Przyczyny śmierci uczestników wyprawy przez australijski interior z 1860 r. wciąż nie są do końca wyjaśnione. Gdy Robert O‘Hara Burke i William John Willis organizowali ekspedycję, która jako pierwsza miała przeciąć Australię z południa na północ, nie zamierzali omijać ogromnych dzikich pustyń.
Rdzenni mieszkańcy tego kontynentu potrafili tam przecież znaleźć sobie jedzenie. Ale gdy członkowie ekspedycji Burke’a i Willisa poczuli głód, nie byli w stanie przemóc się, by wziąć do ust miejscowe delikatesy: pieczone tułowie ćmy bogong i larwy owadów.

„Po części dlatego padli ofiarami szkorbutu i niedożywienia – pisze Mary Roach w książce „Gastrofaza”. – Tułów ćmy bogong oraz larwy owadów mogą budzić odrazę, lecz zawierają przynajmniej tyle samo zapobiegającej szkorbutowi witaminy C, co zbliżona ilość gotowanego szpinaku. Oprócz tego dostarczają organizmowi człowieka potasu, wapnia i cynku”. Tyle że takie racjonalne argumenty raczej nie przekonałyby Burke’a, Willisa i ich współtowarzyszy do przezwyciężenia wstrętu.

 

Niezapomniane wrażenia

– Z moich badań wynika jednoznacznie, że to właśnie wstręt jest emocją utrzymującą się najdłużej w pamięci – mówi „Focusowi” Monika Riegel z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN w Warszawie. Badaczka wraz z Małgorzatą Wierzbą i współpracownikami przygotowała listę słów wywołujących określone emocje. Strach reprezentowały tam m.in.„ostrze”, „radar”, „ciarki” czy „rekin”. Wstręt wywoływały takie określenia jak „zgnilizna”, „wymiotować” lub „larwa”. – Badanym prezentowaliśmy 105 par słów związanych ze strachem, wstrętem oraz neutralnych – opowiada Monika Riegel. –

Zadaniem ludzi było stworzenie wspólnego wyobrażenia dla pary słów, na przykład „toaleta – karaluch”, i zapamiętanie jak największej liczby par. Mieli też ocenić te pary pod względem emocji, czyli to, jak bardzo są negatywne bądź pozytywne oraz jak silnie pobudzające. Po dwóch tygodniach badani wracali do pracowni. Sprawdzano, które pary słów byli w stanie rozpoznać jako widziane wcześniej i odróżnić je od nowych. W przypadku określeń neutralnych badani pamiętali średnio 70 proc. par słów; te związane ze strachem utrwaliły im się w 77 proc., a ze wstrętem w aż 83 proc. – Działo się tak, mimo że na końcu badani jako najbardziej pobudzające oceniali słowa opisujące strach! – dodaje Monika Riegel.

Podobne wyniki otrzymali inni badacze z Instytutu im. Nenckiego. Część z nich zastosowała o wiele silniejsze od słów bodźce wzrokowe. Były to obrazki przedstawiające rzeczy straszne (np. paszcza krokodyla) lub obrzydliwe (np. wijące się robaki). Po sześciu miesiącach badani najlepiej odtwarzali z pamięci sceny kojarzące się ze wstrętem. Ba, gdy w kolejnym teście zostali poproszeni o intencjonalne zapominanie obrazów, to i tak zdjęć odrażających nie udawało się im wymazać z pamięci. – Wbrew instrukcji pamiętano 49 proc. scen neutralnych, 56 proc. strasznych, 60 proc. smutnych i ponad 65 proc. wstrętnych – mówi Małgorzata Wierzba. – To oznacza, że trudno nam zapomnieć wstręt nawet wtedy, gdy tego bardzo chcemy.

Takie wyniki zapewne bardzo by ucieszyły laureata Nagrody Nobla z ekonomii prof. Daniela Kahnemana. W głośnej książce „Pułapki myślenia” zwraca on uwagę na generalnie większą wagę, jaką przykładamy do złych wiadomości i negatywnych emocji. Mają one pierwszeństwo w naszych mózgach, wywierają
na nas silniejszy wpływ i są przetwarzane dokładniej niż pozytywne. A jednak i na tym tle wstręt się wyróżnia.

„Psycholog Paul Rozin, ekspert w badaniu zjawiska odrazy, zauważył, że jeden karaluch wystarczy, żeby całkowicie zepsuć urok miseczki czereśni, za to jedna czereśnia w misce pełnej karaluchów nie zmienia nic” – pisze prof. Kahneman.

