Nareszcie wiadomo: generał Sikorski nie został ani uduszony, ani otruty, nikt nie zadźgał go ani nie zastrzelił w samolocie, ani na pasie startowym. Wódz naczelny zginął w wyniku wielonarządowych obrażeń powstałych, gdy samolot uderzył o taflę wody przy dużej prędkości. Stwierdzono również, że generał reagował na okoliczności lotu. Co to wszystko oznacza? Bo już pojawiły się głosy, że sekcja zwłok generała ostatecznie wykluczyła prawdopodobieństwo zamachu.

Biegli medycy nie wypowiedzieli się oczywiście w kwestii: czy wodowanie było wynikiem wypadku czy elementem zamachu. A przecież w przypadku naszego śledztwa to pytanie jest zasadnicze. To, co napisaliśmy w grudniowym „Focusie Historia”, nadal zatem należy brać pod uwagę. Wszystkie inne hipotezy dotyczące zamachu można już schować między bajki.

Przypomnijmy zatem wcześniejsze ustalenia. Dr Tadeusz A. Kisielewski napisał, że śmierć generała była wynikiem zamachu. Przeprowadził go wynajęty as alianckiego lotnictwa. Kanadyjczyk George Frederick „Świr” Beurling zastąpił za sterami maszyny innego pilota i uderzył samolotem o wodę. Sam przeżył wypadek, by zginąć w tajemniczych okolicznościach 5 lat później.

Nasza publikacja wywołała spory oddźwięk. Komentarze były na ogół złośliwe, ale ucichły, gdy pojawiły się przecieki z sekcji zwłok. Okazało się, że nasza hipoteza nie zaprzecza nowym informacjom.

Obok publikujemy ciąg dalszy śledztwa dr. Kisielewskiego. Tym razem jest to analiza jego rozmowy z Krystyną Machałą, wnuczką siostry adiutanta generała Sikorskiego – Leopolda Kurnika. Ten miał jej w 1966 r. opowiedzieć „prawdziwą” wersję śmierci swojego dowódcy. Relacja adiutanta brzmi sensacyjnie i potwierdza naszą wersję. Oto 4 lipca 1943 r. wieczorem, gdy generał żegna się ze współpracownikami i oficjelami, na płycie lotniska pojawiają się oficerowie prawdopodobnie brytyjskiego wywiadu i informują o podmianie pilotów i zamachu. Zmęczony generał bagatelizuje ostrzeżenie i wchodzi do maszyny. Wcześniej jednak informuje, że kto chce (czytaj: boi się), może nie lecieć. Na lotnisku zostaje kilka osób, w tym córka generała Zofia Leśniowska. Chwilę potem samolot spada do wody.

Kim byli oficerowie wywiadu? Dlaczego córka generała i jego adiutant nie wsiedli do samolotu? To pytania, na które nadal poszukujemy odpowiedzi. W dalszym ciągu nie wiemy też, kim był zleceniodawca rozkazu zamordowania Władysława Sikorskiego. Jeśli oczywiście taki rozkaz w ogóle się pojawił...

Oto relacja pani Krystyny Machały, zamieszkałej w Inowrocławiu, wysłuchana 12 grudnia 2008 r. w Krakowie. P. Krystyna Machała jest wnuczką (ze strony matki) p. Stefanii Dziury-Paluch, siostry chor. (od 1968 r. ppor.) Leopolda Kurnika, syna Jana i Karoliny. Nazywa L. Kurnika wujkiem. 3 grudnia 2008 r. wysłała do redakcji „Dziennika Polskiego” w Krakowie e-mail. Pytała w nim, komu mogłaby przekazać relację Leopolda Kurnika, i poprosiła o ewentualny kontakt ze mną. Redakcja przekazała mi ten e-mail, za co serdecznie dziękuję. Następnie skontaktowałem się z p. Machałą.

POWRÓT PO LATACH


Jak powiedziała pani Machała, Leopold Kurnik pierwszy i jedyny raz po wojnie odwiedził Polskę latem 1966 roku. Był to okres obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego i sądził on, że w takich okolicznościach władze polskie nie odważą się na zastosowanie wobec niego jakichkolwiek represji. Wcześniej, a także i później, podstawową przyczyną obaw pana Kurnika była jego służba w otoczeniu prezydenta Ignacego Mościckiego w latach 1926–1939, a zwłaszcza we wrześniu 1939 roku. I rzeczywiście, kiedy pan Kurnik – zgodnie z obowiązującym wówczas prawem – zgłosił swoje przybycie w komisariacie Milicji Obywatelskiej w Bochni, czekał tam już na niego funkcjonariusz (nie ulega dla mnie wątpliwości, że był to funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa). Zadał mu szereg pytań, związanych z jego służbą przed wojną. Szczególnie dopytywał się o losy „skarbu narodowego”. Przypuszczalnie chodziło mu albo o zasoby Banku Polskiego, ewakuowane przez Rumunię do Francji, albo o FON (Fundusz Obrony Narodowej). Ostatecznie skończyło się na jednorazowym przesłuchaniu.

