Patrzę na ochlapany farbą pomnik księdza prałata Jankowskiego. Cóż, niespecjalnie lubiłem faceta, lecz nie przewidziałem takiego obrotu sprawy. Zmarłego kapelana „Solidarności” oskarżono o molestowanie seksualne i pedofilię. Temat jest rozwojowy, w chwili gdy piszę te słowa wypływają nowe okoliczności. Kolejne ofiary zyskują odwagę i mówią o swoich krzywdach. Nie będę przytaczał tych zeznań. Są straszne. Każdy, kto chce znajdzie ich treść bez trudu.

Ksiądz Jankowski nosił się jak książę i to w czasach, gdy parę milionów Polaków nie miało co do garnka włożyć, prócz tego był współpracownikiem Służb Bezpieczeństwa i przypuszczalnie, seksualnym potworem. Wygląda na to, że jego pomnik nie postoi zbyt długo.

Do tego dochodzi problem zamiatania sprawy pod dywan

Burza medialna wokół prałata utrudnia wyłowienie twardych faktów, ale wygląda na to, że o zachowaniu Jankowskiego wiedziało wiele osób i nikt z tym nic nie zrobił. Podobny mechanizm zadziałał w Bostonie, czemu świadectwo dał film „Spotlight”. Ale ja nie chcę pisać o pedofilach w Kościele, ani o tym jak ich ukrywano. Poczytajcie Justynę Kopińską. Wiosną do dystrybucji wejdzie film dokumentalny Tomasza Sekielskiego na ten właśnie temat. Dziś Sekielski napisał na facebooku, że ktoś próbuje zastraszyć jedną z ofiar, która wzięła udział w tej produkcji. Zapewne to prawda. Tomasz nie rzuca słów na wiatr.

Dla odmiany, spróbuję napisać o czymś wesołym. Dwie amerykańskie zakonnice buchnęły pół miliona dolarów z kasy szkolnej, gdzie pracowały. Następnie forsę przepuściły w Vegas. Proceder trwał przynajmniej dekadę, innymi słowy, siostrzyczki zadomowiły się w kasynie. Pytanie czy karta im szła uznaję za otwarte. Przyłapane, powiedziały coś o strasznych wyrzutach sumienia, a następnie poprosiły o przebaczenie i modlitwę. Cóż, gdybym przepuścił pół miliona dolców, też błagałbym o paciorek.

Przypadek zakonnic mnie bawi, Jankowski i jemu podobni podnoszą ciśnienie, żaden jednak nie budzi zdziwienia

Uważam, że księża i zakonnice są po prostu ludźmi. To znaczy, w niczym tak naprawdę nie różnią się ode mnie, sąsiada, czy premiera Morawieckiego. Tak samo kochają, boją się, wątpią, a także są głodni, niewyspani i rozżaleni. Niekiedy – znów, jak wszyscy ludzie – przejawiają fatalne skłonności. Ulegają im, albo nie. Niektórzy trzymają się moralnego pionu. Inni są potworami. Jak ludzie.

Problem w tym, że mało kto tak myśli. Rozpowszechniły się dwie postawy wobec duchowieństwa. Obie uważam za szkodliwe i błędne. Część ludzi wierzących postrzega księży jako reprezentantów Boga i poddaje się ich autorytetowi. Ksiądz reprezentuje też Kościół, założony (podobno, choć raczej nie) przez samego Chrystusa, a już na pewno instytucję, która trwa od dwóch tysiącleci. Przetrwała imperia, banki i totalitaryzmy. O kim jeszcze można tak powiedzieć? W tym ujęciu ksiądz jawi się kimś lepszym, zasługującym na szacunek, a nawet cześć, w każdym razie uchodzi za diament w koronie stworzenia i wisienkę na gnijącym torcie tego smutnego świata. Niesłusznie.