POLEMIKA Z ARTYKUŁEM "POLAK UCIEKNIE NAWET Z PIEKŁA" Z FOCUSA HISTORIA NR 04/2011

 

Czy można samotnie przejść przez najbardziej niegościnne rejony świata: Syberię, Mongolię, pustynię Gobi, Płaskowyż Tybetański i wreszcie Himalaje? Czy jest to możliwe bez odpowiedniej odzieży, zapasów żywności, map, kompasu? Czy wreszcie można tego dokonać, jeżeli jest się ściganym przez NKWD? Sławomir Rawicz w książce „Długi marsz” twierdzi, że tak. Polak, piórem angielskiego dziennikarza Ronalda Downinga, opowiedział historię siedmiu więźniów, którzy na początku lat 40. XX wieku podjęli – z pozoru szaleńczą – próbę wydostania się z sowieckiego obozu pracy w Jakucji na dalekiej Syberii. Pomysłodawcą ucieczki był Polak, a w skład tej grupy wchodziło jeszcze dwóch naszych rodaków oraz Amerykanin, Jugosłowianin, Łotysz i Litwin. Wydostali się za druty łagru podczas zamieci śnieżnej i w trakcie trwającego 11 miesięcy morderczego marszu przebyli około 6500 km, aby w końcu dotrzeć do Kalkuty w Indiach. W trakcie tej dramatycznej walki o przetrwanie trzech zbiegów poniosło śmierć. Pozostali doszli do celu, dokonując tym samym jednej z najbardziej brawurowych ucieczek w dziejach.

Opublikowana w latach 50. w Wielkiej Brytanii książka okazała się bestsellerem wydanym w nakładzie przekraczającym milion egzemplarzy i przetłumaczonym na ponad 20 języków. Przez prawie pół wieku nikt nie podawał w wątpliwość fascynującej opowieści o pragnieniu wolności i walce z totalitaryzmem. Dopiero po śmierci Sławomira Rawicza w 2004 r. dziennikarze rozgłośni BBC4 przeprowadzili śledztwo i dotarli do dokumentów, z których wynika, że autor „Długiego marszu” wprawdzie był uwięziony w łagrze, ale wyszedł z niego na mocy amnestii Sikorski-Majski. Zresztą nawet pobieżna lektura samej książki ujawnia nieścisłości. Opisy krain geograficznych, szczegóły dotyczące sposobu życia miejscowej ludności i realiów historycznych w wielu fragmentach opowieści mijają się z rzeczywistością. Te ewidentne przeinaczenia bezlitośnie wylicza prof. Jerzy S. Wasilewski, etnolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w eseju „Śladami wymyślonej ucieczki” (w „Etnolog w podróży”). Na tym tekście opiera również swoje wątpliwości Andrzej Fedorowicz w artykule „Polak ucieknie nawet z piekła” („Focus Historia” nr 4/2011). Czyżby zatem Wielka Ucieczka okazała się jeszcze większą mistyfikacją? Miażdżąca krytyka „Długiego marszu” zdaje się nie pozostawiać żadnych wątpliwości, gdyby nie fakt, że historia dopisała do tej opowieści jeszcze jeden zaskakujący rozdział.

„To tutaj, w tym miejscu, był kiedyś obóz dla najsilniejszych więźniów. Co roku docierał tu nowy kontyngent 700, 800 ludzi. Wszyscy pracowali przy wyrębie lasu. To jedna z najcięższych robót. Bezpłatnych” – tłumaczy Piotr Gabyszew, odkrywca zapomnianego łagru w głębi tajgi nad rzeką Takko w Jakucji. „Stąd uciec bardzo trudno. To przeklęte miejsce!” – dopowiada drugi z naszych przewodników. Do tej bezimiennej wysepki Archipelagu GUŁag dotarliśmy w trakcie 6-miesięcznej wyprawy Long Walk Plus Expedition śladami „Długiego marszu” i człowieka o nazwisku Witold Gliński. W 2009 r. John Dyson, dziennikarz angielskiego wydania miesięcznika „Reader’s Digest”, dotarł do żyjącego w zapomnieniu staruszka, który opowiedział mu historię zaskakująco zbliżoną do relacji Sławomira Rawicza. Łagier w Jakucji, marsz wzdłuż brzegów jeziora Bajkał, stepy Mongolii, mordercze temperatury na pustyni Gobi i wreszcie tułaczka przez Płaskowyż Tybetański i Himalaje aż do brytyjskich Indii. Przebieg trasy, okoliczności ucieczki i dramatyczne losy zbiegów zdają się żywcem wyjęte z bestsellerowej powieści. Czyżby zatem w „Długim marszu” opisano prawdziwe losy naszego rodaka, którym jednak nie był Rawicz, lecz właśnie Gliński? Wyruszając w maju 2010 r. na ekspedycję śladami uciekinierów, postanowiliśmy skonfrontować jego słowa z azjatycką rzeczywistością.