Powodem przyjazdu p. Kurnika do Polski właśnie latem 1966 roku był ślub jego bratanka Romana Kurnika (syna Jana i Barbary) z Reginą Piasecką. Miał się on odbyć w sierpniu w Gołębiewku. Właśnie w tamtych dniach, podczas pobytu w Bochni w rodzinnym domu p. Krystyny Machały (wnuczki jego siostry Stefanii), p. Kurnik poprosił ją do ustronnego pokoju. Następnie zamknął drzwi i powiedział:


"A teraz powiem ci, jak zginął generał Władysław Sikorski"

Powierzył jej wówczas tajemnicę, z której nie zwierzył się nikomu innemu, w każdym razie nie w Polsce (być może z wyjątkiem jednej osoby, o której niżej). Trudno stwierdzić, dlaczego na swojego powiernika wybrał bardzo młodą dziewczynę. Być może chciał, aby pamięć o jego relacji pozostała w rodzinie jak najdłużej.

ADIUTANT GENERAŁA

 


Tajemnica owa była drugim powodem, dla którego p. Kurnik obawiał się przyjeżdżać do Polski. Jednak akurat o to nie był wypytywany na komisariacie MO, a w każdym razie nic o tym nie mówił. Sedno tajemnicy polegało zaś na tym, że p. Leopold Kurnik był obecny na lotnisku w Gibraltarze 4 lipca 1943 r., kiedy to zginął gen. Władysław Sikorski.

– Czy wujek wspominał, w jaki sposób dostał się w Gibraltarze do otoczenia gen. Sikorskiego?
– Nie. To znaczy... on przyleciał do Gibraltaru razem z generałem.
– Skąd? Z Kairu?
– On był adiutantem i przyleciał razem z całą ekipą, z nimi wszystkimi.
– To proszę mi powiedzieć w takim razie, od kiedy wujek był adiutantem?
– Nie wiem.
– Bo proszę sobie wyobrazić taką rzecz. W marcu 1943 r. wujek z Francuzami ucieka z niemieckiej niewoli. Przedostają się do Gibraltaru w ciągu, powiedzmy, dwóch miesięcy. Tu widzę możliwość, że wujek spotkał generała, kiedy ten dopiero leciał na Bliski Wschód.
– On mi nie powiedział kiedy.
– Czyli pani stwierdza, że wujek przyleciał z generałem do Gibraltaru.
– Tak, przyleciał. – Ale wujka nie ma na liście pasażerów z Kairu. – No to teraz ja już nic nie powiem.
– Będziemy musieli szukać.
– Trzeba będzie szukać. Trzeba będzie szukać Leopolda Kurnika. Gdzie i w jaki sposób...

Absolutna pewność p. Machały, że p. Kurnik znalazł się w otoczeniu gen. Sikorskiego przed 4 lipca 1943 r., sugeruje, że musiało do tego dojść najpóźniej 24 maja. Wtedy to generał wylądował w Gibraltarze w drodze na Bliski Wschód. Być może miało to miejsce nawet jeszcze wcześniej, w Londynie – jeżeli p. Kurnik zdążył tam przybyć (po swojej ucieczce z niemieckiej niewoli – patrz ramka) przed opuszczeniem stolicy Wielkiej Brytanii przez polską delegację.[1] To ustalenie pozwoliło nam wyjaśnić w kolejnej części rozmowy szczegół, który początkowo budził moje zasadnicze wątpliwości. Chodziło o stwierdzenie, że podczas pobytu w Gibraltarze, w drodze powrotnej do Londynu, „gen. Sikorski poruszał się tam małymi samolotami”. P. Machała była pewna, że p. Kurnik użył tego zwrotu, natomiast ja tłumaczyłem, że nie może się on odnosić do Gibraltaru. Po pierwsze dlatego, że na tym małym terytorium istnieje tylko wewnętrzny transport lądowy i wodny. Po drugie – wiadomo, że od chwili wylądowania w Gibraltarze (3 lipca 1943 roku o godz. 18.37) do chwili startu (4 lipca o godz. 23.06) generał nie tylko nie opuszczał Gibraltaru, ale nawet nie był na lotnisku. Jednak wspomniane sprecyzowanie, że p. Kurnik był z gen. Sikorskim na Bliskim Wschodzie, doprowadziło nas do wniosku, że to właśnie tam „gen. Sikorski poruszał się małymi samolotami”. Jest to wniosek zgodny z prawdą. Samoloty, którymi generał podróżował po Bliskim Wschodzie po przybyciu do Kairu, były mniejsze od Liberatora B-24. Początkowe nieporozumienie wynikło zapewne albo z niezbyt precyzyjnej wypowiedzi p. Kurnika, albo z nieuwagi p. Machały podczas wysłuchiwania jego relacji. Jest to zupełnie naturalne, ponieważ zarówno p. Kurnik, jak i p. Machała skupili się na kwestii katastrofy, słusznie uważając pozostałe wątki za mniej ważne. Najważniejsze, że fraza o „małych samolotach” znalazła racjonalne wyjaśnienie.

