W jednej ze scen filmu Terry’ego Jonesa i Terry’ego Gilliama „Monty Python i Święty Graal” król Artur pyta rycerzy francuskich stojących na blankach zamku, czy przyłączą się do niego, by szukać cudownego kielicha, świętego Graala. Ci, po krótkiej wymianie zdań, stwierdzają butnie, że nie przyłączą się, bo mają już jeden taki kielich. W podobnej sytuacji znalazł się bizantyjski cesarz Aleksy I, gdy Rajmund z Tuluzy, bohater pierwszej wyprawy krzyżowej, przywiózł mu w hołdzie Świętą Włócznię.

Radość Aleksego była umiarkowana, bowiem on także już jedną taką miał. Każdy szanujący się krzyżowiec wracał z wyprawy z cenną relikwią. Najwyżej w rankingu stały te, które miały kontakt z krwią Chrystusa. Posiadaniem włóczni, którą przebito Jego bok, chlubił się w średniowieczu niejeden władca, m.in. król Wizygotów Alaryk Śmiały, cesarz Konstantyn, Karol Wielki, Ottonowie, władcy Wenecji. Włócznie mnożyły się niczym króliki. Czy któraś z nich była prawdziwa? Do dziś historycy i pasjonaci biedzą się nad rozwiązaniem tej zagadki.

O KILKA WŁÓCZNI ZA DUŻO


Na poły legendarna, na poły udokumentowana historia Świętej Włóczni (a właściwie wielu włóczni) rozpoczyna się od słów Ewangelii wg św. Jana: „Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda”. W ten sposób rzymski żołdak Longinus (jego imię pojawia się dopiero w apokryficznej Ewangelii Nikodema) stwierdził śmierć Jezusa. Według kolejnych apokryfów, nawrócił się na wiarę chrześcijańską i zginął śmiercią męczeńską. Komu przekazał lancę, źródła milczą. Ponoć miał ją w swym posiadaniu inny męczennik Kościoła, Maurycy (dlatego nazywana jest często włócznią św. Maurycego). Kolejna wzmianka związana z legendą Świętej Włóczni wiąże się ze świętą Heleną, matką Konstantyna Wielkiego.

W 325 roku odwiedziła Jerozolimę, gdzie nie tylko odnalazła krzyż Męki Pańskiej, lecz także włócznię i gwóźdź z krzyża. Włócznia aż do VII w. pozostawała w Jerozolimie i dopiero wówczas trafiła do Bizancjum. W pierwszej połowie XIII wieku dotarła do Francji, lecz podczas rewolucji ślad po niej zaginął. Być może była to właśnie ta włócznia, którą cesarz Aleksy „już miał”, gdy rycerz Rajmund sprezentował mu drugą. Obecnie co najmniej cztery miejsca na świecie szczycą się swoimi związkami z niezwykłą relikwią. Pierwsze to krakowska katedra na Wawelu, gdzie przechowywana jest replika, ofiarowana Bolesławowi Chrobremu przez Ottona III w 1000 roku, drugie to XII- -wieczny klasztor Geghard z Armenii, w którym – zgodnie z tradycją – przechowywane było ostrze włóczni przywiezionej tu przez świętego Judę Tadeusza. Trzecie miejsce to Watykan, a czwarte – Wiedeń. Relikwia watykańska wiąże się z następną konsternacją, której doznał z kolei sir John Mandeville podróżujący do Konstantynopola.

W swoim dzienniku podróży z 1357 roku wyznaje, że nad Bosforem miał możność oglądać ostrze włóczni, choć – zupełnie inne – widział już przedtem w Paryżu. Nie jest wykluczone, że sam Mandeville, jak i jego dzienniki są fikcją literacką, ale sfabularyzowane fakty anonimowy autor zaczerpnął zapewne ze swoich własnych doświadczeń. Prawdopodobnie to właśnie bizantyjska relikwia trafiła do rąk Turków, po czym – już z całą pewnością – została w 1492 r. wysłana papieżowi Innocentemu VIII przez tureckiego sułtana Bajazyda. Do dziś przechowywana jest w Bazylice św. Piotra, choć Kościół nie upiera się przy jej autentyczności. Za „najprawdziwszy” uważany jest bowiem egzemplarz z muzeum w Hofburgu. I on odegrał największą rolę w nowożytnej historii Europy.

