Australijskim zwierzętom lądowym zagraża ryba – łaziec indyjski. Jakieś 30–40 lat temu gatunek ten zaczął podbój wysp położonych na południe od kontynentu azjatyckiego. Jest już powszechnie spotykany w Indonezji i Papui-Nowej Gwinei, dotarł też na wyspy leżące w Cieśninie Torresa między Nową Gwineą a Australią. Inwazję ułatwia mu to, że potrafi obyć się bez wody. Gdy latem wysycha zbiornik, w którym żyje, zaczyna szukać nowego miejsca. Porusza się po lądzie, używając płetw i ogona. Wytrzymuje do sześciu dni bez wody. „Pomaga mu w tym narząd błędnikowy (zwany też labiryntem), czyli specjalny system kanalików położony nad skrzelami. Znajdują się one w obrębie czaszki i łączą się z jamą gębową. Łaziec wtłacza do nich powietrze, z którego pobiera tlen” – wyjaśnia „Focusowi” prof. Mariusz Sapota z Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego.

Dr Nathan Waltham z James Cook University, który specjalizuje się w ekologii terenów podmokłych, twierdzi, że łaziec może być prawdziwą katastrofą dla niektórych australijskich gatunków ryb, a nawet dla żółwi i ptaków! Skrzela łaźca mają twarde pokrywy zakończone ostrymi kolcami. Pomagają mu one podczas pełzania po lądzie, ale stanowią też groźną broń. Gdy jakiś drapieżnik próbuje połknąć łaźca, ryba rozwiera pokrywy skrzelowe, a ich kolce wbijają się w ścianki gardła napastnika. Zwierzę umiera wskutek uduszenia albo z głodu.

Pełzają i polują

Nie jest to pierwszy przypadek inwazji „chodzącej ryby”. Floryda od kilkudziesięciu lat ma kłopoty z niewielkim azjatyckim krewniakiem suma z gatunku Clarias batrachus. W deszczową noc można go spotkać na lądzie, gdy szuka nowego zbiornika wodnego do zamieszkania. Na początku lat 60. został sprowadzony z Tajlandii przez akwarystów i uciekł z hodowli. Floryda okazała się dla niego idealnym miejscem: tropikalny teren z rozległymi mokradłami gęsto pocięty kanałami. W niektórych rejonach C. batrachus jest już tak liczny, że z jednego hektara można by wyłowić trzy tony takich ryb! Zwierzę ma nienasycony apetyt i zjada wszystko: od ikry innych gatunków ryb po larwy bezkręgowców, kijanki, krewetki, małe ryby, a nawet rośliny wodne. Zagraża nie tylko rodzimym gatunkom ryb, ale i stawom hodowlanym. Ich właściciele musieli zainwestować w ogrodzenia, by ratować swoje hodowle przed pełzającym intruzem. C. batrachus to naprawdę twardy zawodnik. Potrafi przetrwać w płytkiej stojącej, często niedotlenionej wodzie, w błotnistych stawach, kanałach i bagnach, a nawet na zalanych okresowo wodą łąkach. Jest bardzo płodny, w dodatku samce strzegą własnej ikry i wylęgającego się z niej potomstwa.

Panoszy się już w Parku Narodowym Everglades. Na szczęście naturalną barierą dla jego inwazji jest temperatura. Gdy spadnie poniżej 12 stopni Celsjusza, C. batrachus ginie.

Oddychają przez skórę

Chodzenie po lądzie opanowały nie tylko tropikalne ryby, ale i nasze węgorze. Zgodnie z ludowymi opowieściami, w bezksiężycowe noce miały wychodzić z wody, by łuskać groch. „Z łuskaniem grochu to oczywiście bzdura. Ale prawdą jest, że węgorze poruszają się po lądzie. Pewnie w parne noce, bo wtedy jest duża wilgotność powietrza i zwykle jest ciepło. Podczas wędrówki węgorz musi mieć szczelnie zaciśnięty otwór gębowy i jamy skrzelowe. To zapobiega wysuszeniu skrzeli” – wyjaśnia prof. Sapota.

Co ciekawe, ryba ta potrafi nawet zagrzebać się w mule i zapaść w letarg podczas zimy. Jak wtedy oddycha? Okazało się, że ma bardzo dobrze ukrwioną skórę i przez nią pobiera tlen. „Węgorza pokrywa gruba warstwa śluzu, który działa jak sito molekularne. Wiąże ono tlen tak skutecznie, że stężenie tego gazu w śluzie potrafi być większe niż w otoczeniu ryby” – dodaje polski uczony.