Moja uwaga, że p. Kurnika nie było na liście pasażerów Liberatora B-24 AL 523, miała na celu wzbudzić jak największy krytycyzm p. Machały zarówno wobec relacji pierwotnej, jak i przekazywanej mi przez nią. W rzeczywistości jest to jednak szczegół bez znaczenia. Jak bowiem ustaliła brytyjska komisja śledcza w 1943 r., piloci samolotów wożących VIP-ów albo w ogóle nie sporządzali listy pasażerów, albo też wpisywali na nią fałszywe nazwiska.

Ponadto p. Machała dokładnie pamięta, że p. Kurnik powiedział jej, iż „podczas postoju w Gibraltarze zarówno on, jak i inne osoby towarzyszące gen. Sikorskiemu, które nie brały udziału w rozmowach [z Brytyjczykami], oraz mechanicy Liberatora AL 523, przez cały czas pilnowali samolotu na lotnisku. Aby nikt nie miał do niego dostępu, ponieważ obawiano się sabotażu. Osoby te zmieniały się co jakiś czas, pełniąc na okrągło dyżur przy tym samolocie”.

Najważniejsza część relacji pani Krystyny Machały brzmi następująco: „W chwili, kiedy zakończyła się wizyta i gen. Władysław Sikorski miał już odlatywać stamtąd [czyli 4 lipca 1943 r. z Gibraltaru do Londynu], wszyscy zebrali się na pasie startowym. I w ostatniej chwili wywiad – tylko nie wiem jaki, czy to był brytyjski, chociaż wujek dość dużo mówił o Brytyjczykach – doniósł, żeby nie wsiadać do tego samolotu. Wszyscy byli ostrzeżeni w ostatniej chwili, będąc już na płycie lotniska, przed odlotem. I wtenczas nastąpiła konsternacja. Nie wiedzieli, co robić. Skoro wywiad ostrzegł, żeby nie wsiadać, zdania podzieliły się. Generał powiedział, że nie wyda rozkazu. Że jeżeli chcą, to niech zostaną, ale on wsiada i leci. Z nimi była córka generała i córka również została na płycie lotniska. Nie wsiadła do tego samolotu. Wsiadł jakiś pułkownik, jak to wujek mówił, ale przede wszystkim mówił o generale. Generał powiedział, że on leci, doszedł do schodków, odwrócił się, pokiwał córce. Będąc u góry, oddał honory i drzwi się za nim zamknęły. Ale wcześniej, jak wywiad doniósł im, żeby nie wsiadać do tego samolotu, chodziło tam o pilotów. Zostali podmienieni piloci, co w ogóle nie miało mieć miejsca, bo ten pilot, który z nimi przyleciał, miał odlatywać razem z nimi, i to była nieprzewidziana rzecz, która się wydarzyła. Oni się wszyscy zastanawiali, dlaczego została dokonana zmiana pilotów i dlatego ten wywiad ich ostrzegł. Mimo to generał wsiadł. Odlecieli tylko nad cieśninę. To była noc, błysk było widać bardzo dobrze. Widać było tylko błysk i coś ciemnego, lecącego w stronę morza. Jakieś kawałki, bo to była noc, chociaż była taka, że było widać, że coś leci, a błysk było bardzo dobrze widać. W ten sposób, według relacji wujka Leopolda Kurnika, zginął Władysław Sikorski”.

W tym momencie zapytałem p. Machałę, czy wujek – jako jeden z obserwatorów katastrofy – mówił, co zrobił bezpośrednio po niej. „Wszyscy się rozpierzchli, każdy w inną stronę, żeby ich razem tam nie dorwali. Bo już wiedzieli, że to był zamach, skoro ich ostrzeżono wcześniej. Czyli już było wiadomo, że to jest zamach. Wujek dostał się w Gibraltarze na okręt i tym okrętem przedostał się do Anglii. A gdzie reszta? Każdy na swoją rękę uciekł”– odparła. P. Machała nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, kto z polskiej delegacji wsiadł do samolotu. Leopold Kurnik tylko mimochodem wspomniał o jakimś pułkowniku, nie wymieniając jego nazwiska. Natomiast otrzymałem zdecydowaną odpowiedź na pytanie, kto nie wsiadł:

