Wczesny ranek. Walizki rozgrzebane na środku salonu. Taksówka, która zosta- ła zamówiona poprzedniego wieczora, wyraźnie się spóźnia. Ostatnie spojrzenie na listę „rzeczy obowiązkowych do spakowania“. Ładowarki, kosmetyki, książki, ubrania, leki, paszporty... Czujemy znajomy lęk przedwyjazdowy, który Niemcy nazwali dźwięcznie Reisefieber, czyli dosłownie: gorączka podróżna.

Czasem z ekscytacji, częściej ze strachu, że się o czymś zapomniało. Później pęd na lotnisko, sprawdzenie biletów, zakupy w strefie bezcłowej... I wreszcie wejście na pokład. Głęboki oddech. Przed nami cel naszej podróży. Dlaczego w ogóle wyprawiamy się poza bezpieczne cztery ściany swojego lokalnego życia? Odpowiedź wydaje się prosta: żeby zobaczyć świat. Ale korzyści z podróżowania są głębsze, niż może nam się wydawać.

Psychologowie i neurobiolodzy już dawno zauważyli, że wojażowanie ma znaczenie mniej cielesne (chociaż wakacje to idealny czas, żeby się opalić, schudnąć czy wyspać), a bardziej mentalne. „Chodzi o odległość kognitywną – oddalamy się od zwyczajów, tego, co znane, wkraczając w zupełnie nowy świat. Mózg jest jednym z najelastyczniejszych organów naszego ciała, dlatego im więcej dostarczamy mu nowych bodźców, tym intensywniej pracuje. Zamieniamy rutynową efektywność na niecodzienną kreatywność” – pisał na blogu „The Frontal Cortex” amerykański publicysta i pisarz Jonah Lehrer.

Opuścić kraj to otworzyć umysł

Podróżowanie otwiera nam umysły nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. Potwierdzają to badania naukowców. W 2009 r. francuscy psychologowie biznesu z instytutu INSEAD razem z Amerykanami z Kellogg School of Management w Chicago przeprowadzili serię eksperymentów wśród studentów. Porównano umiejętności miękkie tych, którzy nigdy nie wyjeżdżali ze swojego kraju, z tymi, którzy mieszkali przez pewien czas za granicą.

Okazało się, że podróżnicy byli dużo kreatywniejsi od niewyjeżdżających. Szybciej rozwiązywali zadania strategiczne, częściej proponowali niestandardowe sposoby dochodzenia do odpowiedzi. „Opuszczając własny kraj, przechodzimy pewną psychologiczną transformację, która pozwala dostrzec więcej możliwych rozwiązań, dlatego też stymuluje kreatywność” – tłumaczył wtedy współautor badania prof. Adam Galinsky.

Nago przed światem

Jest jednak jeden problem. Ogrom korzyści z podróżowania – otwartość na nowe doświadczenia, smaki czy ludzi – pomniejsza fakt, że najczęściej podróżujemy w parach czy grupach. Dla wielu osób jest oczywistością, że jeśli wyjeżdżają, to tylko wspólnie: wtedy jest raźniej, taniej, bezpieczniej. 

Wyjazd solo kojarzy się ze służbową delegacją albo smutną pojedynczością singla. Okazuje się jednak, że to, co przez lata praktykowali najbardziej zapaleni globtroterzy, pisarze reporterzy czy poeci – samotna podróż – jest jednym z najciekawszych i najlepszych dla człowieka doświadczeń. Nawet więcej – to niezbędny etap naprawdę głębokiego i prawdziwego poznania samego siebie.

Pisarz podróżnik Michael Shapiro, autor książki „Sense of Place”, tłumaczy to tak: „Kiedy podróżujesz w duecie czy grupie, stajecie się niedostępni dla zewnętrznego świata jak szklana klatka z ptakami. Podróżowanie to droga. Musisz stanąć nagi przed światem, żeby się na niego otworzyć, żeby go naprawdę doświadczyć”. Podobnie o zaletach wojażowania solo pisze Paul Theroux w książce „The Tao of Travel”, nazywając współtowarzyszy podróży „miłym dodatkiem, ale też ogromnym rozproszeniem”.

