Kusi mnie nawet, by samemu poddać się operacji odcięcia głowy, bym mógł nadal dyktować sztuki i książki, nie przejmując się chorobami, nie musząc ubierać się i rozbierać, nie musząc jeść, nie musząc robić nic innego poza tworzeniem arcydzieł sztuki teatralnej i literackiej – pisał George Bernard Shaw, gdy pod koniec lat 20. XX wieku dowiedział się o radzieckich eksperymentach na psach. Do dziś nie brakuje ludzi, którym chodzi po głowie wykonanie takiego zabiegu. Chętnych do położenia się na stole operacyjnym jest zdecydowanie mniej, ale niewykluczone, że jakiś sparaliżowany milioner w końcu zbierze się na odwagę.

Zyskać nowe ciało, opóźnić nieuniknione o co najmniej kilka lat, być może nawet odzyskać utraconą niegdyś sprawność – to brzmi pięknie, prawda? Tyle, że zupełnie fałszywie. Po dziesięcioleciach badań nad układem nerwowym wiemy już bowiem, że to, co decyduje o psychicznej tożsamości człowieka, znajduje się nie tylko w jego głowie.

Setki psów na gilotynie

Zagadnienie to fascynowało uczonych od stuleci. Z początku za siedlisko duszy i rozumu uważano serce – jeszcze w 1662 r. angielski filozof Henry More z pogardą nazywał mózg „twarogiem”. Wkrótce jednak oczywiste stało się, że to głowa jest tu najważniejsza, a napędu badaniom w tej dziedzinie dostarczyły postępy nauki oraz historyczne wydarzenia. W pierwszym przypadku chodzi o prace nad związkami elektryczności z fizjologią, zapoczątkowane przez Luigiego Galvaniego w 1780 r., w drugim – o Wielką Rewolucję Francuską i związany z nią wynalazek gilotyny.

Mniej i bardziej poważni naukowcy mieli mnóstwo głów, na których mogli eksperymentować. Początkowo największą zagadką było to, czy ścięcie faktycznie natychmiast pozbawia człowieka świadomości. Eksperymentatorzy próbowali krzyczeć do uszu obciętych głów, wypatrując jakichś reakcji (bez powodzenia). Inni umawiali się ze skazańcami, by po dekapitacji dali im znak umówionym grymasem (skutki – jak wyżej). Dopiero sto lat później pojawiły się solidne dowody na skuteczność rewolucyjnego wynalazku. Nauka zawdzięcza je francuskiemu lekarzowi Paulowi Loye. Badacz ten posłał na wybudowaną na Sorbonie gilotynę setki psów, rejestrując drobiazgowo ich reakcje. Doszedł do wniosku, że utrata świadomości jest niemal natychmiastowa, choć odruchowe reakcje mięśni pyska pojawiały się nawet przez dwie minuty.

Równie długo trzeba było czekać na sukcesy w dziedzinie ożywiania ściętych głów. Pierwsze próby z użyciem prądu elektrycznego były co prawda efektowne, ale trudno uznać silne skurcze mięśni i przewracanie oczami za objaw świadomej egzystencji. W 1812 r. Julian Jean Cesar Legallois z Francji uznał, że kluczową kwestią byłoby przywrócenie przepływu natlenowanej krwi. Ta sztuka udała się dopiero kilkadziesiąt lat później – dr Jean-Baptiste Vincent Laborde (Francuz, oczywiście) podłączył do tętnic żywego psa głowy dwóch straconych morderców – Campiego i Gagny’ego. Jednak i jemu udało się w ten sposób uzyskać tylko odruchowe grymasy.

Zimna wojna chirurgów

Przełom nastąpił dopiero w XX wieku, kiedy do gry włączyli się Sowieci. Eksperymenty na ludzkich szczątkach nie były już wówczas mile widziane, więc znów poleciały psie głowy. Radziecki lekarz Siergiej Bruchonienko zastosował środki zmniejszające krzepliwość krwi i maszynę będącą prototypem sztucznego płucoserca. Dzięki temu potrafił utrzymać przy życiu głowę psa przez kilka godzin. W czasie pokazów zwierzę reagowało na hałas i światło, a nawet oblizywało wargi czy połykało niewielkie kawałki jedzenia (które natychmiast wypadały z odciętego przełyku). To właśnie te demonstracje były natchnieniem dla George’a Bernarda Shawa, który przewidywał, że w przyszłości taki właśnie żywot będą pędzili intelektualiści (np. profesorowie na wyższych uczelniach).

Kolejny popis naukowej potęgi ZSRR świat ujrzał w 1954 r. Był to dwugłowy pies, dzieło prof. Władimira Demichowa, jednego z najlepszych sowieckich chirurgów. Przeszczepił on kawałek szczeniaka – głowę, szyję i przednie łapy – na szyję dorosłego owczarka niemieckiego. Spośród 20 takich hybryd rekordzista żył 29 dni zanim, tak jak pozostałe, umarł wskutek powikłań pooperacyjnych. Każda z dwóch głów prowadziła – przynajmniej do pewnego stopnia – niezależne życie: inaczej reagowała, w innych porach spała czy jadła. Prasa okrzyknęła ten eksperyment „chirurgicznym Sputnikiem”.

Jak to zrobić (teoretycznie)

Zdaniem prof. Roberta White’a procedura przeszczepu głowy u człowieka przebiegałaby podobnie jak dotychczas wykonywane eksperymenty na małpach.

1. Dawca korpusu i biorca znajdują się w jednej dużej sali operacyjnej.
2. U obu osób chirurdzy nacinają skórę wokół szyi, preparując i odcinając wszystkie mięśnie, nerwy i drobne naczynia krwionośne. Nietknięty pozostaje tylko kręgosłup oraz duże naczynia – tętnice i żyły szyjne oraz tętnice kręgowe.
3. Przecięty zostaje kręgosłup, ale opony mózgowo-rdzeniowe i rdzeń nadal są nietknięte.
4. Głowa biorcy zostaje schłodzona, aby zmniejszyć ryzyko uszkodzeń mózgu podczas przeszczepu.
5. Kluczowy moment operacji: przecięcie dużych naczyń krwionośnych i połączenie (z pomocą elastycznych cewników) układu krążenia dawcy z głową biorcy. W razie zaburzeń kardiologicznych konieczne będzie szybkie podanie leków.
6. Po ustabilizowaniu krążenia lekarze przecinają opony i rdzeń kręgowy. Głowa biorcy może zostać przeniesiona na ciało dawcy.