Gros osób nie wsiadło.
– Córka nie wsiadła?
– Córka nie wsiadła. To na pewno. Wujek wymienił właśnie córkę. Że Zosia nie wsiadła. Córka została.
– Na pewno wsiadł gen. Tadeusz Klimecki, bo jego szczątki wykazują obrażenia charakterystyczne dla katastrofy. Na pewno wsiedli też płk Andrzej Marecki i adiutant por. mar. Józef Ponikiewski. A dlaczego? Bo nie wypadało, aby żołnierze, których dowódca wsiada, wycofywali się.
– Tego nie potrafię wytłumaczyć. Wujek też był wojskowym, też tam był, pełnił w tym czasie funkcję adiutanta. Do jego obowiązków należało m.in. przygotowywanie munduru i czyszczenie broni. Generał powiedział, że on im nie wyda rozkazu. Jak chcą, to niech zostają, ale on wsiada i leci pomimo ostrzeżenia przez wywiad.
– Do ostrzeżenia doszło dopiero na lotnisku? – Tak. Wszyscy już się zebrali, mieli odlatywać. I wtedy wywiad doniósł, aby nie wsiadać do tego samolotu, bo jest podmiana pilotów.
– A proszę mi powiedzieć, czy wujek wspominał coś o żegnających Anglikach, o gubernatorze?
– Nie. Mnie mówił tylko i wyłącznie o śmierci gen. Władysława Sikorskiego. Nic więcej. Ale wiem, że wujek mówił u nas w domu, iż musi jechać do Warszawy, aby tam spotkać się z jakąś Ewą, z którą się wcześniej umówił na spotkanie. Oraz iść na grób swojego syna, który jest pochowany na Powązkach [zmarł przed wojną w wieku około roku]. Chodziło o jakąś Ewę, która mieszkała na Bemowie w Warszawie. Ale nie wiemy, kto to był. Czy to był pseudonim jakiejś pani, czy to był ktoś z rodziny żony, bo myśmy rodziny w Warszawie nie mieli. Mój tata natomiast, z racji pełnionego zawodu maszynisty w PKP, miał darmowe podróże, więc towarzyszył wujkowi w jego podróżach po kraju w celu odwiedzania rodziny. Do Londynu wujek odlatywał z Poznania, gdzie zebrała się znaczna rodzina, aby go pożegnać.

Ta część relacji zawiera cztery kluczowe momenty.

OSTRZEŻENIE OD WYWIADU


Po pierwsze, według p. Kurnika, tuż przed wejściem do samolotu polska delegacja została powiadomiona przez wywiad, prawdopodobnie brytyjski, że po wejściu na pokład będzie narażona na niebezpieczeństwo. Jest to pierwsza tego rodzaju informacja.

Nikt nigdy wcześniej nie przekazał podobnej. Na razie brak podstaw, by sądzić, że w dającym się przewidzieć czasie możemy uzyskać niezależne potwierdzenie tej informacji z innego źródła.

Przyjmując wstępnie, że jest to informacja prawdziwa, należy zastanowić się, dlaczego przekazano takie ostrzeżenie gen. Sikorskiemu. Jeżeli rzeczywiście pochodziło ono od oficjalnych czynników brytyjskiego wywiadu, to można by je uznać za ostatnią (czwartą) próbę uratowania generała.[2] Brytyjczycy nic więcej nie mogli uczynić. Samolot był w dyspozycji polskiego Naczelnego Wodza i premiera rządu RP, zatem nie wchodziło w grę odebranie mu go. Ponadto tak wyraźna akcja propolska byłaby jawnym sabotażem politycznym wobec sowieckiego inspiratora zamachu. Zwłaszcza że premier Winston Churchill prawdopodobnie miał dług wdzięczności wobec Stalina. Istnieje hipoteza, że przyczynił się on do uratowania życia Churchilla w próbie zamachu, która odbyła się 2 lipca 1943 r. o godz. 9.30 rano przed siedzibą premiera na Downing Street 10. Natomiast jeśli ostrzeżenie wyszło z kręgu zamachowców, to można by je interpretować jako zasłonę dymną, mającą na celu odsunięcie podejrzenia właśnie od nich. Jedno jest pewne – ta kwestia wymaga wnikliwego zbadania.

Po drugie, według p. Kurnika, sednem ostrzeżenia była wiadomość, że zostali podmienieni piloci . Ponieważ nominalnym pierwszym pilotem był ciągle kpt. Eduard Prchal, zatem chodzi o zmianę dotyczącą drugiego pilota.

Nie jest to nowa informacja, ale niesłychanie cenna. Potwierdza bowiem (w 1966 r.!) dotychczasową relację jednoźródłową z 1979 r., pochodzącą od Jima Leacha. Opublikowałem ją dopiero w 2006 r. („Zabójcy”), a następnie zweryfikowałem i rozwinąłem w „Focusie Historia” (nr 12/2008).