SYMBOL WŁADZY OD BOGA


Po raz pierwszy pojawiła się na arenie dziejów jako dar papieża Leona III dla Karola Wielkiego. Jak trafiła do rąk papieża – nie wiadomo. Niemiecki król Henryk I Ptasznik uznał, że nie ma ceny, której by nie zapłacił, byle tylko wejść w posiadanie relikwii. Dopiął swego (oddał w zamian Rudolfowi, królowi Burgundii, część Szwabii), a włócznia przyniosła mu wiele zwycięstw: pokonał Węgrów, a potem dał ją synowi Ottonowi, by ten wzmocniony boskim atrybutem wyruszył przeciwko swemu bratu. W tamtych czasach polityka i religia stanowiły jedność, dlatego „lancea sacra” stała się symbolem władzy danej od Boga. Symbolizowała nie tylko siłę, lecz także prawo moralne władcy. W średniowieczu jej ranga była równie wysoka, jeżeli nie wyższa niż korony. Dlatego właśnie Bolesław Chrobry otrzymał od Ottona III dar w postaci kopii tej najcenniejszej na świecie relikwii. Kolejni cesarze i papieże wykorzystywali potencjał tkwiący w świętej włóczni.

 

Aż do czasów reformacji w drugi piątek po Wielkanocy obchodzono tzw. Święto Włóczni Pańskiej – najpierw w Pradze, a potem w Norymberdze – podczas którego wystawiano ją (z umieszczonym w grocie gwoździem) na widok publiczny. Z czasem autorytet królewskich insygniów zaczął blaknąć, aż w XVIII w. stały się raczej obiektem muzealnym niż obiektem kultu. Włócznię w obawie przed zakusami Napoleona nadciągającego ze swoją armią wywieziono z Norymbergi i ukryto w skarbcu wiedeńskiego Hofburga. Najczarniejszy rozdział historii włóczni związany jest z Hitlerem. Przypomniał on sobie moc i średniowieczną symbolikę „lancea sacra” i postanowił wykorzystać ją do wzmocnienia autorytetu nazistowskiej ideologii. W 1938 r., po Anschlusie, kazał zabrać włócznię z Wiednia do Norymbergi. Wracała jakoby do swojej ojczyzny, by służyć jako symbol jedności, siły i wielkości narodu niemieckiego. Po zakończeniu wojny Amerykanie zwrócili ją wiedeńczykom.

CAŁA PRAWDA O GWOŹDZIU


Współczesna archeologia jest niestety niełaskawa dla najwspanialszych nawet mitów. Wiedeńska lanca nie jest z pewnością tą, którą Longinus przebił bok Chrystusa. Pochodzi dopiero z VIII wieku, z czasów Karolingów. Niektórym konfrontacja z tak bezduszną prawdą przychodzi z trudnością. Ponieważ grot włóczni był wielokrotnie przerabiany i naprawiany, jeden z austriackich uczonych Erik Szameit wyraził nieśmiałą sugestię, że być może niektóre metalowe elementy włóczni są dużo starsze i pochodzą jednak z czasów rzymskich. Niespodziewanie uzyskał wsparcie z Wysp Brytyjskich. Metalurg i dziennikarz Robert Feather po wykonaniu badań rentgenowskich i fluorescencyjnych ogłosił, że wprawdzie samo ostrze bez wątpienia pochodzi z wieków średnich, to długość i kształt żelaznego gwoździa wykazuje uderzające podobieństwo do tych, których używali Rzymianie w I wieku n.e. Tym samym nie wykluczył, że pochodzi on z krzyża, na którym zmarł Chrystus. Ciekawe, co o tym wszystkim sądzi św. Longinus...

Hanna Adamkowska