy i był nieformalnym liderem ruchu opozycyjnego w Stoczni im. Lenina.