Wszystkie inne tego rodzaju informacje były anonimowe. Można więc uznać, że uzyskaliśmy potwierdzenie, iż mjr Wilfred Herring, który był drugim pilotem samolotu gen. Sikorskiego na trasie Londyn-Gibraltar-Kair-Gibraltar, został zmuszony do ustąpienia miejsca „dublerowi”, noszącemu przezwisko „Screwball” („Świr”). Oczywiście najprostszym sposobem zażegnania niebezpieczeństwa byłoby usunięcie „Świra” z kabiny pilotów. Jednak byłaby to dywersja wobec sowieckiego planu jeszcze jaskrawsza niż wstrzymanie startu samolotu.

CÓRKA GENERAŁA NIE WSIADA

 


Po trzecie, pan Kurnik twierdził z całą stanowczością, że Zofia Leśniowska, córka generała Władysława Sikorskiego, nie weszła na pokład samolotu. Jest to najbardziej zdumiewająca informacja w całej relacji. Wiemy bowiem z wielu źródeł, że determinacja Leśniowskiej w towarzyszeniu ojcu w jego ostatniej – jak się okazało – podróży, była tym większa, im bardziej zarysowywało się oczekujące go niebezpieczeństwo. Oparła się nawet dwukrotnym namowom Churchilla, by pozostać w Londynie. Co ją mogło skłonić do opuszczenia ojca? Możliwe są dwie odpowiedzi: albo strach w obliczu niebezpieczeństwa, które nagle zaczęło się urzeczywistniać, albo wręcz odwrotnie – niewiara w prawdziwość ostrzeżenia. Sześciotygodniowa podróż dobiegała końca. Generała Władysława Sikorskiego nie spotkało nic złego. Był znów na terytorium brytyjskim, a od Londynu dzieliło go zaledwie sześć godzin lotu. To mogło uśpić czujność Leśniowskiej, która niemal przez cały dzień zwiedzała Gibraltar i robiła zakupy. Motywem pozostania mogła więc być chęć przedłużenia sobie pobytu w atrakcyjnym miejscu oraz towarzystwie.

Dysponujemy jednym przekazem, który może potwierdzać relacjonowane przez L. Kurnika zamieszanie wokół dylematu „lecieć czy nie lecieć tym samolotem”. Oficer polskiego wywiadu jeszcze z czasów przedwojennych, cichociemny Tadeusz Kobyliński ps. Hiena, wyprawił się w 1945 roku do Związku Radzieckiego na poszukiwanie Leśniowskiej. Ktoś miał ją wcześniej widzieć w podmoskiewskim łagrze i zameldował o tym polskiemu podziemiu. Jak pisze Dariusz Baliszewski, „W świetle relacji ludzi, którzy zetknęli się z nim po wojnie, to on [Kobyliński], a nie gubernator Mason-MacFarlane miał przekonywać Zosię, by nie leciała z ojcem. Żaden oficjalny dokument nie potwierdza tej historii”.[4] I oczywiście nie potwierdzi, bo takich dokumentów być nie może. Dlatego jedynym wyjściem jest poszukiwanie relacji i weryfikowanie ich. Jednak problem polega na tym, że nie wiemy, czy Kobyliński przekonywał Leśniowską dopiero na pasie startowym, pod wpływem wywiadowczej informacji o zmianie pilota, czy też wcześniej, na podstawie swoich przeczuć lub innych informacji.

Możemy jednak spróbować znaleźć przyczyny natury pozapsychologicznej, które skłoniły Leśniowską do pozostania w Gibraltarze, a mianowicie motyw polityczny. Oczywiście ujmiemy go tutaj w formie hipotezy. Skrupulatnie prowadzony „Dziennik czynności Naczelnego Wodza” zawiera znamienną lukę w odniesieniu do części okresu, który gen. Sikorski spędził na Bliskim Wschodzie. Nie wiemy, gdzie wtedy był i co robił. Wydaje się oczywiste, że podejmował wówczas czynności o najwyższym stopniu tajności. Coraz więcej historyków skłania się ku hipotezie, że powodem wyjazdu Sikorskiego na Bliski Wschód było tyleż uspokojenie nastrojów w 2. Korpusie, co nawiązanie tajnych kontaktów z rządem sowieckim.

W związku z tym, w tych nieopisanych w „Dzienniku czynności” dniach generał zapewne prowadził rozmowy z Sowietami. Jeśli tak było, to nie przyniosły one pozytywnego efektu. Świadczą o tym słowa Sikorskiego, wypowiedziane 16 czerwca 1943 r. podczas przyjęcia w polskim poselstwie w Bagdadzie, a zacytowane w raporcie de Jonghe’a dla Stolicy Apostolskiej („Właśnie teraz rozpoczęliśmy walkę z bolszewikami i mamy nadzieję, że Watykan będzie po naszej stronie”.). A także list Sikorskiego do kardynała Luigiego Maglione, sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej – datowany 4 lipca w Bejrucie (w rzeczywistości generała od dawna nie było już w tym mieście, widocznie jednak tam właśnie powstał projekt listu).