Przełamać strach

„Dobry podróżnik nie ma konkretnych planów i nie myśli, gdzie chce dotrzeć” – pisał starożytny chiński filozof Lao Tzu. Z kolei XIX-wieczny amerykański pisarz Henry David Thoreau w książce „Walden” podkreślał: „Człowiek, który jedzie sam, może zacząć dziś, ale ten, który podróżuje z kimś innym, musi poczekać, aż ten będzie gotów”.

Mój przyjaciel Brent, Brytyjczyk, opowiedział mi kilka miesięcy temu, jak podróż solo sprzed prawie dwóch dekad zmieniła jego życie. Miał wtedy 24 lata, za sobą wielki zawód miłosny, problemy z napisaniem pracy magisterskiej i niejasną wizję przyszłości. A także podejrzenie, że być może zaczyna wpadać w szpony depresji. Postanowił coś ze sobą zrobić. Za ostatnie oszczędności wykupił dwutygodniowy kurs językowy w Hiszpanii, w Maladze.

Po wylądowaniu szybko dotarł do zarezerwowanego pensjonatu i wtedy zamiast podekscytowania ogarnął go strach. Zajęcia zaczynały się dopiero w poniedziałek. Przed nim rozpościerała się więc cała sobota i niedziela. „Byłem koszmarnie głodny, ale bałem się wyjść na kolację do miasteczka. Sam? Co inni pomyślą? Jak się dogadam bez dobrej znajomości hiszpańskiego?” – myślał Brent. Przez cały następny dzień na przemian spał albo patrzył w sufit. W końcu w niedzielę, późnym popołudniem, zebrał się w sobie i wyszedł do sklepu. Kupił bułkę i oliwki, które zjadł w parku niedaleko pensjonatu.

Potem było już tylko lepiej. Po dwóch tygodniach łamanym hiszpańskim mógł się targować na targu staroci, a do Wielkiej Brytanii wrócił z notesem spuchniętym od adresów nowych znajomych z całej Europy. Przestał bać się tego, co pomyślą o nim inni. Rzucił studia prawnicze, czym oczywiście rozsierdził swoich rodziców, i zapisał się do szkoły plastycznej. Poczuł wiatr w żaglach. Dziś Brent ma 40 lat, żonę i dwójkę dzieci. Mieszka w Londynie, gdzie pracuje w swoim wymarzonym zawodzie – jest projektantem wnętrz. Praca pozwala mu dwa razy w roku zostawić na kilkanaście dni swoją rodzinę i  wyprawić się w samotną podróż.

„Pobyt sam ze sobą niesamowicie oczyszcza, pozwala na wszystko spojrzeć po nowemu. Traci się lęk i znajduje nowe pokłady odwagi. Zawsze z takiej podróży wracam jako lepszy człowiek, mąż i ojciec. Jeżdżąc po świecie i podpatrując, jak mieszkają inni, zdobywam też świetną inspirację do pracy. Mała szansa, że jakiś nieznany Irańczyk zaprosiłby mnie na kolację, gdybym podróżował z żoną i dziećmi” – zapewnia. Jeden z francuskich podróżników samotników Jonathan Raban, autor książki „Driving home”, podsumowuje to tak: „Kiedy podróżujesz z kimś, nigdy nie jesteś wystarczająco samotny. Nikogo nie poznasz, nic nie zobaczysz i nie usłyszysz. To samotność sprawia, że dzieją się rzeczy”.

Szwajcarsko-brytyjski pisarz i filozof Alain de Botton w pięknej książce „Sztuka podróżowania”, która jest zbiorem esejów z podróży dokoła świata samego autora, ale też innych: Baudelaire’a, Flauberta czy van Gogha, podaje kilka rad dla poznających świat. Po pierwsze każde miejsce, które odwiedzasz, traktuj tak, jakbyś był/była tam po raz pierwszy. Po drugie pamiętaj, że każde doświadczenie – nawet zgubienie paszportu czy konieczność odwiedzenia dentysty – wzbogaca cię jako podróżnika.

