Jesteśmy pierwszym na świecie przewoźnikiem, który nie emituje dwutlenku węgla – chwalą się kostarykańskie linie lotnicze Nature Air. Flota dziewięciu niewielkich samolotów na pozór niczym się nie wyróżnia. Zabierając turystów nad tropikalną dżunglę, dwuśmigłowe maszyny co prawda napełniają zbiorniki zwykłym paliwem lotniczym, ale część zarobionych pieniędzy linie przeznaczają na sadzenie drzew na Półwyspie Osa na wybrzeżu Pacyfiku. Rośliny pochłaniają dwutlenek węgla i w ten sposób linie Nature Air od 2004 roku mogą się pochwalić zerowym bilansem emisji. Poza tym silniki samolotów są wyjątkowo oszczędne, a procedury kołowania oraz rozkłady lotów przemyślano od nowa, ograniczając zużycie paliwa o 7 proc. Samochody i maszyny na lotniskach pracują na biopaliwie, produkowanym z oleju użytego do smażenia. Pozyskuje się go z hoteli i restauracji, a nawet od pracowników linii – przynoszą do pracy baniaki ze starym olejem, dając wzór do naśladowania całej Kostaryce. „Zostaniemy pierwszym na świecie krajem neutralnym pod względem emisji CO2” – zapowiedział 3 lata temu prezydent Kostaryki Oscar Arias. Ambitna deklaracja zbiegła się w czasie ze słynnym raportem klimatycznym panelu ds. zmian klimatycznych ONZ, w którym naukowcy stwierdzili, że globalne ocieplenie jest w 90 proc. efektem działań człowieka.

Kostaryka, która od lat stawia na ekologię, błyskawicznie podniosła rękawicę rzuconą przez autorów raportu. Minister energii i środowiska Roberto Dobles ogłosił plany likwidacji paliwożernych elektrowni, sadzenia lasów i przesiadki do aut z napędem hybrydowym. Rok później zgłosił kraj do wyścigu po – jak to ujął – ekologiczny „puchar świata”. Kostaryka zamierza osiągnąć zerową emisję CO2 na 200. rocznicę niepodległości w 2021 roku. Po drodze musi jednak pokonać konkurentów w walce o miano państwa „neutralnego węglowo” (carbon neutral). Zabiegają o nie najwięksi ekologiczni prymusi z Zachodu: Dania, Islandia, Monako, Norwegia, Nowa Zelandia, a nawet Watykan.

Latynosi mają jednak silne atuty. Już teraz aż 99,2 proc. energii uzyskują ze źródeł odnawialnych. Lwią część zasilania (80 proc.) dostarczają im elektrownie wodne, a resztę – wiatraki, panele słoneczne, źródła geotermalne oraz biomasa, np. odpady trzciny cukrowej. Wszystko to sprawia, że emisja CO2 w Kostaryce (w przeliczeniu na głowę mieszkańca) jest 10-krotnie mniejsza niż w USA,5-krotnie mniejsza niż w Polsce. Lepsze wyniki osiągają tylko pozbawione zupełnie przemysłu kraje Trzeciego Świata.

Żaby i emeryci

W biegu po ekologiczny puchar Kostaryka stara się wzmacniać też drugą nogę – zdolność do pochłaniania CO2. Tropikalna dżungla zajmuje już niemal połowę powierzchni kraju. W ciągu ostatnich 20 lat Kostarykanom udało się odwrócić zjawisko wylesiania, powodowane m.in. pozyskiwaniem terenów pod pastwiska. Pomógł w tym specjalny 3,5-procentowy, ekologiczny podatek od benzyny wprowadzony w 1997 roku – pierwsza taka danina w kraju rozwijającym się. Pieniądze idą na sadzenie i utrzymanie nowych drzew. Co roku 15 mln dol. wędruje do 8 tys. właścicieli, którzy za utrzymanie zalesionych hektarów otrzymują dopłaty na zasadach podobnych jak w Unii Europejskiej.

Ekologiczna rewolucja kostarykańska nie jest fanaberią, lecz konsekwentną realizacją planu wytyczonego pod koniec lat 80. Nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla prezydent Oscar Aries zaproponował wówczas, by wyjść poza tradycyjną, rolniczą gospodarkę, opartą m.in. na eksporcie kawy. Nowym atutem Kostaryki miała się stać branża przyszłości – turystyka. Ponieważ w kraju nie ma takich zabytków prekolumbijskich cywilizacji jak w Meksyku czy Peru, postawiono na dziką przyrodę. Aż jedną czwartą Kostaryki zajmują parki narodowe i rezerwaty, co stanowi światowy rekord. Bo i jest tam co chronić: w kraju sześć razy mniejszym od Polski żyje aż 5 proc. gatunków zwierząt i roślin z całego świata. Tysiące z nich to gatunki endemiczne, niespotykane nigdzie indziej.

