Do wsi Piliam, leżącej u stóp góry Ellit, trafiliśmy na koniec kremacji. Można powiedzieć, że mieliśmy szczęście – pogrzeb ważnego wodza nie zdarza się często, wprawdzie nie życzyliśmy nikomu źle, ale w skrytości ducha liczyliśmy na to, że kiedyś uda się być świadkiem takiej uroczystości. Udało się to dopiero za trzecim pobytem na Papui.

Niestety, ominęły nas przygotowania do kremacji, ale jak się dowiedzieliśmy, była to najmniej istotna część imprezy. Gwoździem programu jest stypa, sprowadzająca się do gigantycznej uczty – w wyłożonych kamieniami dołach piecze się świnie, przyniesione na znak szacunku dla zmarłego. Kiedy umiera wódz, zabija się kilkadziesiąt, nawet kilkaset zwierząt (dawniej pieczono także ciała wrogów, w ramach zadośćuczynienia duchom).

Zwłoki pali się kilka dni po śmierci – tak, by na stypę zdążyli dotrzeć krewni i współplemieńcy z oddalonych wiosek. Każdy przynosi ze sobą prezent: świnię, naszyjnik, kamienne narzędzia. Żałobnicy malują twarze błotem, a paleniu zwłok towarzyszą płacze i zawodzenia. Wódz, którego doczesne szczątki dopalały się wśród resztek stosu, musiał być kimś ważnym, bo następnego dnia już o świcie obudziło nas kwiczenie niesionych przez gości świń. Doliczyliśmy się 50.
 

WIELKIE ŻARCIE


Nie wszystkie zwierzęta zarzyna się od razu. Część podlega redystrybucji wedle niezwykle skomplikowanego klucza. Pierwszego dnia każdy, kto przyprowadził jakąkolwiek świnię, wraca do domu z inną, podobnej wartości. Następnego dnia musi przyprowadzić kolejną, tym razem już do zabicia (albo wręczyć rodzinie zmarłego patyk symbolizujący świnię, obiecując tym samym, że zwierzę dostarczy w terminie późniejszym). Z punktu widzenia postronnego obserwatora sens całej wymiany sprowadza się do zapobiegania chowowi wsobnemu świń. Tak naprawdę jednak wymiana służy zacieśnianiu więzów społecznych, a sam pogrzeb, co tu kryć, jest znakomitym pretekstem, by się najeść mięsa. Być może dlatego na uczcie pogrzebowej skupia się cała uwaga żałobników. Ludzie w podnieceniu oglądają świnie i oceniają ich wartość, podczas gdy prochy zmarłego rozwiewa wiatr. Niedopalone resztki drewna ze stosu służą jako opał do rozgrzewania kamieni, na których piecze się mięso poćwiartowanych zwierząt. Po złożeniu ofiar ze świńskich uszu i ogonów duchom przodków zaczyna się wielkie żarcie... Jako honorowi goście zostaliśmy obdzieleni sowitą porcją uznawanych za delikates podrobów i świńską nogą, którą kucharz naszej ekspedycji przerobił na smaczne skądinąd curry... Obżarstwo przybiera niekiedy tak monstrualną skalę, że uczta pociąga za sobą ofiary – okazja do zjedzenia mięsa nie zdarza się co dzień i niektórzy korzystają z niej bezgranicznie...
 

WĘDZONY WÓDZ


U wielu plemion ciała znamienitszych członków klanu traktuje się wyjątkowo. Asmaci z południa wyspy preparowali i czyścili starannie czaszki przodków, wierząc, że to w nich tkwi cała moc zmarłych. Wygładzone, ozdobione paciorkami służyły za... poduszki. Niekiedy zwłoki, a zwłaszcza mózgi, zjadano (z tym związana była kuru, pierwsza opisana choroba prionowa). Czasami ciała zostawiano na pastwę ptaków i owadów na rusztowaniach w dżungli lub pracowicie mumifikowano, wędząc nad ogniem.
 

MUMIA ZA PAPIEROSY


Jeszcze kilkadziesiąt lat temu niemal każda szanująca się zagroda plemienia Dani z Doliny Baliem mogła poszczycić się mumią przodka. Mumie posiadały wielką moc, stanowiąc osobliwy łącznik między światem żywych i zmarłych. Przywilej mumifikacji przysługiwał nielicznym – u powały specjalnej chaty wędzono spreparowane zwłoki, ale tylko wybitnych wojowników i wodzów wojny. Zwłoki kobiet i dzieci po prostu palono. Ciała wojowników, którzy zmarli z przyczyn naturalnych lub w wyniku ran (i nie zostali zjedzeni przez wrogów), patroszono z wnętrzności, przyodziewano w paradny strój (czyli pióropusz), naszyjniki z zębów i muszli, oraz tykwę osłaniającą przyrodzenie i wieszano pod dachem nad paleniskiem. Ciało wędziło się przez kilka miesięcy, czasem nawet rok – ogień był bezustannie podsycany przez dyżurujących w zadymionej chacie krewnych.

Obyczaj ten, uznany przez indonezyjskie władze za barbarzyński, został zakazany, a większość mumii (których nie zdążyły pożreć do tej pory szczury), ku przerażeniu Dani – zniszczono. Ocalało zaledwie kilka. Dwie z nich udało nam się obejrzeć – w zamian za datek z tytoniu i równowartość kilku dolarów w rupiach indonezyjskich potomkowie wielkich wojowników są skłonni wyciągnąć na światło dzienne zasuszone szczątki pradziada. Za kilka dodatkowych papierosów można mumię uwiecznić na zdjęciu i nawet jej dotknąć... Jak dowiedzieliśmy się od jednego z naszych papuaskich przyjaciół z Wameny – tradycja mumifikowania przetrwała i kiedy pod koniec 2005 roku zmarł leciwy, liczący ponad sto lat wódz klanu Mabel, w prostej linii potomek uwędzonego blisko trzysta lat temu Wimintoka Mabela przechowywanego we wsi Jiwika, rodzina postanowiła go mimo zakazów zmumifikować...

Jakub Urbański, 2008