Po trzecie miej w pamięci rady angielskiego pisarza E.M. Forstera dotyczące zwiedzania Aleksandrii: „Włócz się bez celu po mieście, idź tam, gdzie nogi cię same zaniosą”. To sprawdza się w każdym mieście. Po czwarte nie nastawiaj się na zobaczenie tego, co widzieli inni. W twoich oczach każde miejsce będzie wyglądało zupełnie inaczej. Nie twórz wizji i niczego nie oczekuj. Po piąte zamiast aparatu weź notes i ołówek. Rysuj, notuj. Zapamiętuj zmysłami. Po szóste nie wstydź się dołączyć do wycieczki zorganizowanym busem turystycznym. Pytaj tych, którzy wiedzą więcej. Po siódme, jak najwięcej podróżuj sam. Świat ma wtedy inny smak.

Sam, nie samotny

Żyjemy w erze paradoksu: wynosimy na piedestał niezależność, ale boimy się alienacji; zachwyciliśmy się mediami społecznościowymi z ich ekshibicjonistycznym modus operandi, ale skrycie znów marzymy o prywatności. Od końca lat 50. XX wieku światowa populacja zwiększyła się dwa razy, a McLuhanowska wizja „globalnej wioski” (o której kanadyjski teoretyk komunikacji pisał w 1962 r.) przerosła najśmielsze oczekiwania medioznawców, psychologów i pisarzy science fiction. Nigdy nie byliśmy powiązani tak szeroką siecią kontaktów jak dzisiaj – mamy telefony komórkowe, tablety, komputery. Myślące są już nawet domowe urządzenia: lodówka zamawia mleko, którego brakuje, a klimatyzacja automatycznie dopasowuje nam temperaturę pomieszczenia. Czy to źle? Niekoniecznie. Ale też oznacza, że właściwie rzadko bywamy dziś sami. A jeśli nawet nam się to zdarza, szybko tę samotność próbujemy zagłuszyć, dzwoniąc do przyjaciółki, czytając newsy na smartfonie czy nawet robiąc zdjęcia obiadu, które później wylądują na Instagramie i Facebooku.

„Dla naszego zdrowia psychicznego bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy dziś samotności” – pisała w 1993 r. w miesięczniku „Psychology Today” psycholożka Ester Bucholtz, robiąc jednocześnie rozróżnienie między samotnością pozytywną, bo wynikającą z wyboru, a negatywną, czyli np. izolacją. Jednym z najlepszych sposobów praktykowania pozytywnej samotności mają być właśnie podróże solo. „Tylko kiedy w nieznanym punkcie na świecie poczujemy się naprawdę dobrze sami ze sobą, będziemy w stanie stać się dobrymi towarzyszami dla innych” – podkreślała Bucholtz.

Dlaczego? Bo każdy człowiek potrzebuje w życiu komfortu odosobnienia. Im więcej w nas pokładów własnej niezależności, tym bardziej wyrozumiałymi, pełnymi szacunku partnerami staniemy się dla innych. Psychologicznych korzyści z wojaży solo jest więcej – uczymy się odpowiedzialności i samowystarczalności. Testujemy swoje możliwości, bo jesteśmy zdani tylko na siebie. Poznajemy lepiej swoje nowe fascynacje, bo nie ma z nami nikogo, kto może nam tę wiedzę zburzyć swoją podpowiedzią. Mierzymy się wreszcie z prawdziwymi i ukrytymi lękami, które musimy pokonać, bo przecież nie ma z nami nikogo, kto zabiłby za nas pająka, rozłupał kokos, napompował rower czy zmienił koło w samochodzie. Samotna podróż zwiększa zaufanie do własnej intuicji, którą w codziennym życiu zagłuszają rady rodziny, przyjaciół czy oceny i naciski społeczeństwa. Jesteśmy nadzy przed światem i po raz pierwszy spotykamy się z nim jak równy z równym.