Pierwszy elektryczny model nowej marki stworzonej przez Royal Enfield właśnie trafia do Europy. Sprzedaż rozpoczyna się w Paryżu, Barcelonie, Rzymie, Berlinie i Londynie, a pierwsze dostawy zaplanowano na październik 2026 roku. Europejska cena wynosi 5 990 euro, czyli około 26 100 zł. Polski na razie nie ma wśród rynków startowych.
I przyznam, że ten motocykl zainteresował mnie bardziej niż wiele elektrycznych premier ostatnich miesięcy. Głównie dlatego, że jego projektanci najwyraźniej pamiętali, po co ludzie w ogóle kupują motocykle.
Nazwa Flying Flea ma za sobą niezwykły rodowód
Flying Flea nie powstała przy okazji burzy mózgów działu marketingu. Oryginalny lekki motocykl Royal Enfield pojawił się podczas II wojny światowej i został zaprojektowany między innymi z myślą o transporcie drogą powietrzną. Maszyny mogły być zrzucane ze spadochronem razem z wojskami powietrznodesantowymi.

Współczesny C6 bardzo świadomie korzysta z tego dziedzictwa. Historia z motocyklem spadającym z samolotu brzmi wręcz podejrzanie dobrze z punktu widzenia marketingu, ale tym razem faktycznie wpłynęła na konstrukcję. Lekka sylwetka, odsłonięta aluminiowa rama oraz charakterystyczne przednie zawieszenie typu girder mocno odróżniają C6 od większości współczesnych motocykli elektrycznych. Royal Enfield podkreśla, że proporcje opracowano na podstawie materiałów archiwalnych dotyczących dawnego Flying Flea.
Efekt jest ciekawy, bo projekt balansuje gdzieś pomiędzy klasycznym motocyklem, minimalistycznym miejskim jednośladem i czymś, co spokojnie mogłoby pojawić się w futurystycznej wizji Londynu. Szczególnie dobrze wygląda odsłonięty aluminiowy szkielet biegnący od przodu motocykla w stronę wahacza. Obudowa baterii została wykonana ze stopu magnezu i otrzymała żebrowanie pomagające odprowadzać ciepło.
124 kg może być jedną z ważniejszych liczb w specyfikacji
Flying Flea C6 waży 124 kg w stanie gotowym do jazdy. W świecie motocykli to naprawdę niewiele, a w przypadku elektryka wynik robi się jeszcze ciekawszy. Dla początkującego kierowcy oraz podczas przeciskania się przez zatłoczone ulice niska masa może mieć znacznie większe znaczenie niż imponująca wartość mocy maksymalnej.

Siedzisko znajduje się na wysokości 823 mm, prześwit wynosi 207 mm, a rozstaw osi 1366 mm. Z przodu i z tyłu zastosowano 19-calowe koła. Nietypowa przednia konstrukcja korzysta z dwóch amortyzatorów hydraulicznych i zapewnia 100 mm skoku, natomiast tylny monoshock oferuje 110 mm.
Silnik synchroniczny z magnesami trwałymi rozwija maksymalnie 15,4 kW, czyli około 21 KM, oraz 60 Nm momentu obrotowego. Napęd trafia na tylne koło za pośrednictwem dwustopniowego układu z paskiem. Od 0 do 60 km/h C6 przyspiesza w 3,7 sekundy, a prędkość maksymalna wynosi 115 km/h.
Autostradowym pożeraczem kilometrów raczej więc nie zostanie. Za to możliwość szybkiego ruszenia spod świateł, brak skrzyni biegów i niewielka masa tworzą zestaw bardzo logiczny dla dużego miasta.

104 km zasięgu wyraźnie pokazuje, gdzie C6 chce jeździć
Akumulator ma 3,91 kWh pojemności, a deklarowany zasięg według miejskiego cyklu WMTC wynosi 104 km. Warto zwrócić uwagę właśnie na określenie miejski. Tych 104 km nie należy automatycznie przenosić na szybszą jazdę poza miastem, gdzie zużycie energii może wyglądać zupełnie inaczej.
Ładowanie od 20 do 80% zajmuje około 65 minut, natomiast pełne ładowanie od 0 do 100% trwa około 2 godzin i 16 minut w określonych przez producenta warunkach. Ładowarka znajduje się w motocyklu, więc można korzystać ze standardowego gniazdka 16 A bez wożenia dużego zewnętrznego zasilacza.
C6 nie zachęca parametrami do zastąpienia dużego motocykla turystycznego. Bardziej przypomina bardzo dopracowane narzędzie do codziennych przejazdów, które dodatkowo wygląda na tyle dobrze, że po zaparkowaniu człowiek prawdopodobnie jeszcze raz odwróci się w jego stronę.

Elektroniki jest zaskakująco dużo
Retroforma trochę oszukuje wzrok, bo pod nią znajduje się całkiem rozbudowany zestaw elektroniki. Kierowca dostaje pięć trybów jazdy, w tym program konfigurowalny, regulowaną rekuperację, kontrolę trakcji reagującą na kąt pochylenia oraz dwukanałowy ABS, również wykorzystujący informacje o pochyleniu motocykla. Tylny ABS można wyłączyć.
Jest również funkcja powolnego poruszania się do przodu i do tyłu, która może pomóc podczas manewrowania, nawigacja Google Maps uwzględniająca poziom energii, geofencing, zdalne blokowanie, alarmy związane z próbą manipulacji przy motocyklu oraz możliwość udostępniania lokalizacji. Centrum obsługi stanowi okrągły, 3,5-calowy kolorowy ekran TFT z obsługą dotykową. Producent dorzucił nawet bezprzewodowe ładowanie telefonu 15 W oraz USB-C PD 27 W.

Cena może zdecydować o tym, czy Flying Flea pozostanie ciekawostką
5 990 euro, czyli około 26 100 zł, stawia C6 w interesującym miejscu. To kwota, przy której klient zaczyna już porównywać elektryka z bardzo konkretnymi motocyklami spalinowymi, również z oferty samego Royal Enfielda.
Z drugiej strony Flying Flea wyraźnie celuje w trochę inną grupę. Widzę tu klienta miejskiego, który chce lekkiego motocykla na codzienne przejazdy, lubi design i nie zamierza co weekend pokonywać kilkuset kilometrów. Dla takiej osoby 104 km deklarowanego zasięgu może być zupełnie wystarczające.

Sama elektryfikacja przestaje być wystarczającym argumentem sprzedażowym. Motocykl nadal powinien mieć własny charakter, proporcje i pomysł na siebie. Royal Enfield najwyraźniej to zauważył. Teraz pozostaje pytanie, jak szybko Flying Flea wyfrunie poza pięć europejskich miast i czy w końcu zobaczymy ją także oficjalnie w Polsce.
