Cztery korony, ozdobne łańcuchy i kilka bogato inkrustowanych ozdób skradli złodzieje, którzy pod koniec 2014 roku włamali się do mieszkania w Ludwigshafen w pobliżu Frankfurtu. Zrabowane przedmioty wykonane były ze szczerego złota, więc wyceniono je na 20 tys. euro. Niepoliczalna jest ich wartość kulturowa – część z nich liczyła kilkaset lat i była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Wszystkie należały do 66-letniego Kefasa Bansaha, cenionego w okolicy właściciela warsztatu samochodowego. Królewskie insygnia znalazły się w jego domu nieprzypadkowo. Pan Bansah jest bowiem królem w ghańskim regionie Hohoe, a jego oficjalny tytuł to Togbe Ngoryifia Céphas Kosi Bansah. Z poddanymi (liczący ponad 206 tys. lud Ewe) regularnie kontaktuje się za pomocą... Skype’a, telefonu i skrzynki mailowej.

Ta niesamowita historia zaczęła się w latach 70. XX wieku. Młody Kefas wyjechał wówczas do Niemiec na wymianę studencką i poznał tam swoją przyszłą żonę Gabrielle. Postanowił przenieść się do jej ojczystego kraju. O tym, że ma przejąć koronę, dowiedział się w roku 1987. Okazało się, że jego ojca i starszego brata pominięto w sukcesji, ponieważ według miejscowych przesądów ich leworęczność może świadczyć o skłonnościach do nieuczciwości i nieczystości. Praworęczny Bansah nie mógł odmówić wstąpienia na tron i po śmierci dziadka w 1992 r. został koronowany. Do Ghany jednak nie wrócił. Sześć razy do roku odwiedza swój kraj i kilka razy w tygodniu zdalnie kontaktuje się z poddanymi. W pilnych sytuacjach wsiada w samolot i leci do ojczyzny. „Zawsze będę starał się wypełniać swoje obowiązki najlepiej, jak tylko potrafię” – zapewnia.

Przyznać trzeba, że nie próżnuje. Zaraz po zaprzysiężeniu założył organizację non profit i wspólnie z żoną, już królową, zbierają pieniądze na pomoc mieszkańcom Ghany. Swoim poddanym wysyła paczki z lekarstwami i sprzętem do uzdatniania wody. Hobbystycznie nagrał kilka płyt z własnymi utworami, które sprzedaje przez internet. Podobnie jak piwo o nazwie Akosombo, warzone według własnej receptury. Zyski ze sprzedaży i licznych zbiórek przeznaczył m.in. na zakup wózków inwalidzkich dla miejscowego szpitala, doprowadzenie prądu do kilku miejscowości czy kupno dzwonu dla kościoła w Hohoe. To wszystko sprawiło, że choć na co dzień nie mieszka w Ghanie, cieszy się tam wielkim uznaniem. I jest jednym z nielicznych władców, którzy zaskarbili sobie szacunek poddanych skromnością.

Skromność po polsku

Skromności nie brak też w polskiej polityce. Józef  Piłsudski przeznaczał część wynagrodzenia na cele charytatywne, nie robiąc z tego żadnego pijarowego show. Do dziś w parlamentarnych kuluarach wspomina się Jacka Kuronia czy Tadeusza Mazowieckiego. Kuroń nigdy nie odmówił nikomu pomocy, wspierał akcje charytatywne, karmił bezdomnych i całe życie mieszkał w bloku na Żoliborzu. Nawet po ministerialnym gabinecie chodził w dżinsach, by nie tworzyć między ludźmi dystansu.

Nie mniej skromny był Tadeusz Mazowiecki. Pierwszy premier III RP zawsze znalazł czas na pomoc bliźnim. Daleko mu było do napuszonego urzędniczego piedestału, który tak zniechęca ludzi do polityków. W zamyśle opozycyjnych działaczy i pierwszych budowniczych nowego systemu po 1989 r. taka właśnie miała być nowa Polska – skromna i dla ludzi. Jednym z symboli tych ideałów jest Janusz Onyszkiewicz, z wykształcenia matematyk, z zamiłowania himalaista, który jako minister obrony narodowej często jeździł do pracy na rowerze, co również dzisiaj jest bardzo pozytywnie odbierane przez wyborców. Zapewne dlatego dojeżdżania do pracy rowerem nie wstydzą się teraz prezydenci Poznania czy Słupska.