CÓRKA GENERAŁA W TAJNEJ MISJI


Jest rzeczą intrygującą, że w odniesieniu do pobytu generała w Gibraltarze 3–4 lipca, trwającego dokładnie 28,5 godziny, znamy wręcz minutowy rozkład jego zajęć, lecz tylko do godziny 15.30–16.00 4 lipca. Nie wiemy nic o późniejszych 7 godzinach. Na przykład żadne źródło nie potwierdza uczestnictwa generała w przyjęciu z okazji święta narodowego USA – a miał w tym przyjęciu wziąć udział. Można by per analogiam do pobytu na Bliskim Wschodzie wysunąć hipotezę, że wykorzystując pobyt ambasadora Iwana Majskiego w Gibraltarze, właśnie po południu Sikorski podjął z nim jakieś rozmowy. Jeśli tak by było, to można by – kontynuując hipotezę – spekulować, że rozmowy przyniosły pozytywny efekt i obie strony postanowiły je kontynuować w nieoficjalny i tajny sposób. Ze strony Sikorskiego było to oczywiście możliwe wyłącznie za pośrednictwem upoważnionej, zaufanej osoby. Sam premier nie mógł już zawracać z drogi do Londynu, gdzie był potrzebny, a nadzieja na końcowy sukces rokowań była zbyt wątła, by ryzykował autorytet nieprzygotowaną podróżą do Moskwy, czy choćby np. do Teheranu. Niestety, w otoczeniu generała nie było zbyt wielu osób, którym mógł on w pełni zaufać. Właściwie były takie tylko dwie: córka oraz osobisty sekretarz Adam Kułakowski.

Ten element hipotezy wcale nie jest nieprawdopodobny. Co prawda nic nam nie wiadomo o politycznych czy dyplomatycznych talentach Leśniowskiej, ale jako sekretarka i szyfrantka ojca była wtajemniczona we wszystkie jego bieżące posunięcia. Znała też prawdopodobnie jego plany, a zatem byłaby właściwą osobą do spełnienia poufnej misji. Jej hipotetyczną rolą nie miałoby być podejmowanie jakichkolwiek decyzji, lecz wyłącznie wysondowanie stanowiska Kremla w kwestii stosunków polsko-sowieckich po zerwaniu tychże przez Stalina. Następnie miałaby złożyć relację gen. Sikorskiemu. Tak ujęte zadanie na pewno nie przekraczałoby jej rozeznania politycznego i umiejętności dyplomatycznych.

CÓRKA GENERAŁA W POTRZASKU

Naturalnym sposobem jak najszybszego (w myśl zasady „kuć żelazo póki gorące”) dostania się Leśniowskiej do Moskwy byłoby zajęcie przez nią miejsca w samolocie Majskiego. Jeśli rzeczywiście tak było, to właśnie dlatego Leśniowska nie wsiadła do Liberatora AL 523, a nie wskutek obaw przed zamachem, beztroski czy czyichś perswazji. Wiemy z relacji kpt. Ronalda Capesa, dyżurnego oficera na wieży kontroli lotów w nocy z 4 na 5 lipca, że Liberator AM 914 Majskiego miał wystartować tuż po północy.Tak czy inaczej Leśniowska nie zginęła w katastrofie (zamachu) i nagle stała się dla Brytyjczyków kłopotem. Z emisariusza zamieniła się w jeńca. Wątła hipoteza, że mogła zostać przekazana Sowietom, zdaje się stawać nieco lepiej uzasadniona. Gdyby okazała się prawdziwa, to poznalibyśmy najgłębszy motyw, skłaniający Londyn do zatajania prawdy o zamachu. „Sprzedanie” Leśniowskiej byłoby bardziej kompromitujące niż dopuszczenie do zamachu na brytyjskim terytorium. Mielibyśmy polską wersję sprawy Raoula Wallenberga.

Leopold Kurnik

Ur. 6 stycznia 1900 r., od 1919 r. służył w Wojsku Polskim jako kierowca. Po wypadkach majowych został przeniesiony do Kolumny Samochodowej Prezydenta RP, od 1936 r. w stopniu st. sierżanta. Wraz z poślubioną w 1929 r. Wiktorią z d. Smarzewską mieszkał na Zamku Królewskim w Warszawie. W 1939 r. wyjechał z Kolumną Samochodową Prezydenta do Rumunii, następnie przedostał się do Francji. Tam został przydzielony do 16. Bryg. Czołgów gen. Stanisława Maczka. Podczas inwazji niemieckiej jego jednostka dostała się w okrążenie, a L. Kurnik odniósł ranę i dostał się do niewoli. Po 33 miesiącach, czyli – orientacyjnie – w marcu 1943 r., uciekł z niewoli i przez Hiszpanię i Portugalię dotarł do Gibraltaru, a stąd okrętem do Wielkiej Brytanii. Tam przydzielono go do 1. Dyw. Panc., 1. Pułku Panc., na szefa 2. Szwadronu. Przeszedł całą kampanię we Francji, Belgii, Holandii, Niemczech aż do Wilhelmshafen. W 1945 r. został awansowany na chorążego. Do Meppen, gdzie stacjonowała jego jednostka, sprowadził z Polski żonę, z którą w 1947 r. przeniósł się na stałe do Wielkiej Brytanii. W 1968 r. został awansowany na podporucznika. Zmarł w Londynie 30 stycznia 1976 r. W marcu 1976 r. został pochowany w Uściu Solnym.