Republika Jakucji, zwana przez samych Jakutów „Krajem Sacha”, to jeden z najbardziej bezludnych regionów Ziemi. Na obszarze dziesięciokrotnie
większym od Polski, pokrytym dziką tajgą i tundrą, żyje zaledwie około miliona ludzi. Odległości pomiędzy wioskami liczy się w setkach kilometrów, a do niektórych jej rejonów nigdy nie dotarł człowiek. Jedynymi ciągami komunikacyjnymi są, podobnie jak w Amazonii, rzeki. A jednak Lena – królowa syberyjskich rzek – nie jest jedyną możliwą drogą ucieczki. Przecież maszerować można po wszystkich zamarzniętych szlakach wodnych. Kiedy
spojrzeć uważniej na poglądową mapkę dołączoną do „Długiego marszu”, z łatwością zauważy się, że nie zachowuje ona żadnych rygorów kartograficznych. W rzeczywistości, idąc z okolic Jakucka na południe, dociera się nie do Bajkału, lecz do chińskiej Mandżurii, gdzie w latach 40. istniało marionetkowe państwo Mandżukuo pod japońskim protektoratem. Problem w tym, że Gliński wcale nie twierdzi, że uciekał właśnie z tamtego miejsca. Zgodnie z jego słowami łagier, w którym został osadzony, znajdował się gdzieś pomiędzy Irkuckiem a Jakuckiem, i to raczej bliżej Irkucka. Jednym z najważniejszych miast nad Leną jest Witim, położony u ujścia rzeki o tej samej nazwie. W jej dorzeczu od dawna eksploatuje się pokłady złota. Maszerując korytem Witimu i odbijając lekko na zachód, można po około 800 km dotrzeć właśnie na wschodni brzeg Bajkału, czyli tam, gdzie planowali dojść uciekinierzy. Obóz, który my odnaleźliśmy, znajduje się wprawdzie w okolicy miasta Olekminsk, ale sezonowych łagrów mogły być na terenie Sacha dziesiątki.

O ile bowiem na Kołymie albo w Workucie obozy były zgrupowane w duże, scentralizowane „przedsiębiorstwa” (np. Siewwostalg zarządzany przez konsorcjum Dalstroj), o tyle w Sacha istniało bardzo wiele samodzielnych łagrów. Tworzono je przede wszystkim w celu pozyskiwania drewna i często
funkcjonowały zaledwie kilka lat. Łagru, do którego dotarliśmy, nie ma w żadnej ogólnodostępnej ewidencji systemu GUŁagu. Zabudowania zapadają się w trzęsawisku, a dzieła zniszczenia dopełniają regularne pożary lasu. Czy w Mongolii jada się melony, kupowane od chińskich kupców pływających sampanami po rzekach? Nie sądzę. W Mongolii od wieków niewiele jada się owoców i warzyw. Koczownicze, pasterskie życie, zakazy religijne, kulturowe
przyzwyczajenia, a i surowy klimat nie sprzyjają zajęciom rolniczym. W krainie Czyngis-chana niewiele jest wiosek albo miasteczek, ponieważ nomadzi wciąż wolą mieszkać w okrągłych jurtach zwanych gerami. Ale w swojej opowieści Gliński, w przeciwieństwie do Rawicza, nie wspomina o kamiennych domach z płaskimi dachami (charakterystycznych dla Tybetu) albo soczystych owocach.

