Reload 650 powstał na bazie Royal Enfielda Shotgun 650 i jest jednorazowym customem przygotowanym przez Roland Sands Design. Już samo to ustawia oczekiwania wysoko, bo Roland Sands to człowiek, który ma za sobą nie tylko warsztatowy dorobek, ale też prawdziwe ściganie. W 1998 roku był mistrzem AMA 250GP, więc gdy bierze się za motocykl inspirowany superbike’ami z lat 80., nie brzmi to jak przypadkowa dekoracja pod zdjęcia. Tu czuć znajomość tematu.
Shotgun 650 dostał ostrzejszą twarz
Bazowy Shotgun 650 sam w sobie jest jednym z ciekawszych modeli Royal Enfielda, bo marka wykorzystuje w nim swój sprawdzony dwucylindrowy silnik 648 cm3, ale ubiera go w bardziej muskularną, bobberową sylwetkę. To nadal motocykl raczej prosty, przystępny i mechanicznie czytelny, z mocą 47 KM i momentem 52,3 Nm. W amerykańskiej ofercie model startuje od 7299 dolarów, czyli około 26 700 zł, co przy dzisiejszych cenach motocykli brzmi niemal rozsądnie, choć oczywiście nie jest to bezpośrednia polska cena z salonu.

Reload 650 idzie jednak w zupełnie inną stronę niż seryjny Shotgun. Czerni i złota jest tu sporo, ale nie w wydaniu „jubilerskim”. Bardziej przypomina to maszynę z czasów, gdy sportowe motocykle miały jeszcze brutalniejszą geometrię, mniej plastiku i więcej charakteru. Kanciasty tył, jednoosobowe siedzisko w stylu gunfighter, szeroka kierownica i podniesiona pozycja za sterem sprawiają, że całość wygląda jak skrzyżowanie torowego wspomnienia z zachodniowybrzeżnym customem. I co ważne, nie rozpada się to wizualnie na zestaw przypadkowych dodatków.
Retro bez muzealnego zapachu
W customach inspirowanych przeszłością łatwo przesadzić z rekwizytami. Lusterka z epoki, lakier z epoki, naklejki z epoki, opony z epoki, a potem człowiek patrzy i widzi bardziej przebierankę niż motocykl. Reload 650 ma w sobie więcej dyscypliny. Najmocniej działa chyba kontrast między klasycznym, okrągłym zegarem i zbiornikiem a agresywnym ogonem oraz sportowymi akcentami.
RSD dorzuciło pięcioramienne koła Morris, własne dźwignie zmiany biegów i podnóżki, ulepszone zawieszenie oraz wydech 2-1 S&S Race Exhaust. Ten ostatni element robi ogromną część nastroju, bo w motocyklu o takiej konstrukcji dźwięk jest połową doświadczenia. Można oczywiście zachwycać się zdjęciami, proporcjami i lakierem, ale dopiero dobrze poprowadzony wydech przypomina, że to nie jest mebel do loftu.

Bardzo podoba mi się też detal, który łatwo byłoby pominąć przy szybkim oglądaniu zdjęć: aluminiowy wspornik przedniego błotnika, pełniący jednocześnie funkcję usztywnienia. Ma żebrowaną formę, która powtarza się później w kilku miejscach motocykla. Takie rzeczy często decydują o tym, czy custom wygląda jak spójny projekt, czy jak zbiór drogich części zamówionych z różnych półek.
Motocykl, którego nie kupimy
Reload 650 jest egzemplarzem jednorazowym. Nie trafi do regularnej sprzedaży, nie będzie konfiguratora, listy pakietów i dopłaty za specjalny lakier. Można go zobaczyć przy okazji pokazów customowych albo w showroomie RSD w Long Beach, jeśli akurat tam stanie. Z praktycznego punktu widzenia to informacja rozczarowująca.
Royal Enfield nie musi sprzedawać Reload 650 w setkach sztuk, żeby coś na nim ugrać. Wystarczy, że pokazuje potencjał platformy 650. A ten potencjał jest duży, bo Shotgun, Interceptor, Continental GT czy Super Meteor od dawna kuszą ludzi, którzy lubią motocykle proste, ale podatne na przeróbki. To trochę jak z dobrymi bazami w świecie samochodów: nie każda musi być najmocniejsza, ale powinna zostawiać miejsce na charakter właściciela.
Reload 650 przypomina też, że Royal Enfield jest dziś w ciekawej pozycji. Marka nie ściga się z producentami, którzy co roku dokładają elektronikę, tryby jazdy, aktywne zawieszenia i ekrany większe niż w starszych autach. Zamiast tego oferuje motocykle, które nadal da się zrozumieć bez doktoratu z menu ustawień. Dla jednych to ograniczenie, dla innych ulga. Sama coraz częściej rozumiem tę drugą grupę.

Trochę wyścigów, trochę warsztatu
Reload 650 podoba mi się najbardziej tam, gdzie zostawia lekką szorstkość. Nie wygląda jak kliniczny koncept z targów, wypolerowany do granicy braku życia. Jest efektowny, ale nie cukierkowy. Ma wyraźny ukłon w stronę AMA superbike’ów z lat 80., lecz nie zamienia się w muzealny cytat. Szeroka kierownica, solo seat, czarno-złoty lakier i sportowy wydech budują całość, która wygląda gotowo do jazdy, nawet jeśli w praktyce będzie częściej oglądana niż katowana na drodze.
Reload 650 nie zmieni rynku i nie stanie się nowym przebojem salonów. Ale może podsunąć Royal Enfieldowi i jego klientom kierunek, w którym warto patrzeć. Mniej dekoracyjnego retro, więcej dobrze przemyślanego charakteru.