Biedny jak prezydent

Gdyby nie strażnicy przy polnej drodze prowadzącej do małej farmy na obrzeżach Montevideo, nikt nie zgadłby, że mieszka tam ktoś ważny. Rozpadająca się chałupa to nieoficjalna siedziba Jose Mujica, do niedawna prezydenta Urugwaju. Wraz z małżonką senatorką Lucią Topolansky tworzyli chyba najbardziej osobliwą parę prezydencką na świecie. Oboje co miesiąc przeznaczali 90 proc. swych pensji na cele charytatywne. Jose Mujica, którego rodacy nazywają pieszczotliwie Pepe, 12 tys. dolarów przekazywał organizacji zajmującej się pomocą mieszkaniową dla biednych, zostawiając sobie na życie niewiele ponad 800 dolarów, czyli urugwajską średnią krajową. Jak twierdził, tyle mu wystarcza, pewnie dlatego media okrzyknęły go „najbiedniejszym prezydentem świata”.

Przydomek nie bardzo mu się podobał, Jose w ogóle nie rozumiał zamieszania wokół swojej osoby.

„Nie czuję się biedny. Dla mnie biedni są ci, którzy pracują tylko po to, by móc utrzymać wysoki standard życia. Oni zawsze będą chcieli mieć więcej” – powiedział dziennikarzom.

 

Skromności odmówić mu nie można. Kiedy w 2009 roku objął urząd prezydenta, nie zgodził się na przeprowadzkę do oficjalnych apartamentów. Postanowił zostać w domu. Nie ma nawet konta w banku, z żoną uprawia ziemię i pielęgnuje chryzantemy, a najbardziej wartościowy w ich gospodarstwie jest stary ciągnik i garbus z 1987 r. Mujica twierdzi, że praktykowana przez niego skromność to spuścizna po więzieniu, w którym spędził, podobnie jak jego żona, kilkanaście lat. W latach 60. należeli do urugwajskiej partyzantki Tupamaros, lewicowej zbrojnej organizacji pozostającej pod wpływem kubańskiej rewolucji. W ciasnej celi nie miał nic, dziś potrzebuje niewiele więcej. Zapowiedział, że po skończonej kadencji zamierza zająć się adopcją sierot i uczyć ich uprawy ziemi. W świecie polityki uchodzi za ascetę.

Siła pieniądza

Nie każdy polityk chce stawiać siebie za wzór cnoty i skromności. Fakt, że z majątkiem wycenianym na 40–70 mld dol. Władymir Putin zaliczany jest do najbogatszych ludzi świata, nie przeszkodził mu w podwojeniu swojej pensji w 2013 roku, która przed podwyżką wynosiła 7,5 tys. dola-rów miesięcznie.

Z kolei premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown stwierdził, że pensja wysokości 329 tys. dol. to zbyt dużo. Uznał, że należy ją zmniejszyć, co zresztą zrobił – tyle tylko, że nastąpiło to tuż przed ustąpieniem ze stanowiska. Następca Browna James Cameron dostał więc w 2010 roku prezent w postaci pensji niższej o 75 tysięcy dolarów.

Znacznie szybsi są niektórzy polscy radni. Po ubiegłorocznych wyborach samorządowych wielu z nich przyznało sobie podwyżki, zanim jeszcze zaczęli pracę. Radni lubelskiego Abramowa podnieśli swoje wynagrodzenie o prawie 300 proc. i to na pierwszej sesji. Znacznie skromniejsi radni Bartoszyc na starcie dali sobie podwyżki jedynie 10-procentowe. Wszyscy najwyraźniej wyszli z założenia, że jaka płaca, taka praca.

Trendy zwyczajność

Od pewnego czasu możemy wręcz mówić o modzie na skromność, którą bez wątpienia spopularyzował papież Franciszek. Jako głowa państwa watykańskiego ostentacyjnie unika blichtru władzy papieskiej, starając się być bliżej ludzi. Już w pierwszych chwilach pontyfikatu zadziwił konserwatystów, odmawiając wyjścia na balkon Bazyliki św. Piotra w szacie zdobionej futrem gronostaja.