 


Rzadko wspomina się o Adamie Kułakowskim, osobistym sekretarzu gen. Sikorskiego. On także, podobnie jak córka generała, został oficjalnie uznany za zaginionego. Być może, oprócz niemal pełnej wiedzy o politycznych tajemnicach generała, połączył go z Leśniowską wspólny los.

Jeden z moich najbliższych współpracowników, którego zdanie niezwykle cenię, uważa, że inspiratorem zamachu na Sikorskiego mogły być pewne kręgi amerykańskie. Chciały wzmocnienia sojuszu ze Stalinem – w myśl dewizy „walczymy z Niemcami do ostatniego Rosjanina” – a jednocześnie osłabienia pozycji Churchilla.[5] Polityka Sikorskiego stanowiła zadrę w stosunkach między członkami koalicji antyhitlerowskiej, a konkretnie w kontaktach zachodnich aliantów z ZSRR, Amerykanie mogli zatem dążyć do usunięcia tej zadry. Podchodzę jednak dość sceptycznie do tej hipotezy. Kilkadziesiąt poszlak wskazuje na to, iż rozkaz zabicia Sikorskiego padł na Kremlu (w końcu to nie Amerykanie wysłali do Gibraltaru z terytorium Polski – okupowanej przez Niemców i zinfiltrowanej przez NKWD i GRU – kilku zabójców, podszywających się pod kuriera Komendy Głównej AK Jana Gralewskiego).

Gdyby zaś hipoteza o wysłaniu Leśniowskiej do Moskwy wraz z Majskim okazała się prawdziwa – a propozycja zarówno podjęcia rozmów z Sikorskim, jak i przyjęcia Leśniowskiej na pokład AM 914 padła ze strony sowieckiego ambasadora – to byłby to jeszcze jeden przyczynek do słuszności opinii o kierowniczym sprawstwie Kremla. Wykonałby podwójne uderzenie: unicestwił premiera rządu RP i przejął jego żywe archiwum .

OGIEŃ NAD GIBRALTAREM


Po czwarte, w relacji p. Kurnika, przekazanej przez p. Machałę, uderza informacja, że tuż przed wodowaniem samolotu ujrzał on błysk. Nic nie wspomniał o huku – być może silniki jeszcze wtedy pracowały, a być może hipotetyczny ładunek wybuchowy był niewielki.

Prof. Jerzy Maryniak teoretycznie udowodnił, że samolot był do końca w pełni sterowny. Zatem zeznania kpt. Prchala nie odpowiadały prawdzie, a skoro wodowanie nie było wypadkiem, to musiało być elementem zamachu. Trzeciej możliwości nie ma. Prof. Maryniak twierdzi też, że do zniszczenia podłogi samolotu musiało dojść dopiero wtedy, gdy maszyna – po 6–8 minutach unoszenia się na wodzie – powoli skapotowała i legła na dnie do góry kołami. Dopiero wtedy ładunek wybuchowy, leżący już nie na podłodze, lecz na suficie, eksplodował. Główna fala uderzeniowa skierowała się – zgodnie z prawami fizyki – nie na twarde podłoże, lecz w środowisko o mniejszej gęstości, czyli w górę, w stronę podłogi. Wniosek prof. Maryniaka zdają się pośrednio wspierać złożone przed brytyjskimi komisjami śledczymi zeznania świadków, którzy nic nie wspominali o błysku, huku czy wybuchu w samolocie przed jego wodowaniem. Jednak byli to wyłącznie świadkowie brytyjscy...

Sugerowanie czegokolwiek osobie, składającej relację, byłoby złamaniem jednej z podstawowych zasad warsztatu historycznego. Dlatego, dopiero gdy p. Machała zakończyła relację, powiedziałem jej, że informacja p. Kurnika o dostrzeżeniu błysku w samolocie na moment przed jego wodowaniem nie jest pierwsza. Już 6 lipca 1943 r. pisał o tym londyński „Dziennik Polski” za depeszą Agencji Reutera z 5 lipca. Według niej niemieckie radio podało, że w hiszpańskim miasteczku La Linéa de la Conceptión (położonym tuż na północ od wschodniego krańca pasa startowego) zaobserwowano płomienie w samolocie spadającym do morza. Liczne źródła potwierdzają, że niemieccy szpiedzy prowadzili stałą obserwację lotniska w Gibraltarze. Dotąd jednak uważałem wiadomość niemieckiego radia nie za efekt ich obserwacji, lecz raczej za najprostszy sposób poinformowania alianckich rządów i opinii publicznej, że Berlin wie, iż w Gibraltarze doszło do zamachu. Uważałem też zdanie: „Los pasażerów Liberatora dopełnił się ostatecznie podczas detonacji, poprzedzającej upadek samolotu” – zamieszczone w anonimie, wysłanym w latach 90. do red. Dariusza Baliszewskiego – za efekt zachowania się w pamięci autora listu tego właśnie komunikatu niemieckiego radia.

