Dlatego State Bicycle Ti Track wzbudził moje zainteresowanie już samą ceną. Kompletny rower kosztuje 1599,99 dolara, czyli około 5 960 zł. Za tyle można dziś kupić przyzwoity rower na aluminiowej ramie, coraz częściej nawet nieźle wyposażony gravel albo szosę. Tutaj dostajemy zaś tytanową konstrukcję z karbonowym widelcem. Sama rama została wyceniona na 999,99 dolara, czyli około 3 720 zł.
Mam wrażenie, że Ti Track jest ciekawy przede wszystkim dlatego, że psuje pewien dobrze działający mechanizm. Skoro tytan może pojawić się w kompletnym rowerze za około 6 000 zł, znacznie trudniej będzie tłumaczyć jego obecnością każdą kosmiczną cenę.
Tytan schodzi z piedestału
Rama Ti Track powstaje głównie ze stopu tytanu Grade 9, czyli 3Al/2.5V. Bardziej obciążone elementy – między innymi główka ramy, suport i haki tylnego koła – wykonano z mocniejszego Grade 5, czyli 6Al/4V. Do kompletu dochodzi pełny karbonowy widelec. Producent formuje również rury w sposób mający poprawić ich właściwości aerodynamiczne.

Tytan ma kilka cech, które wyjątkowo dobrze pasują do roweru użytkowanego przez wiele lat. Jest odporny na korozję, bardzo wytrzymały i dobrze radzi sobie z tłumieniem drobnych drgań. Nie wymaga też lakieru, więc z czasem nie zacznie straszyć odpryskami na rurach. State Bicycle zastosowało piaskowane wykończenie i wypolerowane oznaczenia bezpośrednio na powierzchni metalu.
Ti Track nie jest ultralekkim eksponatem. Kompletny rower w rozmiarze 49 cm z szeroką kierownicą waży około 8,1 kg. Jak na prostą maszynę do miasta to bardzo przyzwoity wynik, ale w czasach rowerów budowanych niemal obsesyjnie pod wagę nie będzie rekordem.

Cały sekret ceny kryje się także w prostocie
State Bicycle mogło zejść z ceną tak nisko również dlatego, że Ti Track jest konstrukcją niemal demonstracyjnie prostą.
Nie znajdziemy tu przerzutek, kasety z dwunastoma koronkami, elektronicznej zmiany biegów ani hydraulicznych hamulców tarczowych. Fabryczne przełożenie wynosi 48×17, a tylna piasta typu flip-flop umożliwia jazdę na ostrym kole albo przejście na single speed po zamontowaniu wolnobiegu. Z przodu i z tyłu znajdują się klasyczne hamulce szczękowe. Pedałów w zestawie nie ma.

Można na to spojrzeć jak na ubogie wyposażenie albo przypomnieć sobie, że rower miejski naprawdę nie musi przypominać kokpitu samolotu. Przy codziennych przejazdach po stosunkowo płaskiej trasie jeden bieg oznacza mniej części wymagających czyszczenia, regulacji i wymiany.
Oczywiście Kraków, Gdynia czy Bielsko-Biała szybko zweryfikowałyby romantyczne podejście do jednego przełożenia. Na pagórkowatej trasie brak biegów potrafi przestać być uroczą prostotą już przy pierwszym dłuższym podjeździe.
Torowe geny, ale miasto traktowane poważnie
Nazwa Track sugeruje maszynę o bardzo konkretnym przeznaczeniu, ale State Bicycle zostawiło właścicielowi więcej swobody. Standardowo rower otrzymuje opony Vittoria 30c, a obręcze mają 19 mm szerokości wewnętrznej. Producent rekomenduje maksymalnie 35c, choć zaznacza, że w zależności od konkretnych komponentów użytkownicy mieszczą również ogumienie 38-40c.

To ważniejsza cecha, niż może się wydawać. Szeroka opona potrafi zmienić charakter prostego roweru miejskiego dużo skuteczniej niż kilka drogich dodatków. Krawężniki, kostka brukowa, popękany asfalt i krótkie przejazdy po ubitej drodze przestają być czymś, czego trzeba panicznie unikać.
Do wyboru jest szeroka, podniesiona kierownica z chwytami Vans albo kompaktowy baranek. Pierwsza wersja wydaje mi się szczególnie ciekawa. Zachowuje surowy charakter ostrego koła, ale przesuwa cały projekt bliżej roweru, którym naprawdę można jeździć codziennie.
Tanio jak na tytan ma jednak swoje gwiazdki
Cena 999,99 dolara za ramę wygląda dobrze, dopóki nie zaczniemy budować roweru. Karbonowy widelec kosztuje dodatkowe 249,99 dolara, czyli około 930 zł, a stery kolejne 29,99 dolara, czyli około 110 zł. Kompletny rower za około 5 960 zł staje się więc znacznie bardziej interesującą ofertą niż zakup samej ramy.

Podstawowe aluminiowe koła również nie należą do kategorii ultralekkich – zestaw waży około 2173 gramów. Można zamówić karbonowe GRT55 o profilu 55 mm za dodatkowe 749,99 dolara, czyli około 2 790 zł. Ich masa wynosi około 1812 gramów.
I tu rowerowy świat pokazuje swoją zabawną stronę. Cały tytanowy rower kosztuje około 6 000 zł, a zrzucenie z niego nieco ponad 360 gramów za pomocą karbonowych kół wymaga wydania prawie połowy ceny całej maszyny.
Ti Track może namieszać bardziej ceną niż osiągami
Nie widzę w State Bicycle Ti Track roweru, który nagle sprawi, że wszyscy porzucą karbonowe szosy, gravele i miejskie elektryki. Jest zbyt specyficzny. Jeden bieg narzuca konkretne zastosowanie, hamulce szczękowe będą dla części klientów krokiem w przeszłość, a wyposażenie trudno nazwać luksusowym.

Tytan przez lata korzystał z własnej legendy. I wiele drogich ram naprawdę zasługuje na wysoką cenę – indywidualna geometria, cieniowane rury, ręczne spawanie, lokalna produkcja, precyzyjna obróbka czy wieloletnia kontrola jakości kosztują. State Bicycle pokazuje jednak, że same dwie sylaby ti-ta-nium nie powinny już wystarczać jako uzasadnienie metki.
Zwłaszcza że producent daje na ramę Ti Track pięć lat gwarancji, więc do zapewnień o konstrukcji na dekady podchodziłabym z odrobiną zdrowego dystansu.

Za około 6 000 zł dostajemy za to niezwykle ciekawy eksperyment: trwały materiał premium, bardzo prostą mechanikę i rower, który może się godnie starzeć zamiast technologicznie dezaktualizować.
A przy obecnym tempie dokładania do rowerów elektroniki, integracji i kolejnych drogich komponentów taka prostota zaczyna wyglądać zaskakująco atrakcyjnie.