„Po dwóch dniach bez wody, w pagórkowatym, piaszczystym piecu pustyni Gobi, po raz pierwszy odczułem lęk. Światło uderzało w piaszczyste wydmy i
odbijając się od ich łagodnych wzniesień, rzucało cień na przedzielające je dolinki. (...) Zwaliliśmy się pod wysoką piaszczystą wydmą” – pisze autor „Długiego marszu”. Pędząc na koniach dotarliśmy na skraj Gobi i już na rowerach zagłębiamy się w piec pustyni. Nie trafiliśmy jednak na piaszczyste wydmy i malutkie oazy. To nie saharyjskie ergi, jakie znamy z pocztówkowych fotografii, zamieszczanych w folderach biur podróży. Gobi to ciągnąca się po horyzont, palona słońcem i smagana gorącym wiatrem, żwirowo-skalista równina, co jakiś czas poprzecinana martwymi pustynnymi górami. Rawicz w „Długim marszu” opisał nie Gobi, ale swoje wyobrażenie o Gobi. Nic dziwnego – pisarza nigdy tutaj nie było. W powieści przedstawił losy innego Polaka. Po raz kolejny sięgam po mapy topograficzne. Na wschodzie, po chińskiej stronie granicy, rozciąga się Badain Jaran – Pustynia Jezior Tajemniczych, gdzie znajdują się jedne z najwyższych wydm na świecie poprzecinanych zagadkowymi, rozległymi jeziorami. Czy właśnie tam doszli zbiegowie? Prawdopodobnie nie, ponieważ wtedy nigdy nie trafiliby na trakt łączący dawną tybetańską prowincję Qinghai z Lhassą. Ponadto przetrwanie pośród tego morza piasków wydaje się całkowicie niemożliwe bez odpowiednich zapasów wody, żywności i przyrządów nawigacyjnych. Jednak maszerując zachodnią częścią Gobi, można już po kilkuset kilometrach dotrzeć do gór Qilian Shan i dalej przez Kotlinę Cajdamską do Tybetu. Sam Gliński niewiele mówi o wydmach (które sporadycznie występują w Mongolii), wspominając raczej żwirowe pustkowia charakterystyczne dla pozostałych obszarów Gobi.



Dojeżdżamy do Himalajów i mozolnie wspinamy się na przełęcz oddzielającą nas od Nepalu. Zawarte w „Długim marszu” opisy wspinaczki przy użyciu kawałka drutu i kamienia w kształcie klepsydry wywołują na naszych twarzach lekki uśmiech. W latach 40. wiódł tędy trakt kupiecki, którym od wieków wędrowały karawany, a dzisiaj biegnie tędy świetnie utrzymana asfaltowa Friendship Highway. Gliński wraz z towarzyszami przekroczył wprawdzie
łańcuch górski w innym miejscu, schodząc bezpośrednio do indyjskiego Sikkimu, ale również tam znajdował się ważny trakt kupiecki. Przedarcie się przez Himalaje mogło być znacznie łatwiejsze niż wycieńczająca wędrówka przez położony na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Płaskowyż Tybetański. A za Dachem Świata czekała już uciekinierów wolność i bezpieczne schronienie w brytyjskich Indiach.

Rupert Mayne, rezydent angielskiego wywiadu w Kalkucie, twierdzi, że przesłuchiwał grupę wynędzniałych ludzi, którzy opowiedzieli mu historię zbliżoną do tej przedstawionej w „Długim marszu”. Gliński swoje przeżycia zawarł w złożonym na ręce rządu londyńskiego raporcie, który miał następnie trafić do Rawicza, a ten przywłaszczył przeczytaną opowieść. Nie jestem historykiem i nie podejmuję się naukowej oceny materiałów historycznych. A jednak przedstawiona przez Witolda Glińskiego wersja Wielkiej Ucieczki jest o wiele bliższa rzeczywistości niż fantazje Rawicza. Historia Glińskiego tworzy względnie spójną relację. I wytrzymuje porównanie z rzeczywistością. Nasze doświadczenia zgromadzone podczas Long Walk Plus Expedition potwierdzają, że przebycie tej trasy było skrajnie trudne, ale nie niemożliwe. I chociaż wciąż brak koronnego dowodu, to wydaje się, że grupa więźniów politycznych pod przywództwem Polaka rzuciła wyzwanie, a następnie upokorzyła komunistyczną machinę przemocy.