”Macho jest może nawet interesujący, jeśli zamierzasz walczyć z dinozaurami. Ale dziś nie ma dinozaurów i aby przeżyć, potrzebujesz inteligencji, a nie siły. A współczesna inteligencja to intuicja, czyli cecha kobiet” – twierdzi Philippe Starck, uważany za najbardziej innowacyjnego designera wszech czasów. Jego opinię potwierdzają naukowcy – z międzynarodowych badań kultury przywództwa wynika, że z kryzysem ekonomicznym znacznie lepiej radzą sobie kraje, gdzie w biznesie dominuje „kobiecy” styl zarządzania. Dobra wiadomość: spośród analizowanych narodów Polacy najszybciej odchodzą od „męskiego” sposobu prowadzenia firm. Zła: w tym zakresie mamy jeszcze dużo do zrobienia.

Amerykański analityk David Gordon porównał wskaźniki ekonomiczne krajów, w których dominuje „kobiecy” styl zarządzania, oraz tych, gdzie ton biznesowi nadają mężczyźni. Okazało się, że w tych pierwszych (do których zaliczył m.in. kraje skandynawskie i Japonię) wydajność sektora przedsiębiorstw jest 1,7 razy większa niż w tych drugich (m.in. kraje anglosaskie). Podobnie rzecz się miała w zestawieniach dotyczących sektora wytwórczego i poziomu inwestycji. „Męskie” kraje wygrywały z „kobiecymi” tylko w dwóch dziedzinach: miały wyższą inflację i bezrobocie.

 

Wpływ seksu na inflację - Kobiety na wysokich stanowiskach to nie tyle kwestia równouprawnienia, ile rachunku ekonomicznego

Davidowi Gordonowi zarzucono, że wyciąga pochopne wnioski, gdyż porównuje gospodarki będące na różnym poziomie rozwoju. Ku zaskoczeniu sceptyków, jego wyniki potwierdziły się w analizie wyników spółek funkcjonujących w obrębie jednego kraju. Firma konsultingowa McKinsey wykazała, że zyski operacyjne przedsiębiorstw stosujących we władzach parytety płci są o 56 proc. wyższe niż w tych zdominowanych przez mężczyzn. Analitycy banku Goldman Sachs obliczyli, że więcej kobiet w zarządach to nawet o 9 proc. wyższe PKB. A badania Instytutu Ekonomiki Przedsiębiorstw w szwedzkiej Uppsali udowodniły, że równowaga płci wśród menedżerów w korporacji może poprawić rachunek ekonomiczny aż dwukrotnie. Na podstawie m.in. tych badań austriaccy ekonomiści Karl Aiginger i Michael Landesman postawili nawet ostatnio tezę, że po zakończeniu obecnego kryzysu cały nowoczesny model ekonomiczny będzie oparty na „kobiecych” wzorcach zarządzania.

Schemat tradycyjnego, „męskiego” zarządzania (który obowiązywał w większości organizacji biznesowych do lat 90.) to piramida władzy oparta na przekazywaniu poleceń z góry na dół. „Kobiece” przywództwo przypomina sieć wzajemnych zależności. W tym pierwszym modelu dominują współzawodnictwo, kontrola i nakazy. W drugim – partnerstwo, współpraca oraz zaufanie. Oba modele znacznie różnią się też pod względem skłonności do ryzyka: mężczyźni podejmują je dużo chętniej niż kobiety.

Obrazowo o stylach zarządzania pisze Harriet Rubin, autorka wydanego także w Polsce bestselleru „Machiavelli dla kobiet”. Twierdzi, że kobiety stosują „zarządzanie przez miłość” (managment-by-love), podczas gdy mężczyźni – „zarządzanie przez strach” (management-by-fear). To pierwsze cechuje empatia wobec współpracowników, umiejętność rozpoznawania i nazywania uczuć swoich oraz innych, duża odporność na stres i frustrację, zdolność do łagodzenia konfliktów. Relacje w pracy są wówczas częściej oparte na partnerstwie i wzajemnym zaufaniu, choć – to prawda – czasem pojawia się kłopot z szybkim podjęciem decyzji. „Męski” szef nie rozmawia – on oznajmia. Nie słucha, tylko mówi. Nie wspiera, tylko rywalizuje. I uwielbia podkreślać, że jest szefem.