Największą chlubą kostarykańskiej przyrody są żaby, m.in. liściołaz paskowany, którego skóra wydziela zabójczą truciznę; przepiękna chwytnica kolorowa; półprzezroczyste żaby szklenicowate czy niedawno odkryty gatunek Atelopus chirripoensis, który żyje w górach na wysokości 3400–3500 metrów. W kostarykańskich lasach kryją się liczne salamandry, węże i jaszczurki, ogromne motyle, ćmy i żuki. Aż połowę gatunków ssaków stanowią nietoperze, w tym niesławne wampiry czy pokryte białym futerkiem Ectophyla alba. Nie brakuje niezwykłych ptaków i roślin, w tym – mięsożernych. Branża turystyczna przynosi 2 mld dolarów rocznie. Mieszczuchy ze Stanów marzą o wakacjach na łonie nieskażonej przyrody, a władze w San Jose wierzą, że wyzerowanie bilansu CO2 zdejmie z barków turystów „poczucie winy” za to, że ich wakacje dokładają się do globalnego ocieplenia.

To z myślą o ekoturystach powstają hotele takie jak np. El Remanso Lodge, opisywany przez miesięcznik „Time”. Pośród lasów deszczowych na wybrzeżu Pacyfiku turysta może poczuć się niczym bezgrzeszne dziecko Matki Ziemi. Budynki wzniesiono z drzew obalonych przez wiatr, a otaczają je fosy z bieżącą wodą, aby nie trzeba było stosować pestycydów przeciw uciążliwym owadom, psującym ekologiczną sielankę. Wraz z rosnącą modą na ekologiczny styl życia północnoamerykańscy emeryci coraz częściej decydują się na stałe przenosiny do Kostaryki. Na zachodnim wybrzeżu wyrastają miasteczka podstarzałych gringos, a Kostaryka jako jednej z nielicznych łacińskich krajów notuje w stosunku do USA dodatni bilans migracyjny.

Zielone eldorado

 

Inna sprawa, że i sami Kostarykanie – w przeciwieństwie do swoich sąsiadów – nie uważają USA za ziemię obiecaną. Prężna gospodarka i czyste środowisko zatrzymują ich w domu. Pomaga też brak armii, zlikwidowanej w 1949 roku, dzięki czemu można więcej pieniędzy przeznaczać na programy socjalne oraz edukację. Na tle innych krajów regionu Kostaryka jawi się jako oaza „skandynawskiego” dobrobytu.

A że Kostarykanie, jak wszyscy Latynosi, potrafią cieszyć się z rzeczy prostych, ich kraj zajmuje czołowe miejsca w rankingach szczęścia. Pytani o samopoczucie w 10-stopniowej skali, dają sobie średnio 8,5 i wygrywają. Jeśli te dane poprawić o średnią długość życia, utrzymują prowadzenie, bo żyją dłużej niż np. Polacy. Kostaryka jest także pierwsza w rankingu Happy Planet Index, który prócz samopoczucia i długości życia uwzględnia zamożność i jakość środowiska. Kiedy Krzysztof Kolumb wylądował na wschodzie kraju w 1502 roku, nazwał go Costa Rica, czyli „bogate wybrzeże”. Wierzył, że znajdzie tu opisywaną przez Indian krainę pełną złota i drogich kamieni. Ale marzenia Kolumba się nie spełniły. Pod rządami konkwistadorów zmiażdżono indiańskie kultury, a Kostaryka stała się ubogą rolniczą kolonią, w której nawet gubernator musiał uprawiać własne poletko.

W maju do rezydencji prezydenckiej pod San Jose wprowadziła się pierwsza w historii kobieta – Laura Chinchilla. Dzień po objęciu urzędu pani prezydent zablokowała plany kontrowersyjnej kopalni złota przy granicy z Nikaraguą, co wymagałoby wycięcia 200 hektarów lasów deszczowych. A jej rzecznik tłumaczył: „Złoto nie przynosi aż takich zysków, by poświęcać dla niego środowisko naturalne”.