Paul Rozin udowodnił, że także całkowicie zdezynfekowany, martwy karaluch, na którym nie ma ani śladu bakterii, toksyn czy brudu, odstręcza od jedzenia. Tak właśnie spreparowanym owadem uczony dotykał napojów swych studentów. Ci, mimo pełnej świadomości braku racjonalnych powodów, w zdecydowanej większości odmawiali spożycia potraktowanego w ten sposób picia. Rozin odkrył też, że ludzi odrzuca od własnej śliny już w momencie, gdy opuszcza ona usta. A przecież w żaden sposób się nie różni od tej, która nadal znajduje się na języku.

Amerykańscy studenci odmawiali także wzięcia do ust czekolady uformowanej w kształt psich odchodów. Nie chcieli pić napojów zamieszanych całkowicie nowym, nigdy nieużywanym grzebieniem. Wystarczyło też, by do ich szklanki wrzucić plastikową kopię jakiegoś owada, by odstawiali naczynie na bok. Takie decyzje nie były więc racjonalne ani logiczne. Mogły wręcz przynosić szkodę, bo studenci odrzucali całkowicie zdrowe i świeże pokarmy. Skąd więc w ogóle takie reakcje się wzięły?

 

Dzięki ci, smrodzie!

Wśród psychologów i neurobiologów przeważa pogląd, że wstręt jest jedną z pięciu emocji podstawowych. Są one wrodzone i w podobny sposób przejawiają się wśród ludzi wszystkich kultur. Każda z emocji podstawowych ma określoną funkcję biologiczną, która pozwala na szybką, stosowną do okoliczności reakcję. Strach prowadzi do ucieczki od zagrożenia. Gniew sprawia, że zbliżamy się do źródła niebezpieczeństwa i rozpoczynamy walkę. Smutek najczęściej wiążemy ze stratą. Radość to emocja, którą pojawia się w bezpiecznych, sprzyjających dla nas okolicznościach. – Wstręt wyewoluował z nieprzyjemnego smaku. Gdy coś było gorzkie, nie chcieliśmy tego jeść i wypluwaliśmy to – mówi Monika Riegel.

Podobną reakcję można wciąż obserwować u dzieci w wieku do mniej więcej dwóch lat. Nie czują one jeszcze klasycznego wstrętu, lecz jedynie nieprzyjemny smak. Można im więc dać do jedzenia właściwie cokolwiek. Co skwapliwie wykorzystał Paul Rozin. „Podczas jednego z pamiętnych badań policzył odsetek dzieci w wieku od szesnastu do dwudziestu dziewięciu miesięcy, które zjadły lub skosztowały następujących pozycji podanych na talerzu – relacjonuje Mary Roach – ikra (60 proc.), płyn do naczyń (79 proc.), herbatniki z ketchupem (94 proc.), martwy (sterylizowany) konik polny (30 proc.) oraz porcja masła orzechowego z dodatkiem aromatu sera limburskiego zręcznie uformowana w kształt psiej kupy (55 proc.). Najniższe miejsce w klasyfikacji zajęły ludzkie włosy, którymi zainteresowało się zaledwie 15 proc. badanych”.

Dzieci, jak widać, spożywały nawet pokarmy uznawane przez dorosłych za obrzydliwe. Wypluwały je dopiero, gdy poczuły nieprzyjemny smak. Paul Rozin twierdził, że może to być przystosowaniem do plastyczności pokarmowej człowieka. Większość zwierząt bowiem przychodzi na świat, wiedząc dokładnie, co ma jeść. Ludzie muszą się tego nauczyć. A to oznacza poważne ryzyko: próbując, można przecież natrafić na pokarm toksyczny, czasem wręcz śmiertelny. Dość szybko uczą się więc odrzucać jedzenie gorzkie, trujące, niebezpieczne.

Nieprzyjemny smak zamienia się we wstręt. Dzięki temu odrzuca nas od odchodów, wymiotów, gnijącego mięsa, otwartych ran czy karaluchów. Sam ich zapach zazwyczaj wywołuje odrazę. I to też jest uzasadnione. Głównym składnikiem smrodu jest bowiem siarkowodór. Jesteśmy na niego niezwykle wyczuleni. Wyczuwamy go w woni gnijących jajek lub gazów jelitowych już w ilościach od jednej do trzech części na milion. I dobrze. Bo jeśli wzrośnie do stu pięćdziesięciu części na milion, poraża nerwy węchowe. Przestajemy czuć smród, co może oznaczać koniec naszego życia. Bo jeśli jeszcze bardziej zbliżymy się do źródła siarkowodoru, porażony zostanie nasz układ oddechowy. Krótko mówiąc: udusimy się.