Nie bez znaczenia jest też szalejący do niedawna kryzys, którego skutki odczuwamy do dziś. Często to właśnie finansowa katastrofa popycha polityków do rezygnacji ze swoich pensji. W jakimś sensie tak było w przypadku prezydenta Baracka Obamy, który w 2013 r. poinformował o przekazaniu na rzecz amerykańskiego skarbu państwa 5 proc. swojego rocznego wynagrodzenia (czyli 20 z 400 tys. dol.). Miał to być akt solidarności z pracownikami sektora publicznego, których płace objęto cięciami budżetowymi. Daleko jednak Obamie do poprzedników z Białego Domu: John F. Kennedy rocznie przeznaczał 100 tys. dol. na cele charytatywne, a Herbert Hoover, pełniąc urząd, w ogóle nie pobierał wynagrodzenia. Na przekazywanie całego uposażenia potrzebującym zdecydował się też Óscar Arias, dwukrotny prezydent Kostaryki i laureat Pokojowej Nagrody Nobla.

W 2014 r. prezydent Egiptu Abdel Fatah al-Sisi ogłosił, że przekazuje na rzecz państwa nie tylko połowę pensji, ale również połowę osobistego majątku. Przy takim geście niedawne obniżenie swojej pensji o 25 proc. przez prezydenta Cypru Nikosa Anastasiadisa wypada blado.

Spójny przekaz

Można podejrzewać, że wielu polityków decyduje się wykazywać finansową bezinteresownością, by zyskać uznanie i poparcie wyborców. Czy to skuteczny sposób? Nie zawsze – twierdzą zgodnie eksperci. „Ocena takiego zachowania zależy od spójności wizerunku. Nie może być rozdźwięku pomiędzy drogą zawodową polityka a jego postawą, wyborcy muszą doceniać podobne zachowania i muszą się one mieścić w określonym kontekście kulturowym” – wylicza dr Marek Kochan, specjalista ds. kreowania wizerunku. Zwraca też uwagę, że tego typu gesty będą bardziej pasowały do polityka o wrażliwości lewicowej. Podstawa to kontekst kulturowy, łatwo bowiem być posądzonym o populizm. Gdyby szczodra rezygnacja z uposażenia miała miejsce w Rosji, gdzie władza kojarzy się z blichtrem i polityką twardej ręki, wzbudziłoby to podejrzenia wyborców.

 

Nawet urugwajskiemu prezydentowi niektórzy za-rzucają, że nie wywiązuje się z reprezentowania urzędu. Mujica deklaruje, że nie cierpi krawatów i nie będzie ich nosił, co zdaniem niektórych może być przeszkodą w traktowaniu jego osoby z należytą powagą. Jego po-stawa może być opacznie potraktowana jako przejaw skrajnego indywidualizmu i egocentryzmu – przestrzega dr Bartłomiej Biskup, specjalista ds. marketingu politycznego z Instytutu Nauk Politycznych UW. „Nie rekomendowałbym jego zachowania jako wzoru dla wszystkich prezydentów. W pewnym momencie do-chodzimy do granicy, której nie powinniśmy przekraczać. Trudno powiedzieć, czy jest nią akurat krawat” – uważa.

Czy tego typu polityczna skromność sprawdziłaby się na polskim gruncie? Wątpi w to dr Olgierd Annusewicz z Uniwersytetu War-szawskiego, który zajmuje się m.in. badaniem wizerunku politycznego. „W Polsce mielibyśmy wątpliwości, czy ktoś taki nie przynosi nam obciachu na arenie międzynarodowej. Ludzie chcą być dumni ze swojego państwa i chcą, żeby było ono godnie reprezentowane” – mówi. Jak twierdzi, pamięć wyborców jest wyjątkowo krótka. Zapewne niewielu pamięta, że jedynym polskim parlamentarzystą, który w całości zrzekł się uposażenia, jest Janusz Palikot. Nie przełożyło się to na spektakularny sukces wizerunkowy. Podobnie było w przy-padku prezydenta Francji François Hollande'a, który już dwa dni po zaprzysiężeniu obniżył sobie i wszystkim ministrom wynagrodzenie o 30 proc. Nie przeszkadza to Francuzom w nazywaniu go najgorszym prezydentem współczesnej Francji.