„Uczniowie, nauczyciele i rodzice powinni razem wyjść na ulicę i zaprotestować przeciwko obecnemu systemowi szkolnemu. Jeśli kiedyś do tego dojdzie, wstanę i pójdę razem z nimi” – takim mottem Jesper Juul, duński pedagog i terapeuta rodzinny, opatrzył książkę „Kryzys szkoły”. Przyczyną tytułowego kryzysu jest, zdaniem Juula, zaniedbywanie relacji międzyludzkich, a co za tym idzie, odhumanizowanie edukacji.

Koncentracja na wynikach testów, z których rozliczani są uczniowie, nauczyciele i kierownictwo szkół, sprawia, że wszyscy traktowani są przedmiotowo. System „od nauczycieli oczekuje, że będą realizować program i znajdą sposoby, by do uczniowskich głów wtłoczyć jak najwięcej informacji. To zapewni szkole dobre miejsce w testowym rankingu. Uczniowie są narzędziem do osiągnięcia tego celu.

Jednak coraz większa grupa rodziców nie zgadza się na takie traktowanie ich dzieci. Marzy im się inna szkoła, która naprawdę, a nie tylko w deklaracjach, będzie dbać o ich dobro. Chcą szkoły, którą dzieci będą lubiły i która będzie wspierać ich rozwój, szkoły, która będzie uczyć współpracy, a nie rywalizacji” – wyjaśnia dr Marzena Żylińska, ekspert w dziedzinie neurodydaktyki, w swoim blogu na platformie osswiata.pl. „Pewnym wyjaśnieniem krytycznego stanu szkoły może być to, że filozofia edukacji, na jakiej opiera się dzisiejszy system szkolny, powstała ponad sto pięćdziesiąt lat temu, w zupełnie innym kontekście cywilizacyjnym, społecznym, obyczajowym i gospodarczym.

Szkoła już dawno powinna była zmienić swoje oblicze i inaczej przygotowywać młodzież do życia. Ponieważ obecny system szkolny jest dla dzieci toksyczny, potrzebują one zdecydowanego wsparcia rodziców. Poczucie, że rodzic jest w konfliktach ze szkołą po stronie dziecka, jest zasadniczą sprawą w relacjach rodzinnych i pomaga budować istotny wymiar więzi” – mówi Wojciech Eichelberger, psycholog i psychoterapeuta, dyrektor Instytutu Psychoimmunologii (IPSI).

 

Pod presją

Doświadczenia europejskich uczniów i rodziców wskazują, że takie wsparcie jest rzadkością. Juul twierdzi, że w przypadku konfliktu dziecka ze szkołą 80 proc. rodziców staje po stronie szkoły, podporządkowując się panującej w niej presji, mimo że sami z jej powodu cierpią. Znaczna część placówek edukacyjnych funkcjonuje w ten sposób, że stawia wobec uczniów konkretne wymagania, a egzekwowanie ich pozostawia rodzicom. Jeśli dziecko ma niskie stopnie lub nie odrabia zadań domowych, szkoła wzywa opiekunów.

Do rzadkości należą szkoły, w których rodzic może zwolnić dziecko z odrabiania zadań domowych, uzasadniając prośbę tym, że zdecydował, że będzie ono spędzało czas po szkole w inny sposób. Bardzo nieliczni rodzice odsyłają dziecko z pracą domową, której nie potrafi ono wykonać, z powrotem do nauczyciela. Większość po godzinach zamienia się w pedagogów, czując się w obowiązku wesprzeć dziecko w nauce, nawet jeśli sami mają ograniczoną wiedzę z danego przedmiotu (np. z języka obcego).

W efekcie presja, którą nakłada na dziecko szkoła, przenoszona jest często na relacje rodzinne. Psychologowie nie mają wątpliwości, że relacje na tym cierpią. „Zdecydowanie najcenniejszym, co rodzice mogą dać dziecku, jest silna więź, wsparcie i akceptacja. Szkoła podstawowa czy średnia jest tylko pewnym etapem, który kiedyś dobiega końca. Relacja z jednym nauczycielem trwa zwykle około trzech lat. Relacja rodzica z dzieckiem jest wyposażeniem na całe życie” – mówi Agnieszka Stein, psycholog, autorka książki „Dziecko z bliska”.

Presja nie tylko szkodzi relacjom, ale także utrudnia dzieciom budowanie poczucia własnej wartości. Dlaczego? „Dlatego że w pierwszych latach szkolnych każde dziecko stara się za wszelką cenę uszczęśliwić swoich rodziców i przynosić najlepsze stopnie. I kiedy mu się to nie udaje, czuje się dla nich mniej wartościowe. A przecież jeśli tak się zdarza, nie jest to winą ani jego lenistwa, ani nieposłuszeństwa, ani braku miłości do rodziców” – zauważa Juul.

Zdaniem autora „Kryzysu szkoły” presja świadczy o braku zaufania do dziecka. Nie chodzi jednak o zaufanie, że dzieci będą robiły to, czego od nich oczekujemy, ale że będą podejmowały najlepsze decyzje, na jakie w danym momencie je stać. „Dorosłym tak trudno oddać dzieciom odpowiedzialność za naukę, ponieważ sami byli wychowani w taki sposób, w którym dzieciom się tej odpowiedzialności nie powierza. Nie wierzono w naszą chęć do nauki, więc stawiano nam oceny, karano nas, nagradzano i nie korzystano z naszej wewnętrznej motywacji i ciekawości. W związku z tym teraz nam jest trudno uwierzyć w to, że taka motywacja wystarczy” – wyjaśnia Jarek Żyliński, psycholog wychowawczy.