 

Wstrętne skutki wstrętu

Tyle że u ludzi w proces uczenia się wstrętu włącza się kultura. To od rodziców i innych członków społeczności dzieci dowiadują się, co jest „fe!”, a co „mniam, mniam”. A tu mogą pojawiać się znaczne rozbieżności międzykulturowe. Wśród Europejczyków na przykład odrazę wywołują często podroby zwierząt: serca, wątroby, mózgi, nie mówiąc już o językach, gałkach ocznych czy jądrach. Tymczasem wśród Inuitów te właśnie części cieszą się wielką estymą. Zapewne dlatego, że w północnej Kanadzie trudno o warzywa i owoce. Brak witamin zaś można sobie zrekompensować właśnie podrobami. To dlatego inuickie dzieci z sierocińca, którym badacze wyłożyli kilkadziesiąt surowych, siekanych pokarmów do wyboru, najchętniej sięgały po… szpik kostny. Lubiły też posilić się mózgiem i grasicą, natomiast raczej unikały wątróbek, nerek oraz – uwaga! – ananasów i wszystkich dziesięciu podanych im warzyw.

Jak widać, niestety, utrwalony wstręt może czasem zaszkodzić. Europejczycy na dalekiej północy będą mieli opory, by zjeść pożywne i pełne witamin mózgi i grasice. Inuici zaś z odrazą odniosą się do zdrowych warzyw. Szkodliwe skutki wstrętu jeszcze bardziej widoczne są w sferze czysto kulturowej. Bo wraz z rozwojem dziecko nabywa odrazy nie tylko do konkretnych pokarmów i zapachów, ale też rzeczy, zwierząt, zachowań i grup ludzi. W wielu kulturach wstręt wywołuje większość wydzielin ciała człowieka. Prócz odchodów, moczu i wymiocin jest to też krew (szczególnie menstruacyjna), ślina i wydzieliny płciowe. Odraza towarzyszy też często mięsu zwierząt. Dlatego zdaniem Paula Rozina zazwyczaj jest ono tak przygotowywane do jedzenia, by jak najmniej przypominało swój pierwowzór. Kroi się je, sieka, mieli i formuje w nowe kształty. Największa odraza towarzyszy jednak zwierzętom, które mają kontakt z odpadami i odchodami: muchom (szczególnie ich larwom), szczurom, karaluchom lub sępom. Ich mięsa ludzie nie zjedzą albo i nie dotkną nawet po posiekaniu, przemieleniu i uformowaniu w najpiękniejsze kotlety.

Poważniejsze skutki daje odczuwanie wstrętu wobec ludzi. A mamy do tego silną skłonność. Odrzuca nas od osób chorych, okaleczonych, brudnych, śmierdzących i brzydkich. Odsuwamy się od „moralnie skażonych”: morderców, pedofili, czasem też ekshibicjonistów, prostytutek i osób o nietypowych upodobaniach seksualnych. Wstręt może objąć nawet całe klasy społeczne (jak kastę niedotykalnych w Indiach), narody czy ludzi o innym niż nasz kolorze skóry. Tę skłonność wykorzystywał reżim w Niemczech nazistowskich, produkując filmy propagandowe, w których Żydów porównywano do szczurów. Skutki tego były dramatyczne. Warto podobnym sytuacjom zapobiegać również dzisiaj, zanim wydadzą tragiczne owoce. Ale czy jest to w ogóle możliwe?

 

Miłe strachy

– Nie jest pewne, czy wstręt społeczny, moralny i biologiczny mają takie samo podłoże neuronalne – zastrzegają się badaczki. Monika Riegel podkreśla, że nie ma też pewności, jak niwelować szkodliwe skutki wstrętu. Jej badania prowadzą jednak do interesującego wniosku. Badaczka pokazywała uczestnikom badań pary słów i twarzy wyrażających wstręt, strach i neutralnych. Jeśli wyraz twarzy był spójny ze słowem, to badani dobrze to pamiętali – szczególnie gdy dotyczyło to odrazy. Gdy jednak twarz przedstawiała inną emocję niż słowo, to wpływ wstrętu na pamięć wyraźnie malał. To zaś może oznaczać, że odraza, jaką budzą w nas osoby chore, brzydkie lub obce kulturowo, osłabnie wskutek podania informacji korzystnych o tych ludziach, stawiających ich w pozytywnym świetle. Pod warunkiem, oczywiście, że będą to fakty, a nie wymysły. Jeśli więc informacja o uchodźcach z biednych krajów zostanie okraszona w telewizji zdjęciami zarazków lub szczurów, wstręt się nasili. Jeżeli zaś reporter opowie o kulturze i ciekawych obyczajach przybyszów, pokaże, jak się oni śmieją i bawią, to ludzie ci
przestaną budzić złe emocje.

Może więc i gdyby uczestnicy australijskiej ekspedycji Burke’a i Willisa poszukali pozytywnych elementów w kulturze aborygenów, byliby w stanie zapanować nad swą odrazą do ich posiłków. Dzięki temu zyskaliby szanse na przetrwanie wśród surowej przyrody pustyni. Ćmy bogong, mniam, mniam!