Obecnie, po zapoznaniu się z relacją p. Kurnika, mój sceptycyzm względem prawdziwości tego komunikatu jest nieco mniejszy. Czyżby zamachowcy – wiedząc, że obaj piloci, Prchal i wynajęty „Screwball”, przeżyją wodowanie, ponieważ będą przypięci pasami – postanowili również ich zgładzić? Może doprowadzili do uszkodzenia samolotu w powietrzu w nadziei, że „Screwball” nie zdoła opanować maszyny?

A jeśli tak było, to czy ładunek podłożono pod fotelem Prchala, który odniósł złamania kostek u obu nóg? Czy może ppłk. Victora Cazaleta, którego fotel został wyrwany z podłogi? Za dodatkową poszlakę na rzecz takiej hipotezy można uważać to, że polscy eksperci (podobnie jak przedstawiciele amerykańskiego producenta B-24) nie zostali dopuszczeni do zbadania wraku samolotu. Pełny raport z brytyjskiego badania szczątków maszyny w bazie Farnborough nie został opublikowany. – Szątki - o ile mi wiadomo - nie zachowały się w brytyjskich magazynach.

Powyższe domniemania nie podważają opinii prof. Maryniaka, że ładunek, który zniszczył podłogę samolotu, musiał eksplodować po zatonięciu maszyny.

Wypada wreszcie skomentować słowa L. Kurnika, że widział „coś ciemnego lecącego w stronę morza. Jakieś kawałki, bo to była noc, chociaż była taka, że było widać, że coś leci”. Otóż z jednej strony uwaga o widoczności żywo przypomina kwestię por. Douglasa F. Martina ze stacji radiowej Special Operations Executive w Gibraltarze, położonej wysoko na Skale. Powiedział on: „Było ciemno, jednak nie była to noc czarna jak smoła i może pan być pewien, że rzeczy wydają się jaśniejsze, gdy patrzy się na nie z góry”. Jednak Martin obserwował unoszącego się na falach Liberatora z wysokości ok. 120–150 m n.p.m., i do tej wysokości odnosił swoją uwagę o widoczności. Natomiast L. Kurnik znajdował się niemal na poziomie morza, a chyba wszyscy pozostali świadkowie, obecni na lotnisku, twierdzili, że noc była ciemna i widzieli tylko światła pozycyjne samolotu. Z drugiej strony, negowano (szczególnie prof. Jaroslav Valenta), by Martin mógł ze swojego stanowiska obserwacyjnego dostrzec tajemniczą sylwetkę, kroczącą po wodowaniu po skrzydle samolotu (był to główny wątek jego relacji). Ale jaki Martin miałby interes, by w 1967 r. zmyślić swoją relację? Jeszcze trudniej uwierzyć, by p. Kurnik mógł dojrzeć „jakieś kawałki” odpadające od samolotu. Trzeba jednak pamiętać, że mogły one być oświetlone owym „błyskiem”, o którym wspomniał wcześniej. Dlatego, zachowując jak najdalej idącą wstrzemięźliwość, trzeba podsumować ten wątek stwierdzeniem, że brak podstaw, by wykluczyć wiarygodność tego fragmentu relacji.

NIĆ PODEJRZEŃ

 


Kończąc swoją relację, p. Machała podkreśliła, że kilkakrotnie usłyszała od p. Kurnika stwierdzenie, że „Rękę do śmierci Generała przyłożył Wschód – konkretnie Stalin”. P. Kurnik nie uzasadniał tej opinii. Być może wynikała ona z jego własnej analizy zachowania Brytyjczyków w Gibraltarze. A może nie tylko amb. Edward Raczyński (a później p. Helena Sikorska) miał identyczne zdanie, wyprowadzone – jak mówił – z analizy politycznej? Może także inne osoby, bliższe p. Kurnikowi, dzieliły się przemyśleniami z otoczeniem? Może sprawstwo Kremla było już wówczas w Londynie tajemnicą poliszynela?

Pragnę podziękować Pani Krystynie Machale za Jej inicjatywę i skuteczna jej realizacje. Uzyskaliśmy nowe poszlaki, które być może doprowadzą do przełomu w badaniu tajemnicy śmierci gen. Sikorskiego. Wszystko zależy od tego, czy uda się podążyć za tą nicią, nie zrywając jej.